Andriej o bocianich nogach

Ma piętnaście lat i waży piętnaście kilogramów. Wielki to sukces. Bo niedawno jeszcze umierał z głodu.

Reklama

Wózek jest miękki i podobno wygodny. Andriej siedzi w nim głęboko, z podkurczonymi nogami. Trochę jak ptak w gnieździe. – Jak pisklę, które nie umie latać. Nogi to on ma jak u bociana. Chude, długaśne, z długimi stopami – pielęgniarka Karolina, która dziś opiekuje się Andriejem, pochyla się nad chłopcem. I białym ręcznikiem wyciera buzię. Nadal się poznają: chłopiec i opiekunka. Bo Andriej w łódzkiej Fundacji Gajusz, a dokładnie w dziecięcym hospicjum stacjonarnym, przebywa trzeci dzień. Przywieźli go z ukraińskiego bidula. Gdzie bardzo starał się nie umrzeć.

Bidul

Urszula Pacześniak jest lekarką, pracuje na neonatologii Szpitala Matki Polki w Łodzi. Jest też wolontariuszką Fundacji Świt Życia. Organizacja opiekuje się dziećmi dotkniętymi trądem w dalekich Indiach. I dziećmi dotkniętymi biedą oraz kalectwem na niedalekiej Ukrainie – Andrieja poznałam 3 lata temu. Pojechałam na Ukrainę, do kuzynki pracującej jako wolontariuszka w domu dziecka w Załuczu. Mocne doświadczenie: 130 dzieci, w dużym stopniu upośledzonych, mieszka w warunkach – jak na Ukrainę – podobno niezłych. Jednak dla nas – szokujących. Dostają skromne jedzenie, jakieś lekarstwa i dach nad głową. Na Ukrainie to norma, że dzieci upośledzone trafiają do zakładów opieki

W Załuczu (na tle innych biduli) tragicznie nie jest. Jednak brakuje spojrzenia na dzieci – z troską, czułością. Brakuje rehabilitacji, dobrej opieki medycznej. Dzieci z przeróżnymi chorobami, deformacjami, bywa, że zupełnie bez kontaktu, traktuje się tam trochę jak balast. Jakby po prostu czekały na odejście, zostawione same sobie.

Wśród nich był Andriej. – Miał wtedy 13 lat, ważył 13 kilogramów. Mówili nam, że jeszcze rok wcześniej poruszał się, komunikował ze światem. Jednak niemal z dnia na dzień jego stan się pogarszał. I chudł. Bo wciąż i wciąż wymiotował. Niemal w tym samym czasie do Załucza dotarła też Małgorzata Stolarska, lekarka na co dzień pracująca na onkologii dziecięcej i w Fundacji Gajusz, w dziecięcym hospicjum. – Dom w Załuczu jest jednym z ok. 70 podobnych na Ukrainie. Do momentu gdy kilka lat temu zaopiekowała się nim polska parafia z Zabłotowa, dzieci nikt nie chciał nawet godnie grzebać. Ot, zakopywali malutkie ciałka pod cmentarnym płotem. Bez krzyża, bez modlitwy i jakiegoś upamiętnienia. Polscy księża to zmienili. Zainteresowali też domem dziecka fundację z Holandii, która rozpoczęła niezbędne remonty i wprowadziła dozę cywilizacji w traktowaniu dzieci. Potem dom dziecka zaczęli też odwiedzać wolontariusze z Polski, m.in. studenci medycyny, grupa misyjna z kościoła św. Teresy w Łodzi.

Teoretycznie z dziećmi na stałe jest ukraiński lekarz. W praktyce, gdy dr Stolarska przyjechała na miejsce, zobaczyła zaniedbane, nieprzebadane dzieci, które Polacy zaczęli diagnozować. – Andriej zrobił wtedy na nas najmocniejsze wrażenie. Przed oczami mam obrazek, jak siedzi w łóżeczku niemowlęcym, z rękami zawiązanymi pieluchą, i kiwa się na obie strony. Ręce mu krępowano, bo wkładał palce do buzi, czym prowokował wymioty

A od tych wymiotów był wciąż głodny. Coraz bardziej chudł. Więc najpierw podstawowe badania krwi i wynik: anemia. Leki w ciemno, jakieś odżywki. Wymuszenie na ukraińskich opiekunach, by zwrócili na dziecko większą uwagę. Przez krótką chwilę wydawało się, że stan Andrieja się stabilizuje, poprawia. Jednak wiosenny pobyt Polaków w domu dziecka nie pozostawił złudzeń: albo Andriej zostanie przebadany profesjonalnie, a leczenie zostanie wdrożone natychmiast, albo umrze. Bo właściwie powoli umierał. Jednak na Ukrainie nikt go diagnozować nie chciał.

Wolontariusze z obu fundacji – Gajusz i Świt Życia – połączyli siły i podjęli decyzję: zabierają Andrieja do Polski! I to jak najszybciej. – „Najszybciej” trwało pół roku, bo musieliśmy pokonać wiele biurokratycznych przeszkód, załatwić dokumenty, zdobyć pozwolenie od matki Andrieja (sama chora, nie zajmuje się nim od 11 lat), która formalnie jest jego opiekunką – opowiada dr Stolarska. A Urszula Pacześniak opowiada, że transport chłopca do Polski był podzielony na dwie wyprawy: do granicy i od granicy. Do granicy przywieźli go ukraińscy wolontariusze. Od granicy do Łodzi – polscy wolontariusze, w tym pani Urszula.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama