Stracić zasięg, złapać kontakt

– Mimo że w czasie rekolekcji nie mam telefonu, odruchowo sięgam do kieszeni, żeby go wyciszyć – mówi jedna z uczestniczek letniej oazy. Wystarczy kilka dni oazowego detoksu, żeby odkryć piękno prawdziwych relacji.

Reklama

Coraz więcej mówi się o skutkach ubocznych korzystania z telefonu komórkowego. Niektórzy twierdzą, że mimo jego oczywistych zalet jest on jednym z najgorszych wynalazków XX wieku. Ciągła dostępność, frustracja na dźwięk komunikatu: „abonent jest chwilowo niedostępny” to być może zbyt wysoka cena za możliwości, jakie daje komórka. Amerykańska badaczka komunikacji Linda Stone opisała zjawisko, które nazwała CPA (z ang. Continuous Partial Attention), co można przetłumaczyć jako stan permanentnego rozproszenia. Chodzi o to, że człowiek nieustannie zsynchronizowany, również dzięki telefonowi, np. ze swoim kontem na Facebooku, nie jest w stanie poświęcić wystarczającej uwagi innym zajęciom, w tym modlitwie.

Nie są to stwierdzenia bez pokrycia. Według różnych badań typowy użytkownik telefonu komórkowego dotyka go ponad 2 tys. razy dziennie, spoglądając na jego ekran łącznie nawet do 2 godzin.

Oazowy detoks

Na oazie telefonu można używać godzinę lub dwie dziennie. –  Dziś już nie da się zrobić tak, żeby w ogóle go nie było. To już jest inne pokolenie – zauważa ks. Arkadiusz Korwin-Gronkowski, prowadzący jedną z grup. Młodzież do takiego postawienia sprawy podchodzi różnie.

–  Nie czuję braku telefonu – mówi Karolina, gimnazjalistka z Wałcza. – Nie tak łatwo oderwać się od świata – przyznaje z kolei Eliza, licealistka z Piły. Niektórzy uczestnicy oazy wprost nie mogą doczekać się „godziny telefonicznej”. Inni podchodzą do niej spokojniej, coraz bardziej odkrywając uroki bycia „niedostępnym”.

Program rekolekcji oazowych przewiduje proste aktywności, czyli zwyczajną międzyludzką interakcję na łonie natury – coś, co dla wielu jest dziś nowością. Można pograć w piłkę, porozmawiać w małej grupie na jakiś temat, bez muzyki w tle i bez telefonu w kieszeni. Okazuje się, że to chwyta.

– Im dalej młodzi ludzie wchodzą w rekolekcje, tym mniej ciągnie ich do telefonu i Internetu. Odkrywają, że lepiej jest spędzić czas z drugim człowiekiem. Zawiązują się prawdziwe relacje – mówi s. Natalia Frączek ze Wspólnoty Dzieci Łaski Bożej. – Oaza to taki naturalny detoks – dodaje s. Marlena Rakoczy, nazaretanka ze Słupska.

To dopiero atrakcja

Rekolekcje oazowe są mało chwytliwe, jeśli ocenić je według kryteriów branży turystycznej. Jednak to, co okazuje się w nich najbardziej „atrakcyjne”, mogłoby zadziwić niejednego touroperatora. Okazuje się, że dla młodych gimnazjalistów największą „atrakcją” kilkunastodniowego pobytu na rekolekcjach staje się nieraz adoracja Najświętszego Sakramentu, czyli długie trwanie w bezruchu i w ciszy. – Po prostu to musi działać, bo to jest żywy Bóg – mówi s. Natalia.

– Adoracja do mnie przemawia. Mogę się wyciszyć. Wyrywa mnie trochę, żeby wstać i wyjść, ale wtedy mogę podejść bliżej ołtarza. Nie jest to łatwa modlitwa, ale widzę jej owoce. Wcześniej nie miałem potrzeby, żeby np. chodzić do kościoła, a teraz widzę, że Bóg jest na mnie otwarty, tylko to ja muszę do Niego przyjść – wyznaje Igor, gimnazjalista.

Podobnych świadectw można usłyszeć wiele, także z ust dzieci ze szkoły podstawowej i licealistów. Zasmakowanie w takiej „atrakcji” byłoby trudne, a może i niemożliwe, bez utraty zasięgu. Niestety, nie jest dziś łatwo wyłączyć telefon, nie tylko w kieszeni, ale przede wszystkim w głowie.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama