Anioł na nartach

– Ceramika jest piękną, ale mocno nieprzewidywalną dziedziną, nigdy nie wiadomo, czy w końcowym efekcie nasza praca nie zakończy się „piękną” katastrofą w postaci kupki gruzu – mówi Danuta Chmielowiec.

Reklama

Przygoda małżeństwa Danuty i Jana Chmielowców, mieszkańców Tarnobrzega, którzy już niebawem zamieszkają na stałe w Radomyślu nad Sanem, zaczęła się zaledwie kilka lat wstecz.

Potrzebna trzecia faza

– Początkowo w moim przypadku był decoupage. Tworzone przedmioty opierały się w jakimś stopniu na gotowych kupowanych wzorach i dlatego postanowiliśmy, że należy zająć się czymś innym, naprawdę twórczym, całkowicie swoim. I tak zrodziła się myśl spróbowania swych sił w ceramice – opowiada Danuta Chmielowiec. – Tym bardziej że trafiła się okazja nabycia koła garncarskiego oraz pieca do wypalania.

Początkowo za pracownię służyło całe mieszkanie. Uformowane figurki, naczynia stały we wszystkich możliwych miejscach i suszyły się. – Niestety, samo wypalanie odbywało się w innym miejscu, gdyż piec był trójfazowy i nie można go było w mieszkaniu podłączyć, bo siłą rzeczy brakowało owej trzeciej siły – wyjaśnia żartobliwie Jan Chmielowiec. – Należało zatem wszystkie przedmioty arcydelikatnie zapakować i przewieźć do wynajmowanej kanciapki, gdzie nie było okien, ale była siła. Pomieszczenie to służyło nam przez jakiś czas, ale na dłuższą metę trudno byłoby tam funkcjonować.

W owym lokum państwo Chmielowcowie dokonywali wypalania oraz szkliwienia swych prac. – Obecnie mamy pracownię w Radomyślu nad Sanem, która mieści się w domu po babci – wyjawia pan Jan. – Nie jest jeszcze w pełni wykończona, wyposażona, ale, co najważniejsze, jest przestrzeń i są okna!

Choć na poważnie ceramiką pan Jan zajął się cztery lata temu, to jednak, jak przyznaje, ciągotki w tym kierunku przejawiał od dziecka. Jeszcze jako mały chłopiec uwielbiał lepić z gliny różne przedmioty, które wypalał w ognisku. – Naturalnie nic z tego nie wychodziło. Nie miałem bowiem zielonego pojęcia o całym procesie powstawania ceramiki, a przede wszystkim, że należy ją najpierw dobrze wysuszyć. Wkładałem mokre do ogniska i efekt niezmiennie był ten sam – wszystko pękało, strzelało – wspomina swoje pierwsze kroki. – Próbowałem także nieco później bawić się ceramiką podczas rodzinnych wyjazdów w Bieszczady, kiedy dzieci były małe i jeździliśmy tam z nimi. Czyli gdzieś tam w tyle głowy cały czas tkwiła myśl o ceramice.

Poszukiwania

Ceramika tkwiła więc cichutko w głowie pana Jana i dopiero za jakiś czas postanowiła zawładnąć nią niemal zupełnie. Jednocześnie ujawniły się również inne pasje. – W podstawówce, a zwłaszcza w szkole średniej, rysowałem, i to rysowałem bardzo dużo. Kupowałem szary papier oraz węgiel, wychodziło to bowiem najtaniej – opowiada pan Chmielowiec. – Potem pojawiły się farby olejne. Pamiętam do dzisiaj, jak kupiłem swoje pierwsze pudełko z napisem „Astra Przemyśl”. Rodzice byli niezbyt chętni, pewnie obawiali się, że wszystko pomażę farbami – śmieje się.

Specjalizował się wówczas w malowaniu reprodukcji, czerpiąc wzory z albumów kupowanych w tarnobrzeskim Empiku. To były przede wszystkim wydawnictwa rosyjskie, bardzo kiepskiej jakości, zwłaszcza jeśli chodzi o kolorystykę – wspomina. W ten sposób powstawały kopie największych mistrzów – van Gogha, Picassa, Witkacego. Opatrzenie z dziełami wybitnych malarzy nauczyło go sztuki kompozycji. Później pojawił się rysunek satyryczny. Eksperymentował z grafiką, w tym z niełatwymi technikami – akwatintą i akwafortą. – Do wytrawiania załatwiłem skądś, nie pamiętam już skąd, kwas azotowy. A sam proces przeprowadzałem… na parapecie w swoim pokoju – wspomina pan Jan. – Ale się dymiło…

Farbę drukarską z dawnej drukarni Franciszka Cwynara, mieszczącej się koło tzw. starej poczty, dzisiaj nieistniejącej, przyniósł mi ojciec. Jak mu się to udało, nie wiem. Przecież takie rzeczy były pilnowane, bo farba mogła być użyta do produkcji nielegalnych ulotek. Zajmowałem się też linorytem i drzeworytem. Naturalnie nie mogło obyć się również bez fotografii i tradycyjnej ciemni w łazience – śmieje się. – A, jeszcze była rzeźba, i to w kamieniu. Nawet jedna praca wyjechała do Francji.

Wiedzę na temat poszczególnych technik czerpał z książek kupowanych i wypożyczanych w bibliotece. Pomagała również siostra ucząca się w liceum plastycznym. Zresztą oboje artystyczne geny przejęli od mamy, która malowała piękne akwarele. Po maturze składał dokumenty na Akademię Sztuk Pięknych, ale nie udało się. Skończyło się na studiach inżynierskich. – Zwyczajnie, jako zdeklarowany pacyfista, postanowiłem uciec przez ścigającym mnie wojskiem – wyjaśnia.

Nie żałuje jednak, że nie dostał się na studia artystyczne. – Bo podczas nauki na akademii człowiek w jakiś sposób zostaje skażony pewnym rodzajem postrzegania i zmuszony jest później do poszukiwania własnej ścieżki. Tymczasem zdobywanie wiedzy w samodzielny sposób może dla artysty okazać się błogosławieństwem, gdyż jego twórczość przepełniona jest naturalnością i tylko jego osobowością – konkluduje pan Jan. – Choć przyznaję, czasami odczuwałem brak warsztatu.

Pani Danuta nie pozostawała w tyle za mężem. Zajmowała się fotografią, ale także projektowała i szyła ubrania dla siebie oraz dla swych pociech. – Dzieci przyszły na świat w czasie, gdy niczego nie można było kupić – w sklepach pustki i w dodatku wszystko na kartki. Trzeba było zatem sobie jakoś radzić – stwierdza skromnie. Potem była firma reklamowa i projekty reklam.

Spragniona wiolonczelistka

Glina jest bardzo wdzięcznym materiałem, pozwalającym kształtować się na wszelkie sposoby. Można z niej uzyskać praktycznie każdy kształt, jaki się zechce. – Jedynym ograniczeniem jest nasza wyobraźnia, tkwiąca tu – wskazuje na głowę pan Jan. – A ponieważ nam jej nie brakuje, dlatego wszystkie wyroby ceramiczne są naszymi autorskimi pomysłami – podkreśla pani Danuta. – Kiedyś pewna pani zapytała, czy aby na pewno jej sąsiadka nie będzie miała takiej samej rzeczy. Zapewniłam, że nie. Każdy egzemplarz jest jedyny i niepowtarzalny.

Zanim państwo Chmielowcowie przystąpią do właściwej pracy, tworzą szkice na papierze. Ale często pierwotny zamiar ulega modyfikacji już w trakcie lepienia. – Jakiś czas temu miałem stworzyć figurę klasycznego anioła. Tymczasem podczas pracy dziwnym sposobem wyszedł anioł na nartach – śmieje się pan Jan. – Ale najpiękniejsze są chwile, kiedy siadamy przed gliną i zastanawiając się, co z niej zrobić, gdzieś tam z góry słyszymy cichy szept: a może by tak anioła? – mówi z uśmiechem pani Danuta.

Wiele przedmiotów powstaje na konkretne zamówienia klientów, dokładnie określających, co chcieliby nabyć. Mimo doskonałego opanowania tajników ceramicznej sztuki wciąż zdarzają się nieprzewidziane przykre przypadki. – Wystarczy że gdzieś w środku pozostał malutki pęcherzyk powietrza czy kamyczek, by w trakcie wypalania kunsztowne dzieło z hukiem pękło – opowiada pan Jan. Tak stało się z piękną czaplą, którą koleżanki zamówiły na prezent dla swej przyjaciółki z pracy. – Włożyłem do pieca i tylko się modliłem, żeby wszystko poszło dobrze. I nagle słyszę „pum”. Już wiedziałem, że czapla odfrunęła – wspomina.

– Otworzyłem piec następnego dnia i oczywiście moim oczom ukazał się katastroficzny widok. Trzeba mieć świadomość, że pierwsze wypalanie odbywa się w temperaturze 900 stopni, drugie, po szkliwieniu, w 1280 stopniach, i nie można wówczas pieca otwierać. Odgłos pękania dochodzący z pieca jest najbardziej frustrujący, zwłaszcza w przypadku konkretnych i terminowych zamówień.

Państwo Chmielowcowie dokonali pewnego podziału specjalizacji. Pani Danuta najchętniej tworzy różnego rodzaju naczynia – bogato dekorowane misy, patery, podstawki pod świece oraz figurki aniołów. Pan Jan, jako że nadal czuje pociąg do rzeźbienia, specjalizuje się w figurkach, dekorach tworzonych z użyciem drewna. – Ostatnio wykonałem figurę wiolonczelistki, która obecnie sobie schnie. I niestety, gdy patrzę na nią, wciąż słyszę wołanie: pić mi się chce, pić mi się chce – żartuje.

Prace obojga artystów były prezentowane na wystawach m.in. w Miejskiej Bibliotece Publicznej im. dr. Michała Marczaka w Tarnobrzegu czy w Wojewódzkim Domu Kultury w Rzeszowie. Chętnie uczestniczą również w warsztatach organizowanych dla szkół, przedszkoli. – Każdy ma jakieś ukryte talenty – stwierdza pani Danuta. – Trzeba tylko odważyć się, by je uwolnić. – Mamy w swoim towarzystwie diabła, który zza pleców coś szepcze, i anioła przed sobą, unoszącego nas w górę. I ten moment unoszenia to nic innego jak wena – dodaje pan Jan. – Patrząc z perspektywy czasu na nasze prace, mimowolnie się uśmiechamy. Widzimy bowiem, jak są proste i niedoskonałe. Ale to świadczy o tym, że wciąż się rozwijamy – cieszy się pani Danuta.

– Zawsze powtarzam młodym osobom, zwącym się artystami, że każdemu przystoi odrobina pokory. A zadowolonym z efektu swej pracy można być co najwyżej przez 1,5 sekundy – podkreśla jej mąż. – Samozadowolenie oznacza koniec twórczego rozwoju, a to jest śmierć dla artysty. My zaś mamy jeszcze wiele planów i pomysłów do zrealizowania, naturalnie także w nowych technikach artystycznych.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama