Nie nasze są?

Kredki mogą być sposobem na dobre relacje i poznanie własnych – również najmniejszych – sąsiadów.

Reklama

Nic mnie od dawna tak nie rozśmieszyło jak informacja o osiedlu mieszkaniowym, w którym część mieszkańców wypowiedziała wojenkę dziewczynce rysującej kredą po asfalcie. W zasadzie również jej rodzicom, poprzez złośliwą propozycję kupna córce papieru i kredek. Na szczęście jednak, nie wszyscy mieszkańcy osiedla uważali rysowanie kredą po asfalcie za przejaw dzikiego wandalizmu. Część wsparła dziewczynkę radosnym happeningiem, wspólnym mazaniem kredą esów-floresów, chmurek i słoneczek. Z pewnością było radośnie, budująco i połączyło to lokalną społeczność. Kolorowa kreda jako sposób na poprawę społecznych humorów i sąsiedzkich relacji. Ale po chwili nieskrywanej radości przyszła i smutniejsza refleksja. Co dzieje się z nami, społeczeństwem dorosłych, że przeszkadzać nam zaczyna zwykła kreda i dziecięce obrazki? Przeszkadzają obrazki, które znikną po kilku kroplach deszczu?

A może, tak naprawdę, przeszkadza coś zupełnie innego? Dziecięca radość, dziecięca prostota i dziecięce zabawy. Dziecko przeszkadza po prostu W latach 80. ubiegłego wieku na podwórkach był tłum rozwrzeszczanych dzieciaków. Wspólne gry w gumę, piłka nożna (pod oknami sąsiada), piłkarzyki, trzepak. Pisk i kotłowanina. Czasem pewnie dostało się burę od wrażliwej sąsiadki. Ale ogólnie wszystkie dzieci mogły czuć się w miarę bezpiecznie, bawiły się razem i nikomu to nie przeszkadzało. Hasło „Wszystkie dzieci nasze są” rzeczywiście obowiązywało. Obecnie nawet place zabaw są „w bezpiecznej odległości” od domów. I nie po to, by dzieci (czy okna) były bezpieczne, lecz również po to, by swoim śmiechem i piskami nie drażniły otoczenia. Jednym słowem: „Dzieci? nie nasze są! Nie moje!”.

Co się dzieje ze społeczeństwem, któremu przeszkadza dziecięcy śmiech, rysunek, sposób bycia? I z czego to wynika? Naprawdę dążymy do szklanych, zimnych domów, zimnych i eleganckich marmurów, w których prócz elegancji i przepychu, nie ma po prostu... życia? Na koniec myśl jednak kolorowa. Może warto pomysł z opisywanego powyżej osiedla podchwycić. I urządzać sąsiedzkie, międzypokoleniowe rysowania na asfalcie. Nie przeciwko komuś, lecz po to, by poczuć się jeszcze raz dzieckiem. I z dziećmi własnymi, i z sąsiedztwa, dobrze się bawić. I lubić. Po prostu, zwyczajnie lubić... 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Anna
    17.10.2016 11:28
    Zasadniczo, jak zwykle, szczerze się zgadzam. Moje dzieci też rysują kredą po asfalcie :) Jedyne "ale", które chciałabym jednak dorzucić, jest takie, że zachowanie dzieci sprzed pokolenia czy dwóch coraz częściej nie da się porównać z zachowaniem dzieci wychowywanych dzisiaj - wiem, wiem, to brzmi jak marudzenie babci, że za jej młodości inaczej się dzieci chowało, ale ja nie jestem jeszcze babcią, słowo. Jestem mamą i uczę się powoli, że współczesne psychologizujące, "towarzyszące dziecku" tzw. metody wychowawcze owocują często roszczeniowymi i aroganckimi, nie liczącymi się z innymi zachowaniami dzieci. Trochę nam się, młodym rodzicom, poprzewracało w głowach na temat zapewniania (własnym, a jakże) dzieciom komfortu psychicznego - kosztem zdrowych zasad współżycia społecznego i szacunku dla innych.
  • Gość
    18.10.2016 09:43
    Nie mam nic przeciwko malowaniu kredą po chodniku, ale:
    dzieci nie są "nasze", tylko rodziców, co twardo to podkreślają, nie zwracają uwagi na niegrzeczne zachowanie swoich dzieci. A niech ktoś z zewnątrz, porażony bezruchem rodziców, grzecznie i delikatnie spróbuje wytłumaczyć dziecku, że tak robić nie należy! Wtedy mama/babcia/ojciec obrażają się.

    Także nie. Nie ma "naszych" dzieci.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama