Mamo, tato, idę do seminarium

– Kiedy patrzyłem na księdza odprawiającego Mszę św., odkryłem pragnienie kapłaństwa. Ja też tak chciałem – mówi kleryk Jędrzej Borejko.

Reklama

Mówi się, że sercem każdej diecezji jest seminarium duchowne. Tam młodzi ludzie rozpoznają swoje powołanie i przygotowują się do służby kapłańskiej. Przez kilkaset lat z Wyższego Seminarium Duchownego „Hosianum” wyszły w świat tysiące duchownych, a historia każdego z nich jest niepowtarzalna. Pan Bóg powołuje w różnych sytuacjach życiowych i w różny sposób. Jakie są historie współczesnych młodzieńców, którzy za miesiąc rozpoczną w Olsztynie kolejny rok formacji?

Choć trwają jeszcze wakacje, to w seminarium na Redykajnach kilku kleryków ma dyżur. Spotykamy się z nimi w rozmównicy, gdzie podczas roku akademickiego przyjmują rodziny i znajomych. Furta seminaryjna jest bowiem granicą świata, do którego ludzie z zewnątrz mają dostęp bardzo rzadko. Michał, Bartosz i Jędrzej pochodzą z różnych miejscowości archidiecezji warmińskiej i każdy z nich ma własną historię powołania.

A jeśli ci się religia przyda?

Michał Piotrowski, alumn V roku, nie był na początku związany z Kościołem. Wspomina, że po I Komunii św. miał dość długą przerwę w praktykach religijnych. Dopiero przygotowanie do bierzmowania zmieniło wszystko. – Jest to zasługa mojego księdza wikarego, który przygotowywał mnie do sakramentu. Swoją postawą i zaangażowaniem zachęcił mnie do życia duchowego. Co w nim takiego było? Był niezwykle otwarty na nasze sprawy i bardzo szczery. Poza tym poświęcał nam bardzo dużo czasu. Można powiedzieć, że dla nas „tracił” czas – mówi.

Przygotowanie do bierzmowania odmieniło wszystko. – Mówi się często, że bierzmowanie jest pożegnaniem z Kościołem, a dla mnie był to powrót do Kościoła – wyjaśnia Michał. Jednocześnie tak się zaangażował w życie parafii, że został lektorem. Ksiądz wikary z Lidzbarka Warmińskiego zauważył talenty nastolatka i zlecił mu czytanie słowa Bożego podczas liturgii.

Michał wylicza jeszcze inne osoby, które miały wpływ na formowanie się jego powołania do kapłaństwa: siostra zakonna oraz koledzy z grona lektorów i ministrantów. – Zafascynowałem się liturgią i około II klasy liceum postanowiłem wstąpić do seminarium duchownego. Oczywiście, były różne chwile, nawet zwątpienia, ale Duch Święty robił swoje. Był również taki moment, że chciałem się wypisać z religii. Ważną rolę odegrała wtedy pani dyrektor, która jest wyznania ewangelickiego. Powiedziała mi: „Michał, a jeśli ci się w przyszłości religia przyda?”. I to pomogło – mówi olsztyński alumn.

Michał postanowił wtedy przygotować się do seminarium, co zaowocowało m.in. codzienną Eucharystią. Po maturze przyszedł moment, kiedy trzeba było zgłosić się do rektora WSD „Hosianum” w Olsztynie. Okazało się, że kolega Michała z klasy także chce zostać księdzem, i to dodało mu trochę odwagi.

A jak było w domu rodzinnym? – Mama coś wcześniej przeczuwała. Widziała, że coraz bardziej angażuję się w życie Kościoła. O moich zamiarach powiedziałem jej dopiero po maturze, w maju. Była przerażona. Może dlatego, że jestem jedynakiem. Zachęcała mnie, abym poszedł najpierw na inne studia i dopiero później podjął ostateczną decyzję. Na początku było jej trudno i wtedy bardzo pomógł ksiądz wikary, który z nią wiele razy rozmawiał. Przygotował mamę i mnie – wspomina Michał.

Przez ostatnie kilka lat zmieniło się nastawienie pani Piotrowskiej. Teraz chwali się, że ma syna kleryka. Pracuje w muzeum i kiedy rozpozna w odwiedzających księży, wspomina o swoim synu. Jest dumna.

Michał Piotrowski dokładnie pamięta moment złożenia dokumentów w seminarium. – Dzień przed wyjazdem do Olsztyna ksiądz wikariusz przyjechał późnym wieczorem, żeby sprawdzić, czy mam wszystkie potrzebne dokumenty. Czuł się za mnie odpowiedzialny – wspomina. Pierwsze dni w seminarium były połączone ze stresem i obawami. W pierwszym roku pobytu w „Hosianum” schudł 8 kilo. Jest osobą wrażliwą i emocjonalną, dlatego wszystko przeżywał intensywnie. Stopniowo jednak zadomowił się we wspólnocie seminaryjnej. Dziś sprawuje funkcję wiceceremoniarza i jest odpowiedzialny za przygotowanie uroczystości religijnych pod przewodnictwem biskupa.

Panie Boże, dlaczego?

Wśród barci kleryckiej jest także Bartosz Ostołowski, alumn IV roku, pochodzący z Samławek. Czym dla niego jest powołanie? – Porównałbym je z ziarenkiem, które Bóg w nas wszczepił. Ono w nas jest, ale nie każdy je odkrywa i nie każdy o nie dba, a o powołanie trzeba się troszczyć – mówi.

Miał kontakt z parafią od wczesnych lat dziecięcych. Już w wieku 4 lat służył jako ministrant do Mszy św. – Tak się zaczęła moja przygoda z powołaniem. Podpatrywałem mojego proboszcza i myślałem sobie wtedy: „Jak dobrze jest być księdzem. Odprawi Mszę św. i nie musi zbyt wiele robić. Ma samochód, dom, szacunek u ludzi i dużo wolnego czasu”. Tak myślałem jako dziecko – śmieje się Bartosz.

Pragnienie zostania kapłanem towarzyszyło mu do lat młodzieńczych. W szkole średniej wiedział, że chce wstąpić do seminarium. Zmieniło się jednak wtedy jego myślenie na temat pracy księdza. – Widziałem m.in. posługę abp. Edmunda Piszcza, który przyjeżdżał do naszej parafii z okazji różnych uroczystości. Był bardzo otwarty i z nami rozmawiał. Zrozumiałem wtedy, że ksiądz musi się poświęcić dla ludzi. Mój proboszcz jest także osobą otwartą i zaangażowaną w duszpasterstwo, więc i to miało wpływ na moje rozumienie kapłaństwa – wyjaśnia kleryk z Samławek.

Droga do seminarium nie była jednak łagodna i bezproblemowa. W II klasie pojawił się bunt. – Obwiniałem Boga za to, że w szkole koledzy prześladowali mnie ze względu na religijność. Wiedzieli o moim zaangażowaniu w życie parafii i strasznie mi dokuczali. Padały różne epitety, co było bardzo przykre. Dlatego ten żal do Boga. Mówiłem w swoich modlitwach: „Panie Boże, chodzę do kościoła i Ci służę, a ty zsyłasz na mnie takie rzeczy. Dlaczego?” – mówi Bartosz.

Nastolatek jednak wytrzymał i konsekwentnie dążył do realizacji swojego powołania. Zaufał Bogu. I tak przyszedł moment, kiedy pojawił się w seminarium, a było to bardzo wcześnie, jeszcze przed maturą. – Wchodząc przez seminaryjne drzwi, od razu poczułem się jak w domu. Choć była to moja pierwsza wizyta w tym gmachu, czułem się tak, jakbym tu już kiedyś był – mówi. Podczas rozmowy z rektorem dostał modlitwę do Ducha Świętego, którą odmawiał przed każdym egzaminem maturalnym – dyskretnie, żeby nikt nie widział.

Po złożeniu papierów w sekretariacie seminaryjnym czekał na odpowiedź. – Pamiętam, kiedy przyszedł list z Olsztyna. Byłem wtedy w sklepie. Radość była ogromna i chyba było to widać, bo ludzie się na mnie dziwnie patrzyli – mówi Bartosz. W jego rodzinie spodziewano się, że wybierze drogę do kapłaństwa. Właściwie zdziwiono by się, gdyby nie poszedł do seminarium. Bartosz po trzech latach pobytu w seminarium jest przekonany, że to miejsce dla niego. We wspólnocie kleryckiej pełni funkcję organisty.

Od strachu do zaufania

Jędrzej Borejko jest najmłodszy z tej trójki. Właśnie ukończył pierwszy rok studiów. Pochodzi z Reszla, który jest znany z obfitości powołań. Z reszelskiej parafii pochodzi obecnie 11 kapłanów diecezjalnych, 2 zakonnych i 2 siostry zakonne. Jędrzej ma naturę filozofa i od dziecięcych lat stawiał sobie trudne pytania, na które poszukiwał odpowiedzi. Jednym z nich było, czy wiara i praktyki religijne mają jakiś sens i co dają człowiekowi.

– W młodości uznałem, że nie ma twardych dowodów na istnienie Boga, ale nie ma także dowodów na Jego nieistnienie. Wykalkulowałem sobie wtedy, że istnieje ryzyko pójścia do piekła, jeśli jednak On istnieje. Dlatego, na wszelki wypadek, lepiej praktykować. Takie ubezpieczenie –mówi alumn z Reszla.

Podobnie jak Bartosz doświadczył w gimnazjum wyśmiewania i przykrości ze względu na religijność. Powoli jego wiara przekształcała się w ufność Bogu, który nie żałował mu różnych łask. – Pamiętam, jak na zakończenie misji parafialnych miałem doświadczenie Jego obecności, co zaowocowało chęcią pomocy innym, głoszenia prawd Bożych i przebaczenia wrogom. W pewnym momencie mojego życia uświadomiłem sobie, że jestem grzeszny i warto by było częściej się spowiadać. I tak się stało. Wtedy też zauważyłem, że Bóg w tym sakramencie objawia mi się jako miłość. To był moment, kiedy uwierzyłem w istnienie Boga na 100 proc. Zacząłem Go kochać – wspomina Jędrzej.

Te doświadczenia spowodowały, że w III klasie gimnazjum zdecydował się zostać ministrantem. – Kiedy patrzyłem na księdza odprawiającego Mszę św., odkryłem pragnienie kapłaństwa. Ja też tak chciałem – mówi. Postanowił jednak przyglądać się tym pragnieniom i rozeznać, czy są prawdziwe. Choć miał zamiłowanie do przedmiotów humanistycznych, to za namową rodziców wybrał profil biologiczno-chemiczny. Była to otwarta furtka do studiowania medycyny, gdyby ostatecznie nie było powołania do kapłaństwa. Do matury przygotowywał się solidnie, całe dnie spędzał na nauce.

– Kiedy ją napisałem, postanowiłem, że zapiszę się do seminarium przed ogłoszeniem wyników. Jeśli zapisałbym się po ich ogłoszeniu i nie miał odpowiednich punktów, które są potrzebne do studiowania medycyny – wtedy wybór seminarium wyglądałby jak konieczność – wyjaśnia reszelski kleryk.

Rodziców powiadomił o swojej decyzji po przyjeździe z Olsztyna, nastawili się bowiem na medycynę. Kiedy przyszły wyniki matur, okazało się, że Jędrzej zostałby przyjęty do Akademii Medycznej.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama