Szycie to zabawa

– Krawiectwo może być zabawą, chwilą na zatrzymanie się i sposobem na stres – przekonuje Agnieszka Bator, która uczy szyć zarówno dzieci, jak i ich mamy.

Reklama

Z wykształcenia jest geografem. Choć w życiu imała się wielu różnych zawodów, zawsze ciągnęło ją do tkanin, pasmanteryjnych ozdób i maszyny do szycia. – Pamiętam starą maszynę mojej babci marki Singer – opowiada Agnieszka Bator. – Miałam 7 lat, gdy zaczęłam na niej szyć proste pelerynki i ubrania dla lalek. Byłam tak zafascynowana szyciem, że zapragnęłam iść do szkoły odzieżowej – dodaje.

Plan się niestety nie powiódł. Rodzice inaczej widzieli przyszłość swego dziecka. Agnieszka skończyła liceum, a później studia geograficzne. – Jak tylko się obroniłam, natychmiast spakowałam walizkę i wyjechałam do Londynu. To była jedyna szansa, by w końcu zacząć żyć na własny rachunek – opowiada. W brytyjskiej stolicy sprzątała, pracowała w restauracji, kwiaciarni, biurze nieruchomości, aż trafiła do szkoły podstawowej.

– Zostałam asystentem nauczyciela, a gdy Polska weszła do Unii Europejskiej, zdałam odpowiednie egzaminy i mogłam samodzielnie uczyć dzieci – wspomina. Po jakimś czasie objęła stanowisko kierownika świetlicy. – To była szkoła nastawiona na rozbudzanie kreatywności w dzieciach. Mieli sporo zajęć artystycznych, ale co dla mnie było najważniejsze, okazało się, że mają maszyny do szycia. Tak wróciły fascynacje z okresu młodzieńczego.

Agnieszka kupiła sobie własną maszynę, zaczęła chodzić na targi materiałów i dodatków krawieckich. – Wszędzie szukałam inspiracji, kupowałam książki o szyciu, robiłam notatki – podkreśla. Angielskie dzieci pod okiem polskiej nauczycielki zaczęły wyczarowywać niezwykłe szmaciane zabawki i inne ciekawe przedmioty.

Maszyna jak samochód

Kilka lat temu postanowiła wrócić do Polski. – Jak tylko przyjechałam, znajomi radzili, bym się nawet nie rozpakowywała, bo w Polsce pracy nie ma. Mnie się jednak udało – śmieje się kobieta. Postanowiła w Lublinie stworzyć taką świetlicę, w jakiej pracowała w Anglii.

– Zaczęłam chodzić po szkołach i proponować zajęcia z rękodzieła. Okazało się, że jest zainteresowanie. Nie można było się z tego utrzymać, więc wpadła na pomysł, że mogłaby uczyć języka angielskiego. Niestety, dyplom z angielskiej szkoły w Polsce był do niczego nieprzydatny. – Musiałam skończyć studia podyplomowe na anglistyce – opowiada. – Postanowiłam zaliczyć wszystko w rok. Udało się.

Znalazła się też praca. Agnieszka została nauczycielem angielskiego w lubelskiej podstawówce. Z tego były pieniądze, ale frajdę, jak mówi, sprawiały jej przede wszystkim spotkania z dziećmi przy rękodziele. – Kiedyś, obserwując, jak pracują, pomyślałam, dlaczego by nie spróbować uczyć je szyć na maszynie. Nikt tego nie robi w Lublinie, więc byłabym pierwsza – wspomina. Razem z koleżanką napisały biznesplan. W ciągu krótkiego czasu na warsztaty przyniosła maszyny.

– Dzieci prawie oszalały ze szczęścia. Nagle okazało się, że tak wiele osób chce chodzić na te zajęcia, że trzeba było uruchamiać nowe grupy. Dzieci w ciągu jednego spotkania nauczyły się obsługi maszyny, zrobiły pierwsze szlaczki i od razu uszyły chustecznik. Potem były torby, pacynki, woreczki, fartuszki.

– Te zajęcia rozwijają wiele różnych ukrytych aspektów – podkreśla Agnieszka. – Zawsze mówię dzieciom: jak się nauczycie szyć na maszynie, to już pierwszy stopień do prawa jazdy – śmieje się kobieta. – To ta sama koordynacja: oko – ręka – pedał gazu. Można tez zmieniać biegi. Rodzicom mówię, że szkolę przyszłych chirurgów, dentystów czy architektów. Szycie wspomaga precyzję, wyobraźnię przestrzenną, są to ukryte lekcje geometrii i matematyki. Ale największą nagrodą jest fakt, że wychodzą z zajęć z gotową pracą, tą jedyną, niepowtarzalną, stworzoną przez ich własne małe ręce.

Krawiectwo jest łatwe

– Mój syn przychodził do domu i mówił: mamo, zobacz, co uszyłem. Było mi wstyd, że ja tak nie umiem – opowiada Justyna Nowicka, której syn już drugi rok uczestniczy w warsztatach prowadzonych przez Agnieszkę Bator. Justyna nie była jedyną mamą, która w ślad za swoim dzieckiem chciała uczyć się szyć. – Okazało się, że jest tak dużo mam zainteresowanych nauką szycia, że musiałam otworzyć specjalną pracownię, bo przy małych, dziecięcych ławkach dorosłym było niewygodnie. Powstało studio AGABA. – Każdemu krawiectwo kojarzy się z czymś trudnym, wielu myśli: nie poradzę sobie. Pokazałam, że szycie może być zabawą – mówi Agnieszka. Panie, które zarzekały się, że mają dwie lewe ręce, dziś pod okiem Agnieszki i jej koleżanki Gabrysi szyją torby, różnego rodzaju gadżety, a nawet spódniczki i proste sukienki. Ale jak się okazuje, w zajęciach najbardziej chodzi im o fajne spędzenie czasu. – To dla mnie odskocznia po ciężkim dniu w pracy – mówi Justyna, lekarka. Kolejnym projektem Agnieszki mają być filmiki instruktażowe nagrywane na YouTubie. – Chodzi o to, by pokazać dziecku czy też dorosłemu, jak samodzielnie i szybko może stworzyć coś z niczego – mówi.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama