Puzzle w kształcie serca

Kasia długo układała życiową układankę. Warto było…

Reklama

Czasem jest tak, że miłość się po prostu czuje. Istniejącą gdzieś obok lub w oddali, tęskni się do niej, choć najpierw nie wiadomo nawet, jak ma na imię, jaki ma kolor oczu i włosów. Miłość – Zuzia – ma ciemne oczy i włoski, jak jej mama, Kasia. A Kasia marzyła o Zuzi wiele, wiele lat temu. Marzyła o tej miłości i adopcji dziecka jeszcze wtedy, gdy sama nie wiedziała o tym, że… została adoptowana. Bo tak to jest z miłością: zawsze zaskakuje.

Adopcji skutki uboczne

– Kursy przygotowujące do adopcji dziecka są ogromnie ważne. Naprawdę dziwię się, że ludzie kręcą na nie nosem, podważają ich sens – mówi Kasia Moryc. Z wykształcenia pedagog, mama trzech jasnowłosych chłopców i ciemnowłosej Zuzi. Od 17 lat szczęśliwa żona Ryszarda. – W ośrodku adopcyjnym przed przyjęciem Zuzi dowiedzieliśmy się, jak funkcjonuje rodzina 
z adoptowanym dzieckiem. Ale przede wszystkim dotarło do nas z wielką mocą, że to nie my, lecz dziecko i jego dobro są najważniejsze. Ono nas uszczęśliwia, owszem. Ale my dajemy mu bezinteresowną miłość. Tworzymy rodzinę i nie oczekujemy niczego w zamian.

A dobro, którego doświadczają (bo doświadczają!) adopcyjni rodzice, to niejako „skutek uboczny” adopcji. Dobry skutek: tworzy silniejsze więzi, otwiera serca, daje małżonkom wielkie poczucie sensu. Kasia wie, co mówi. Bardzo dobrze wie, choć do prawdy o sobie samej dochodziła powoli, z dużym zaparciem i skutecznie. – Moi rodzice byli mi bardzo oddani, próbowali dać mi wszystko, bym się rozwijała, uczyła. Byłam ich oczkiem w głowie, jedyną córką. Kochałam ich i wciąż bardzo kocham – opowiada Kasia. – Jednak niemal przez całe dzieciństwo, a już z pewnością przez czas nauki w liceum, czułam przez skórę, że obok mnie dzieje się jakieś inne życie. Coś ukrytego, co mnie dotyczy, lecz o tym nie wiem.

Lata mijały, Kasia skończyła liceum, poszła na studia. A przeświadczenie, że „coś jest nie tak”, że jest jakaś tajemnica, nie dawało jej spokoju. – Kiedyś podobno (czego nawet nie pamiętam) zapytałam mojego tatę, czy jestem adoptowana. Tata zaprzeczył – mówi Kasia.

A dlaczego w ogóle pytała? Skąd te niepokoje? – Myślę, że dzieci wyczuwają pewne sprawy. A może po prostu nasz mózg więcej wie i więcej koduje, zapamiętuje, niż nam się wydaje? Może tak podpowiadało serce…

Inne adopcyjne obyczaje

Prawie czterdzieści lat temu, gdy Kasia się urodziła, adopcje wyglądały inaczej niż obecnie. Były przeprowadzane bez kursów przygotowujących, z pominięciem wielu współczesnych procedur. Być może też, bez obecnej świadomości, czym jest adopcja. I bez pomocy wykwalifikowanych specjalistów, którzy doradzą, czy i jak o adopcji rozmawiać z przysposobionym dzieckiem. – Gdy pytałam po latach moich rodziców, dlaczego mi nie powiedzieli, nie byli w stanie do końca wyjaśnić. Bali się chyba, że będzie mi przykro, że będę się czuła gorsza. Myślę też, że mogli się obawiać, iż… poszukam biologicznej rodziny.

Tata Kasi, zapytany innym razem o to wprost, powiedział, że tak im doradził… psycholog. „Dla dobra dziecka lepiej nie mówić”. Więc nie mówili.

Kasia, jeszcze w czasach licealnych, miała zaprzyjaźnioną siostrę zakonną. Mimo że z natury dość energiczna i mocno czupurna, siostrze Helenie ofiarnie i regularnie pomagała sprzątać… kościół. Po sprzątaniu miały zwykle czas dla siebie, na pogaduchy, ciastka i herbatkę czy na wspólny film. – Kiedyś obejrzałyśmy taki o adoptowanej dziewczynie, która gdy dowiedziała się prawdy o sobie, odeszła do rodziców biologicznych. Stwierdziłam wtedy, że ja tak nigdy bym nie zrobiła. Siostra moje słowa opowiedziała rodzicom…

Jednak aby odkryć prawdę, Kasia musiała jeszcze poczekać.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama