Jak spod igły

Historie dawnych rzemieślników pokazują losy całych rodzin, skupionych wokół warsztatu, przemiany czasów.

Reklama

Mówi się, że „nie szata zdobi człowieka”, jednak na przestrzeni wieków ubiór świadczył o statusie społecznym, pochodzeniu i zamożności. Historycy rozpisują się, kto miał prawo nosić złotogłów, dla kogo szyli krawcy cechowi i czym stroje te różniły się od dzieł „tandeciarzy” i „partaczy”.

Manuskrypt opolski

W Opolu cech krawiecki istniał już ok. 1300 roku. O poziomie umiejętności krawców świadczą na przykład wykroje z XVII w., przechowywane w Archiwum Państwowym w Opolu, które stały się materiałem do pracy magisterskiej i wydanej w grudniu publikacji popularnonaukowej. Zawiera ona zdjęcia, ale też podbudowę historyczną, opisującą w ciekawy sposób historię krawiectwa na tym obszarze. Stąd można się dowiedzieć m.in. dlaczego partacze szyli po nocach, że czeladnicy mieli obowiązek korzystania z łaźni i że dziś niemal wszyscy noszą „tandetę”. 

Źródła te są dowodem na to, że mistrz krawiecki musiał umieć uszyć rozmaite stroje, takie jak suknia pańska, kontusz, strój hiszpański i francuski, żywotek, węgierski kożuch, ale też ornat, pluwiał, chorągiew kościelna, a nawet namiot, strój na konia czy wystrój zewnętrzny domu – to tylko niektóre z nich. Dziś wykroje tych egzotycznych już strojów mogą być cennym wzorem dla historyków i rekonstruktorów; wskaźnikiem przemian i mód oraz dobrych praktyk zawodowych.

Cechowa tradycja

Przez kolejne dwa wieki zasady obowiązujące w cechu niewiele się zmieniły. Także wtedy, kiedy młody chłopak Piotr Gonsior (później pisany jako Gąsior) z podopolskich Lędzin, syn cieśli, w latach 20. XX w. szukał dla siebie zajęcia. Ojciec wysłał go na naukę do krawca, bo dwóch starszych braci zajmowało się już ciesielką. I tak przez kolejne lata codziennie jeździł 7 km na rowerze do Opola terminować u jednego z mistrzów, najpierw jako uczeń, potem jako czeladnik. I jak krawcy kilka wieków wcześniej dla nabycia większego kunsztu udawali się na wędrówkę po europejskich warsztatach, tak i on wyjechał na rok do Hanoweru, gdzie ukończył kurs krajczego.

– Potem nie wycinał już form z papieru, ale od razu robił zarys na materiale. Ten kurs był odpłatny a jego rodzice, mając jeszcze siódemkę dzieci, nie mogli wiele mu pomóc, ale wesoły chłopak zaprzyjaźnił się z innym kursantem, Włochem pochodzącym z zamożnej rodziny, i to on opłacił mu część czesnego. Po zdaniu egzaminu Peter Gonsior wrócił, w 1938 roku zdał w Bytomiu egzamin mistrzowski i wstąpił w szeregi majstrów opolskiego cechu – opowiada jego jedyna córka Krystyna. Młody krawiec otworzył warsztat w sąsiednim Suchym Borze, a w listopadzie 1939 roku ożenił się z córką masarza Marią Datko. Jednak wkrótce zawierucha wojenna upomniała się i o zdolnego rzemieślnika. Zabrała mu 5 lat życia, ale udało mu się wrócić z frontu wschodniego, do żony i córeczki.

Ancug za gęś u Gonsiora

Za zrządzenie Opatrzności Bożej rodzina uznała, że z wojennej pożogi ocalała też nowiutka maszyna do szycia firmy PFAFF, sprowadzona tuż po egzaminie mistrzowskim – jeden z pierwszych modeli, który szył i ściegiem prostym, i zygzakowym. – To właśnie temu pradziadek zawdzięczał, że nie zabrali jej żołnierze radzieccy przy przejściu frontu. Idąc na wojnę, zostawił ją właśnie na tym „zygzaku”. Gdy wojacy plądrowali domy, oglądali ją, ale będący z nimi krawiec stwierdził, że jest zepsuta, bo igła dziwnie przeskakuje. I tak do dzisiaj maszyna stoi i jest sprawna! – opowiada prawnuk Piotra Gonsiora Damian Niesłony. To on niedawno spisał historię swojego przodka i rodzinnej tradycji krawieckiej. A że zrobił to w pięknej miejscowej gwarze, wygrał nią w Łubnianach najnowszą edycję konkursu „Ze Śląskiem na ty”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama