Gliniana pasja

Mówią, że wystarczy niewiele, by powstał garnek: glina, wirujący krążek i sprawne ręce. Jednak prawdziwe arcydzieła mogą wytoczyć tylko prawdziwi mistrzowie, którzy latami poznają tajemnice fachu.

Reklama

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w tej miejscowości tylko nieliczni nie robili garnków. I nikt nie ukrywa, że tradycja wyrobu gliny była przekazywana z pokolenia na pokolenie od naprawdę niepamiętnych czasów. Przypomina o tym nawet nazwa wioski – Łążek Garncarski. – Tutaj na wiosce w każdym domu był warsztat. Robiono garnki, dzbany, donice czy kafle piecowe. Potem przyszedł krach, bo każdy wolał używać plastiku. I ja zarzuciłem toczenie. By utrzymać rodzinę, poszedłem pracować do tartaku. Jednak dyrektor Muzeum Okręgowego w Janowie Lubelskim namawiała mnie, abym wrócił do garncarstwa. Zaproponowała mi zorganizowanie warsztatów i pokazów garncarskich. Mam nadzieję, że ten fach przejmą następcy i będzie miał kto używać rodzinnego warsztatu, a to najważniejsze – podkreśla Adam Żelazko.

Z ojca na syna

Pracownia pana Adama to już jedna z niewielu, działających w Łążku, gdzie można zobaczyć, jak z kawałka gliny powstaje zgrabne naczynie. – To właśnie tutaj się urodziłem, tutaj się nauczyłem garncarstwa i tutaj uczę go innych. Cieszę się, że wnuk Oskar bardzo chętnie siada za kołem. Umie już nawet zrobić proste naczynia. Najważniejsze, że chce się uczyć – podkreśla Czesław Kurzyna.

Jak opowiada, zapał do garncarstwa ma po ojcu. I choć wcześnie został sierotą, pamięta, że podpatrywał ojca w pracowni. – Gdy wracałem ze szkoły, a ojciec szedł na obiad, ja biegłem do warsztatu, siadałem za kołem i próbowałem coś zrobić. Kiedy wracał ojciec, krzyczał na mnie, że glinę marnuję, że brudzę w warsztacie. Jednak zaraz uczył mnie, jak układać ręce, by dobrze wymodelować glinę, a ścianki były cienkie. Jak nie popsuć garnuszka – opowiada pan Czesław.

Po śmierci ojca wyrobu prawdziwej ceramiki nauczył go jeden z największych łążeckich mistrzów Mateusz Startek. – On był naszym sąsiadem. Czasem do niego zachodziłem i przez okno podglądałem, jak wyrabiał ceramikę. Kiedyś sam mnie zawołał i uchylił rąbka tajemnicy. Był prawdziwym mistrzem sztuki garncarskiej, za swoje osiągnięcia otrzymał nagrodę Oskara Kolberga – dodaje pan Czesław.

Po wielu latach wyrabiania asortymentu glinianego pan Czesław był zmuszony zaprzestać garncarskiego fachu. – Teraz tylko uczę innych. Mnie też uczono i chciałbym przekazać te garncarskie tajemnice młodszym – dodaje.

Garncarstwo z ojca na syna przeszło także w przypadku pana Andrzeja Plizgi z Medyni Głogowskiej. – U nas był słynny na całą Polskę ośrodek garncarski. Bywały czasy, że w Medyni działało ponad 120 garncarzy, teraz jest nas dużo mniej. U mnie w rodzinie i dziadek, i ojciec byli garncarzami. Ja zainteresowałem się wyrobem gliny, gdy miałem 21 lat – trochę późno, ale stało się to moją wielką pasją. Aby zostać dobrym garncarzem, trzeba mieć delikatne ręce, dużą wyobraźnię i być pracowitym. Glina nie lubi lenistwa i niedbalstwa. Gdy w jej wyrób wkładamy serce, potrafi się wspaniale odwdzięczyć – tłumaczy pan Andrzej.

Podkreśla, że sukces garncarza to nie tylko fach w rękach, ale także dobre przygotowanie gliny. – Po wykopaniu z ziemi musi być oczyszczona i wyrobiona niemal jak masełko. Dopiero wtedy daje dobre efekty przy modelowaniu. Potem oczywiście trzeba jej umiejętnie dopilnować, kiedy schnie, oraz dobrze ją wypalić. To naprawdę pracowity zawód, ale piękny, wdzięczny i pełen wyzwań – dodaje.

Glina dla każdego

Podczas łążeckich warsztatów niemal każdy może spróbować, jak to jest być garncarzem. Pod okiem kilkunastu doświadczonych mistrzów garncarskich można zasiąść za kołem i wytoczyć swój pierwszy garnek, flakonik czy talerzyk. – Tak naprawdę to dzięki garncarstwu wyszedłem na ludzi. Gdy miałem 16 lat, pokłóciłem się z mamą i postanowiłem uciec z domu. Na moje nieszczęście musiałem przejść przez podwórko pana Ambrożkiewcza, który był garncarzem. Przemykając obok jego warsztatu ku mojej młodzieńczej wolności, zobaczyłem, jak siedzi za kołem i wytacza jakieś naczynie. Podpatrywałem go kilka chwil i tak mnie to zachwyciło, że zapomniałem o moim planie ucieczki.

Tego dnia zostałem do wieczora u niego w warsztacie, wieczorem wróciłem pokornie do domu i następnego dnia znów byłem u niego na lekcjach garncarstwa – opowiada Piotr Skiba z Jadwisina. Teraz sam uczy młodych i całkiem już dorosłych garncarskiego fachu. Przez lata miał swoją pracownię, ale teraz częściej służy nauką niż produkuje gliniane cudeńka. Jak podkreśla, z dużą siłą wraca moda na wyroby z gliny. Bardzo wiele osób sięga po zdrowe, naturalne produkty, ale chce się także uczyć fachów, które niemal już zaginęły.

– Na warsztaty garncarskie przyjeżdżają osoby z całej Europy. Chcą poznać tajemnice wyrobu gliny, techniki toczenia naczyń i wypalania ceramiki. Może idzie lepsze dla garncarzy i już przestanie się o nas mówić: ginący zawód – dodaje pan Piotr. Stąd pomysł na garncarskie warsztaty w Łążku. – Założeniem naszych spotkań jest szerokie promowanie garncarstwa jako tradycyjnej sztuki, ożywienie tego rękodzieła oraz nauka młodych ludzi sztuki wyrobu gliny. Ośrodek garncarski w Łążku był jednym z niewielu w historii, które wykonywały ceramikę malowaną, a charakterystycznym ornamentem był – i nadal jest – kogucik łążecki – mówiła pani Barbara Nazarewicz, dyrektor Muzeum Okręgowego w Janowie Lubelskim.

Odkryte tajemnice

Podczas warsztatów można też było poznać praktyczne zastosowanie gliny. Zbudowany dwa lata temu gliniany słowiański piec z roku na rok, jak dobre wino, staje się coraz twardszy i coraz lepiej przydaje się do przygotowywania dawnych potraw. – Robimy to jak nasi przodkowie kilkanaście wieków temu, czyli metodami naturalnymi. Używamy podobnych narzędzi, naczyń i technik produkcji. I jak widać, bliny czy podpłomyki pasterskie cieszą się dużym wzięciem – opowiada pan Paweł Szymański, uwijając się przy glinianym piecu. Pan Paweł i Marta Florkowska prowadzą bardzo specyficzny warsztat garncarski, w którym wraz z ośrodkami akademickimi zajmują się badaniami nad dawnymi technikami garncarskimi.

– Poszukujemy informacji o starych narzędziach, odtwarzamy różne techniki wyrobu gliny i wytaczania naczyń na zrekonstruowanych dawnych kołach garncarskich. W naszym warsztacie powstają gliniane naczynia do termalnej obróbki potraw, czyli do gotowania i pieczenia. Staramy się także odtwarzać stare techniki. Nasz warsztat to bardziej laboratorium doświadczalne i szkoła garncarska niż zakład ceramiczny – podkreśla pan Paweł. Podobnie podejście do garncarstwa ma Anna Wojcieszuk, która łączy pasję wyrabiania gliny z archeologią.

– U mnie zainteresowanie gliną przyszło z innej strony. Jestem rekonstruktorem historycznym. Interesowałam się epoką średniowieczną i technikami robienia przetworów w tamtych czasach. Poszukiwaliśmy przepisów, technik przyrządzania przetworów bez cukru i sposobów ich przechowywania. I tak zetknęłam się z garncarstwem, bo trzeba było w czymś przetwory przechowywać. Pasjonuje mnie rekonstrukcja naczyń na podstawie znalezisk archeologicznych. Próbuję nie tylko rekonstruować kształty i wzory, ale także techniki wytwarzania. Musimy pamiętać, że przed zastosowaniem koła garncarskiego garnki robiono na tzw. kołach ręcznych, czyli toczkach. W VIII i IX wieku prawie wszyscy byli garncarzami, niemal każdy musiał umieć ręcznie wylepić ganek z gliny, która znajdowała się w pobliżu. Wynikało to z codziennej potrzeby. Dopiero później wykształcili się rzemieślnicy, którzy robili ceramikę, nazwijmy ją: ekskluzywną. Trzeba dodać, że Słowianie słynęli ze swoich wyrobów w całej Europie. Najwięcej eksportowano ich na tereny północne, gdzie zamieszkiwali wikingowie – opowiada Anna Wojcieszuk.

Dziś garncarstwo może nie jest już główną gałęzią przemysłu, ale jako pasja zaczyna interesować i pochłaniać wielu młodych artystów. 

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama