Jedno najważniejsze marzenie

– Jako rodzice i małżonkowie, doznaliśmy wielu porażek. Ale jak upadamy, to po prostu wstajemy, bo wiemy, że święta rodzina to nie ta, która jest idealna, ale ta, w której mieszka Chrystus – mówią Alek i Kasia z Zielonej Góry.

Reklama

Wchodzę do domu. Od progu widzę same uśmiechnięte twarze, a od głowy rodziny słyszę: – Zazwyczaj „Gościa Niedzielnego” mamy w niedzielę, a dziś przecież środa. – To jest Antek, najstarszy, a to Kuba, Szymon, Dawid, Uleńka, a tam, w wózeczku – Rafałek – kontynuuje mama. – To na koniec musimy koniecznie zrobić rodzinne zdjęcie – mówię. Kasia od razu dorzuca ze śmiechem: – To może od razu też pokój dzieci, bo jest tam czysto jak nigdy. Kiedy powiedzieliśmy, że przyjdziesz i będziesz robił zdjęcia, na błysk wysprzątały. (śmiech)

Lodołamacze w akcji

Przenosimy się do kuchni, gdzie właśnie trwa przygotowywanie kolacji. Rozmowę zaczynamy od rodzinnej pasji. Rodzina Czaplickich, a przynajmniej jej męska część, często pływa, wędkuje, a od października ubiegłego roku nawet morsuje. – Zimą chodzimy na basen, ale zależało nam też na tym, by pobyć trochę na świeżym powietrzu. Synowie od razu chcieli do nas dołączyć – mówi Alek. Przerywa mu Kasia: – Do ciebie chcieli dołączyć! (śmiech) – To prawda. Najpierw ja sam wchodziłem do zimnej wody, potem Kuba, a następnie Antek i młodsi chłopcy. Zrobi- liśmy też zakład z mamą, który polegał na tym, że jak wejdzie do wody zimą, to dostanie su- kienkę. I przegraliśmy. (śmiech) Chłopaki chwycili bakcyla i mamy nawet koszulki z napi- sem: „Lodołamacze” – opowiada Alek. Jeden z synów Alka, Szymon, nie chce powtórzyć na głos, co powiedział cioci Asi, gdy go zapytała, dlaczego morsuje. – Nie powiem, bo to tajemnica – broni się chłopiec. Ale po chwili dodaje: – Powiem panu na ucho. Tata mówi, że do zimnej wody to strach wchodzić i ten strach trzeba pokonać – szepcze. A czasem faktycznie jest co pokonywać. – Najzimniej było w Nowej Soli, –12 stopni i wiatr. Morsowanie to dobry sposób, aby walczyć z wygodnictwem. To nie jest może sport, ale emocje, które temu towarzyszą, są bardzo sportowe. Jest adrenalina i chęć pokonania siebie. W ogóle ciągnie nas woda, taka z nas rodzina wodniaków. Ale może już dość o morsowaniu – uśmiecha się Alek.

Dziadek – fascynująca inspiracja

Siadamy do kolacji przy dużym stole. Oczywiście, wcześniej jest modlitwa. Także za „środowego” gościa. – Może porozmawiajmy o książce Kasi – uśmiecha się Alek. Kasia i jej kuzynka, Asia Zięba (po mężu Woźniak) napisały książkę o swojej rodzinnej miejscowości – Budziechowie koło Lubska. – Ale chyba najlepiej o tym opowie ona sama – śmieje się Alek. – O, tym tematem to ja mogę każdego zamęczyć – przyznaje Kasia. – Moja kuzynka jest historyczką i podsunęła mi ten pomysł, wiedząc, że interesuję się historią naszej rodziny i Budziechowa. I tak zaczęłyśmy zbierać materiały. Najpierw miała to być tylko broszura, ale było tego tyle, że powstała książka. Kasia i Asia pracowały nad nią przez pięć lat. – To była żmudna praca, ale bardzo ciekawa. Nasz dziadek był jednym z pierwszych mieszkańców Budziechowa. Wieczorem często opowiadał nam historie ze swojego życia i mówił o tym zawsze w niezwykle fascynujący sposób. Przed śmiercią nawet napisał pamiętnik, w którym zawarł historię całej rodziny – mówi Kasia. Książka ma trzy części. Pierwsza to historia od starożytności do czasów współczesnych; druga to wspomnienia mieszkańców, a trzecia to przeróżne dokumenty i zdjęcia. – Za pośrednictwem niemieckiego czasopisma, wydawanego przez osoby mieszkające przed II wojną światową w powiecie żarskim, udało nam się skontaktować z żyjącymi nadal niemieckimi mieszkańcami Budziechowa. Jeden z nich przyjechał do nas z Niemiec. Okazał się prawdziwą kopalnią wiedzy i materiałów. Przywiózł oryginalne zdjęcia, artykuły z prasy, spisy ludności. Istne perełki. Wkrótce po tym zmarł – wspomina współautorka i dodaje: – Przeprowadzałyśmy też wywiady z pierwszymi powojennymi mieszkańcami Budziechowa. To były bardzo ciepłe spotkania z drugim człowiekiem i jego osobistą historią.

To Bóg daje życie

Smaczna kolacja zjedzona. My siedzimy dalej przy stole, a dzieciaki bawią się w najlepsze. Domowy harmider nie przeszkadza jednak dwumiesięcznemu Rafałowi, który smacznie śpi. – Jak wy ogarniacie szóstkę dzieci? – pytam wprost. Alek i Kasia śmieją się: – Nie ogarniamy. Nie ukrywamy – nie jest lekko. Są zwycięstwa, ale jest też wiele porażek rodzicielskich. Widzimy jednak, jak z każdym dzieckiem Pan Bóg wnosi w nasze życie błogosławieństwo – przyznają małżonkowie. – To, że mamy sześcioro dzieci, to żaden wyczyn. (śmiech) Zawsze chcieliśmy mieć liczną rodzinę, ale wydawało się nam, że to nie będzie do końca możliwe. Kasia ma dużą wadę wzroku i musiała mieć cesarskie cięcia, a panuje powszechna opinia, że w takim przypadku można mieć maksymalnie dwoje, troje dzieci. Nie wiedzieliśmy, jak to będzie, ale byliśmy otwarci na życie – dodają. Po urodzeniu dwojga dzieci przyszły jednak ciężkie doświadczenia. – Miałam dwie ciąże pozamaciczne, wycięto mi prawe przydatki, stwierdzono zaawansowaną endometriozę. Lekarz powiedział, że z medycznego punktu widzenia szanse na zajście w zdrową ciążę (czyli taką, by dziecko zagnieździło się w macicy) są „bliskie lub równe zeru”. Kiedy więc zaszłam w ciążę, byłam przerażona. Pojechaliśmy od razu do szpitala, przygotowani na kolejną operację. I Bóg dokonał cudu – okazało się, że ciąża jest w macicy. Popłakaliśmy się ze szczęścia.

Niestety, tę ciążę poroniłam, i to było kolejne ciężkie doświadczenie – opowiada Kasia. – Pamiętam, że w tym czasie pomógł mi film o rodzinie ze wspólnoty drogi neokatechumenalnej, która ma 19 dzieci. Ich matka mówiła, że nie chodzi o to, żeby mieć dużo albo mało dzieci, ale tyle, ile Pan Bóg chce dać. Przecież Maryja miała tylko jedno Dziecko, a jest najlepszą Matką na świecie. Wtedy pomyślałam, że widocznie Pan Bóg nie chce dać nam więcej dzieci, i zaakceptowałam to. Kilka miesięcy później jednak ponownie zaszłam w ciążę i tym razem szczęśliwie urodziłam Szymonka. To mi pokazało, że nie my, ale Pan Bóg decyduje, ile mamy dzieci. Bo po ludzku to było niemożliwe, ale Pan Bóg kolejny raz dał nam dar życia. Miałam sześć cięć cesarskich i pewnie wiele osób myśli: co to za matka, która ryzykuje własne życie, mając już dzieci. Po tych wszystkich doświadczeniach nie planowaliśmy kolejnych dzieci – Bóg sam je nam zaplanował, a my jesteśmy Mu za nie wdzięczni. Widzimy, że za każdym razem, kiedy pojawia się dziecko w naszym domu, pojawia się w nim Chrystus i nam błogosławił np. poprzez lepszą pracę czy wynagrodzenie, a przede wszystkim poprzez naszą rodzinę i wiele osób, które spotykamy na swojej drodze. Wciąż doświadczamy, że to Pan Bóg troszczy się o naszą rodzinę, a nie my swoim sprytem.

Marzenie Antka i rodziny

Małżonkowie są już od 16 lat na drodze neokatechumenalnej. Alek dzieli się swoim świadectwem. – Urodziłem się w Żarach, mam 36 lat. Przez całe dzieciństwo byłem osobą bardzo nieśmiałą. Miałem kolegów, których poznałem na obozie sportowym, i trzymaliśmy się razem. Ale z czasem zobaczyłem, że to towarzystwo mnie nie nasyca. I kiedy miałem 18 lat, wołałem do Pana Boga, żeby dał mi się poznać. I spotkałem Go na rekolekcjach w parafii Wniebowzięcia NMP w Żarach, Na takich zwykłych rekolekcjach. To było dla mnie prawdziwe dotknięcie Boga. Poczułem, że On jest, chce prowadzić mnie przez życie i chce, żebym Mu zaufał – opowiada Alek. – Później poszedłem na studia do Poznania. Tam poznałem się moją żonę i zacząłem szukać jakiejś wspólnoty, bo miałem przeczucie, że Boga żywego można spotkać we wspólnocie, Najpierw trafiłem do duszpasterstwa akademickiego o. Jana Góry. Potem otarłem się o inne grupy, aż w końcu trafiłem na katechezy drogi neokatechumenalnej. To kosztowało mnie dużo wysiłku, bo musiałem dojeżdżać na drugi koniec Poznania. Spotkałem tam ludzi, którzy zmieniali się pod wpływem słuchania słowa Bożego. Dla mnie to był największy cud.

Przez te szesnaście lat mieliśmy czas, aby odkrywać wiele rzeczy. Także tych niezbyt przyjemnych. Chociażby to, że jesteśmy grzesznikami. Ale dzięki temu Pan Bóg zmienia nasze życie. Najważniejsze w neokatechumenacie, jest słuchanie słowa Bożego. Wspólnota pozwala nam widzieć Boga żywego na co dzień – podkreśla Alek, a Kasia dorzuca: – Nie jesteśmy idealnym małżeństwem. Oj, do ideału nam daleko! Lecz Bóg uczy nas inaczej na siebie patrzeć. Bo przecież każdy ma swoje wady i nie chodzi o to, żeby zmieniać drugiego człowieka, ale żeby zobaczyć w nim dobro. W ogóle mamy poczucie, że dużo dostaliśmy do Boga i Kościoła. Dostaliśmy więcej, niż mogliśmy sobie wymarzyć. Czy zatem mają marzenia? – Jest ich wiele, ale jedno najważniejsze: doświadczać nieba na ziemi! – mówią zgodnie Kasia i Alek. – Żebyśmy po każdej kłótni ze sobą i z dziećmi doświadczali przebaczenia i pojednania – Alek uśmiecha się.

– Wczoraj Antek nas zaskoczył. Chłopaki rywalizują ze sobą i zrobiłem im konkurs. Musieli wymienić pięć dobrych rzeczy na temat swojego brata, oczywiście była słodka nagroda. Zapytałem ich też o marzenia. Jak już wychodziłem z pokoju, Antek podszedł do mnie i powiedział po cichu, tak by pozostali bracia nie słyszeli: – Tata, ja bym chciał, żebyśmy poszli razem do nieba.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • S.
    24.01.2017 16:14
    Medyczne przejścia tej pani zdecydowanie nie zachęcają mnie do powiększania rodziny. Dobrze, ze oni są szczęśliwi. Nie wierzę jednak, że w przypadku zagrożenia zdrowia kobiety nie można się jakoś skutecznie zabezpieczyć, przecież metody naturalne w III fazie dają niemal 100 % skuteczności, wiem bo sama od wielu lat stosuję i żadnych nieplanowanych dzieci nie ma.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama