Nigdy nie będę z tego dumna

– Mogę wybaczyć gwałcicielowi. Staram się wybaczyć i sobie, ale nie potrafię. To wraca – mówi pochodząca z Holandii Irene van der Wende, która przed laty zabiła swoje nienarodzone dziecko poczęte z gwałtu.

Reklama

Pewna dziewczyna napisała do mnie, że jest w ciąży – opowiada Irene. – Jej chłopak chciał, żeby zabiła dziecko. Tak samo jej matka. Ona nie miała żadnego wsparcia. Była na wczesnym etapie ciąży. Wysłałam jej kilka zdjęć pokazujących, jak wygląda jej dziecko teraz, jak wyglądało tydzień wcześniej i jakie będzie za tydzień. W Holandii ludzie myślą, że dziecko na tym etapie to zlepek komórek.

Wizerunek małego człowieka, mającego kończyny i formującą się głowę, zaskoczył młodą matkę. Irene napisała jej, że sama zabiła kiedyś swoje dziecko i czuje się z tym strasznie. Dziewczyna dopytywała, czy po aborcji pojawiały się jakieś problemy zdrowotne. Irene zasugerowała jej, by spojrzała na stronę stowarzyszenia, na której umieszczone są nagrania z zakładów aborcyjnych. Ten widok okazał się szokiem.

– Napisała w e-mailu: „Jak oni mogą oczekiwać, że zrobię coś takiego mojemu dziecku?!”. Stwierdziła, że nie zamierza usunąć ciąży. Byłam bardzo szczęśliwa – wspomina Irene. Ona sama nie spotkała nikogo, kto udzieliłby jej podobnej pomocy.

Drugi gwałt

Irene van der Wende została zgwałcona, gdy miała 20 lat. Zaszła w ciążę. Jej bliscy naciskali, by poddała się aborcji. Irene uległa. Poszła do zakładu aborcyjnego. Dziś wspomina, że kobiety w poczekalni żartowały i śmiały się. Jedna powiedziała, że nie wie, kto jest ojcem jej dziecka, gdyż spała z dwoma różnymi mężczyznami. Druga, że ma już dwójkę dzieci i nie chce trzeciego. Jeszcze inna narzekała na złe samopoczucie związane z ciążą” – pisała Irene na blogu. „Przyszła po mnie pielęgniarka. Pogładziłam ręką swój brzuch i powiedziałam do niej: »Ale przecież ja jestem matką, w moim łonie rośnie dziecko«. Ona poklepała mnie tylko po ramieniu i powiedziała: »Tak, tak, wszystkie tak mówicie w ostatnich minutach«. Drzwi się otworzyły i weszłam na salę operacyjną”.

Aborcja, która miała być rozwiązaniem problemu, okazała się bardziej bolesna niż gwałt.

– Widząc moje wątpliwości, lekarz aborcjonista zaczął na mnie krzyczeć: „Przecież podpisała pani wszystkie dokumenty przed wejściem tutaj!”. Byłam jak zmrożona, mój mózg po prostu przestał pracować. Mnie, kobiecie wcześniej zgwałconej, kazali się rozebrać, rozłożyć szeroko nogi i przywiązali je do poręczy, potem szeroko rozłożyć ręce i też je przywiązali. To było okropne. Dostałam zastrzyk i już nic nie pamiętałam. Obudził mnie krzyk lekarza, który kazał mi wstać, a ja czułam tylko ogromny, rozdzierający ból. Słaniając się i opierając o ścianę, bez żadnej pomocy doszłam do łóżka w innym pokoju. Krwawiłam potem przez pół roku – wspominała Irene.

Trauma

Na tym dramat się nie skończył. Jakiś czas później Irene ponownie zaszła w ciążę, tym razem ze swoim chłopakiem. Ten nalegał, by dokonała aborcji. Groził, że inaczej ją zostawi. Nie zabiła dziecka. Partner nie blefował. Rzeczywiście od niej odszedł. Jednak dziecko także nie przeżyło. Doszło do poronienia. – Gdy obudziłam się rano, poprosiłam o możliwość pochowania dziecka. Nikt mi nie odpowiedział, ludzie się odwracali lub wychodzili z sali. Dowiedziałam się, że ciało mojego dziecka trafiło do śmieci. Mogło być również użyte do eksperymentów medycznych – wspomina Irene.

Jakiś czas później przeżyła kolejny cios. Dowiedziała się, że sama została poczęta w wyniku gwałtu. Matka przez lata nie była w stanie jej tego wyznać. – Powiedziała, że próbowała zabić mnie i siebie, kiedy miałam 24 tygodnie życia w jej łonie – opowiada Irene. Po śmierci matki spotkała brata i siostrę, którzy mieszkali w Stanach Zjednoczonych, ale przyjechali na pogrzeb. Rodzeństwo przyznało się, że wiedziało o wszystkim. – Wszyscy ukrywali przede mną tę informację. Starałam się przyswoić ją sobie, ale to zajęło mi dużo czasu – mówi. Wspomnienie pozostaje bolesne, choć kobiecie udało się poradzić sobie z myślami, że jej życie jest przypadkiem.

– To, czy zostałam poczęta z miłości, z bukietami róż itd., czy w wyniku gwałtu, nie ma nic wspólnego z moją godnością jako ludzkiej istoty. Wartość życia nie ma z tym nic wspólnego – podkreśla. I dodaje: – Nie czuję gniewu wobec gwałciciela ani abortera, ale ciągle trudno jest mi przebaczyć samej sobie.

Jak tłumaczy, wierzy w Boga i wybaczyła ludziom, którzy ją skrzywdzili. Dzięki temu mogła pozbyć się ciężaru, który dźwigała. – Kiedy przebaczasz, odłączasz się od tego, co się stało. Doświadczyłam pokoju. W Biblii jest napisane, że możemy dostąpić przebaczenia tylko wtedy, kiedy przebaczymy innym – mówi. Ale nie ukrywa, że nadal ciąży jej to, co zrobiła. Traumatyczne wspomnienie powraca. Wystarczy, że zobaczy zegar albo kafelki przypominające jej salę w przychodni aborcyjnej. – Inni na mnie naciskali, ale to ja dokonałam wyboru – Irene łamie się głos. – To dlatego czuję się winna. Gwałciciel dopuścił się zbrodni przeciwko mnie, ale ja popełniłam zbrodnię przeciwko mojemu dziecku. Dlatego ja jestem za to odpowiedzialna. Dziś rano, kiedy udzielałam wywiadu, nie byłam w stanie powstrzymać łez. To wspomnienie ciągle mnie porusza. To nigdy nie będzie coś, z czego jestem dumna. Nigdy. Chciałabym nie musieć opowiadać tej historii.

Na własną rękę

Pomimo traumy życie Irene potoczyło się na pozór normalnie. Doczekała się dwójki dzieci. Pracowała w korporacji. Jak wspomina, była bardzo nastawiona na zrobienie kariery. Miała posadę wymagającą ciągłych podróży po świecie. Nigdy nie rozstawała się z teczką. – Był czas, kiedy sprawiało mi to przyjemność. Potem nadszedł czas, gdy zostałam matką na pełny etat. Lubiłam patrzeć, jak rosną moje dzieci. A potem spotkałam liderów ruchu pro life – opowiada. Wspólnie z nimi w 2008 r. zaangażowała się w obronę życia.

„Szwedzka ambasador wyznała, że jest po aborcji i czuje się z tym dobrze. (...) Dyskutowała z naszymi raportami i starała się zakończyć spotkanie, ale udało mi się dać świadectwo, a ona go wysłuchała. Irene van der Wende skupiła się na rozwoju płodowym i stwierdziła zdecydowanie, że chociaż została zgwałcona, aborcja pomimo tego była złem” – tak kanadyjska obrończyni życia Denise Mountenay opisywała spotkanie w siedzibie ONZ w Nowym Jorku. Irene znalazła się wśród działaczek organizacji pozarządowych, które wzięły udział w obradach Komisji ds. Statusu Kobiet w 2010 roku. Gościła też w biurze ONZ w Genewie. Jednak po trzech latach rozstała się z organizacją. – Nie chcieli pokazywać zdjęć z aborcji ani organizować pomocy dla kobiet będących w trudnej sytuacji, a ja uznałam, że to ważne – tłumaczy. – Spotkałam kilka kobiet, które tak jak ja miały aborcję. Stwierdziłyśmy, że możemy same założyć stowarzyszenie.

Prosto w oczy

Grupa nazywa się Abortusinformatie.nl. Irene i jej współpracownicy pomagają kobietom w ciąży będącym w trudnej sytuacji. Mogą one dostać za darmo ubranka czy wyprawkę dla dziecka. Irene podkreśla jednak, że podstawowym celem jest edukacja. Na stronie organizacji można zobaczyć, czym naprawdę jest tzw. zabieg przerwania ciąży. Modele prezentujące, jak działają szczypce do aborcji, nagrania USG, zdjęcia szczątków dzieci – Irene podkreśla, że to wszystko jest potrzebne. Jak mówi, gdyby ona sama zobaczyła je przed wizytą w przychodni, jej maleństwo by żyło. – Wolę, żeby żyjące dziecko zobaczyło taki obraz, niż żeby dziecko zginęło, bo ktoś zdjęcia nie widział – tłumaczy.

Aktywiści z organizacji Irene stają też z banerami na ulicach. Czasem udaje się uzyskać zgodę na pikietę w centrum medycznym. – Na ogół lekarze i fizjoterapeuci są zaskoczeni. Mówią: o co wam chodzi, szpitale są po to, żeby leczyć, a nie żeby zabijać ludzi – opowiada działaczka. Reakcje przechodniów są różne. Jedni ignorują pikiety, innym się one podobają. Są i wrogowie. – Zarzucają nam, że kłamiemy, że nasza akcja to sprawka Kościoła. Ale niezależnie od tego, czy wierzysz w Buddę, jesteś katolikiem czy ateistą, tu chodzi o bycie człowiekiem. Chodzi o prawa małych dzieci, którym urywa się ręce i nogi albo się je truje. To jest największy w naszych czasach problem związany z prawami człowieka – mówi Irene van der Wende. Wspomina, że kiedyś drastyczne zdjęcie zabitego dziecka wstrząsnęło nią, ale też pomogło. – Myślałam wtedy o tym, co zrobiłam. Płakałam 3 dni, siedząc na podłodze. Widziałam dziecko mające 8 tygodni. Moje było znacznie starsze. W ciągu tych 3 dni zdecydowałam, że muszę coś z tym zrobić. Jeśli ja nie zdawałam sobie sprawy z tego, co robię, to inne kobiety też tego nie wiedzą.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama