Co masz pod maską?

Rzemieślników jest na Dolnym Śląsku kilka tysięcy. Józefów – mniej więcej tyle samo. A Józefów rzemieślników – takich, którzy swój zawód wykonują z sercem – coraz mniej.

Reklama

Józef Igras urodził się tuż po wojnie. Jako dziecko osadników z byłej Jugosławii był jednym z wielu tysięcy potomków tych, którzy przed stu laty powędrowali z Małopolski na Bałkany, aby po wojnie znaleźć się na (polskim już) Dolnym Śląsku. Bolesławiec i okoliczne wsie pamiętają pełno takich historii...

Nawet „Rudego” spawałem

Podstawówkę pan Józef skończył w Bolesławcu. Szkołę zawodową też. Górniczą. Kilka kilometrów stąd były przecież Iwiny. Gigantyczny, jak na owe czasy, miedziowy kompleks kopalniany dawał zajęcie tysiącom robotników. Tu były pieniądze i sztygarska przyszłość dla wielu. Myślał, że także dla niego. Wyszło inaczej.

– Rok tylko wytrzymałem. Jak się okazało, że tam, na dole, nie ma okien, powiedziałem sobie: „O nie!” – wspomina ze śmiechem. Wrócił na powierzchnię. Najpierw do ojca, do kowalskiej kuźni. Był rok 1965.

– Ojciec był kowalem jeszcze sprzed wojny. Od 1952 r. aż do śmierci był członkiem cechu rzemieślników, tego samego, co ja dzisiaj – mówi pan Józef. Pojechał w tych latach na wakacje do Jugosławii, kraju przodków. Ale zamiast leżeć na słońcu, naprawiał miejscowym motocykle. Umiał to, nie wiedzieć skąd, kowalski syn.

Z warsztatu-kuźni ojca, gdzie równie często jak podkowy prostowano pogięte blachy warszaw i moskwiczów, poszedł pan Józef do wojska. Ale i tam nie uwolnił się od mechaniki. Dziś mówi, że na szczęście.

– Do naszej armii właśnie wchodził nowy cud techniki, transporter opancerzony SKOT. W jednostce wiedzieli, że umiem spawać i znam się na mechanice. Od razu wzięli mnie do warsztatu, do tych skotów – opowiada. – Robiliśmy tam wszystko: spawanie, naprawy, diagnostykę. Przy czołgach też. Nawet „Rudego” spawałem – śmieje się. Wspomina to z rozrzewnieniem, bo już wtedy wiedział, że lubi tę swoją mechanikę. Z roku na rok właściwie coraz bardziej.

Gdy wrócił z wojska, gdzie poszedł w czasach siermiężnego Gomułki, Polska była już inna. Gierek otworzył kraj na świat. Były wycieczki na dowód osobisty do Czechosłowacji i NRD, były towary na półkach, a na ulicach – coraz więcej kolorowych samochodów. Prywatnych.

Królestwo motocykli

Zrobił egzamin czeladniczy, potem mistrzowski. Namówił ojca i razem otworzyli warsztat samochodowy w Bolesławcu. Najpierw przy Armii Czerwonej, później przy Kubika. Ten adres miał stać się jego wizytówką na następnych kilkadziesiąt lat. – Poszedłem do wojska jako kowal, a wróciłem jako mechanik – mówi krótko.

Warsztat prowadził z ojcem do 1978 roku. Wtedy już właściwie nie podkuwano koni. Wyparły je te mechaniczne. A o nie trzeba było dbać inaczej. Zaczęli klepać sprowadzane z NRD wozy. Po raz pierwszy od końca wojny można to było robić legalnie. Od razu skorzystali na tym bolesławieccy handlarze. Do granicy stąd raptem 40 km... Ciekawe, że robią to do dziś.

Wtedy blachy i silniki starych, niemieckich wozów były solidne. – Mercedesy, volkswageny, golfy, ople, a wszystko roczniki pięćdziesiąte, trafiały w nasze ręce zdezelowane, po wypadkach, z zatartymi silnikami. A my z tatą umieliśmy je doprowadzić do takiego porządku, że jeszcze długie lata jeździły bez naprawy. Tata z łatwością zamienił kowalstwo na mechanikę. Był bardzo pojętny, otwarty na nowości. Zaraz po wojnie, jeszcze w latach 40., naprawiał silniki w motocyklach, chociaż był przecież tylko kowalem. Cylinder pospawał, tłok założył – i  tylko jeździć! Bo powojenne lata, aż do Gierka, to było królestwo motocykli – opowiada pan Józef.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama