Kosmosy pani Krystyny

Nie jest typem gwiazdy. Skromna, delikatna. A ma błyszczące dobrym światłem życie.

Reklama

Urodziła się w Mielcu, lecz od czasów studiów mieszka w Krakowie. Szmat czasu. Starczyło na skończenie astronomii, pracę, pokochanie i adoptowanie niepełnosprawnego dziecka. I ukochane podróże. Dziś pani Krystyna Szczecińska jest osobą spełnioną i szczęśliwą. W wolnych chwilach rozmawia na portalach społecznościowych z kobietami takimi jak ona: bez drugiego chromosomu X.

Zespół nieprzeszkadzający

Gwiazdy to zawsze była jej pasja. Stąd wybór studiów: astronomia na UJ. – Byłam dobra z przedmiotów ścisłych. Ponieważ jednak w pracy naukowej i nauczycielskiej się nie widziałam, pod koniec studiów przekwalifikowałam się na informatyka i wiele lat pracowałam w tej branży – opowiada pani Krystyna. – Astronomia jednak to nadal moja pasja.

Czy ukończenie astronomii przez kobietę z zespołem Turnera to... kosmos? Niekoniecznie. Panie z tą wadą genetyczną najczęściej dobrze radzą sobie w życiu. Niektóre borykają się z problemami zdrowotnymi, takimi jak zaburzenia pracy tarczycy, czasem serca. Pani Krystyna prócz tego, że jak wszystkie turnerki jest bezpłodna i dość niska, nie skarży się na zdrowie. – Jak na turnerkę to wręcz jestem wysoka – uśmiecha się. – Mimo że hormonów wzrostu nie brałam. W czasie gdy byłam młodą dziewczyną, jeszcze się ich nie podawało. Zresztą wtedy w ogóle nie było za dużo wiadomo na temat mojej wady. Może to i dobrze...

Jej wada genetyczna na jaw wyszła stosunkowo późno, gdy pani Krystyna była już nastolatką. – Mocno opóźnione dojrzewanie zaniepokoiło matkę, która zaprowadziła mnie do lekarza. Zrobili mi badania. W końcu padła diagnoza: zespół Turnera. Dowiedziałam się, że będę raczej niska i że nie będę miała dzieci. Nikt nie robił wtedy z tego wielkiej tragedii, nie poczułam się „gorsza” czy „inna”. Życie toczyło się nadal. Zespół Turnera okazał się zespołem nieprzeszkadzającym w codziennym życiu. Pani Krystyna ukończyła studia, rozpoczęła pracę. Przed trzydziestką postanowiła jednak, że wbrew lekarskiemu „nie będziesz miała dzieci” zostanie matką.

Matka z wyboru

– Wiedziałam, że nie będę mogła mieć biologicznych dzieci. Zaczęłam zastanawiać się nad adopcją – wspomina pani Krystyna. – Odwiedzałam jeden z domów dziecka. Ponieważ byłam i jestem osobą samotną, nie dawano mi szans na adopcję zdrowego dziecka. Ale to nie był problem.

W domu dziecka pani Krystyna poznała malutkiego chłopca. Był niepełnosprawny. Nie chodził. – Mówili mi też, że intelektualnie coś z nim nie tak... 

Nie przeraziła się i nie zniechęciła. Przez rok odwiedzała malucha, w końcu zdecydowała się na kolejny krok. – Postanowiłam Grzesia adoptować.

Otoczenie reagowało bardzo różnie. Niektórzy mówili wprost: „A po co ci to? Przecież to kosmos: sama chora i bierze chore dziecko”. Inni z troską pytali: „Poradzisz sobie?”.

– Pojechałam po Grzesia razem z moją mamą. Zabrałam go do domu, gdy miał trzy latka. Pamiętam, że z domu dziecka pozwolili mu zabrać ukochaną zabawkę. Intelektualnie szybko nadrobił braki. Chodził jednak na sztywnych nóżkach, więc potrzebne były operacje. Przykurcz w rękach był na tyle silny, że musiałam go rehabilitować. Ćwiczyliśmy, ćwiczyliśmy… Syn się rozwijał...

Dziś ma ponad trzydzieści lat. Skończył studia, pracuje. Chociaż wychowanie nie było procesem bezproblemowym. – Syn wymagał indywidualnego traktowania w szkole, miał ADHD. To powodowało sporo nerwów, mojego zmęczenia i niepokoju. W szkole nie potrafił usiedzieć, miał problemy ze skupieniem. Mimo to w klasie maturalnej zaczął się dobrze uczyć, zdał maturę i dostał się na studia. Ożenił się. Jest moją dumą. Mieszkamy niedaleko siebie.

Kosmosy buntu

Od zawsze pani Krystyna była przeciwniczką aborcji. Bo ludzi po prostu się nie zabija. Nie angażowała się jednak w działania na rzecz obrony życia. Bo praca, dziecko, codzienne zabieganie. – Gdy zaczęła się duchowa adopcja dziecka poczętego, włączyłam się jednak od razu. Mam więc wiele duchowych dzieci. Od niedawna korzystam też z aplikacji na smartfonie „Adoptuj życie”. „Moje” drugie dziecko, właśnie z tej aplikacji, niedługo pojawi się na świecie.

Od niedawna też pani Krystyna zaczęła mówić na temat aborcji eugenicznej. – Kiedy w 1993 r. wprowadzili zmiany w przepisach aborcyjnych i ograniczyli aborcje, likwidując zabiegi „na życzenie”, cieszyłam się. Jednak potem przeczytałam listę chorób, które „uprawniają” do zabiegu. Byłam wstrząśnięta. Jedną z przesłanek do aborcji eugenicznej jest zespół Turnera, czyli moja choroba. Nie mogłam pojąć: dlaczego? Jakim prawem?

Gdy pani Krystyna przeszła na emeryturę, postanowiła nadwyżkę czasu przeznaczyć na obronę życia. Mimo skromności postanowiła „pokazać twarz”, by bronić takich jak ona: kobiet z ZT, chorych dzieci. Obecnie bierze udział w zbieraniu podpisów, by zlikwidować przesłankę eugeniczną jako przyczynę umożliwiającą legalną aborcję. – Specjalnie też założyłam konto na Facebooku, by pisać z innymi turnerkami, by mówić głośno, jakie jesteśmy. Ważne, że mogą do nas dotrzeć matki, które spodziewają się dziecka z ZT. Często są przerażone. Po rozmowie z dorosłymi turnerkami mogą choć trochę przestać się bać.

Pani Krystyna jeszcze z taką matką się nie spotkała. Ale gdyby była potrzeba, powiedziałaby jej wprost: – Z tą wadą można prowadzić normalne życie! Z powodu niskiego wzrostu i bezpłodności nie wolno zabijać człowieka...

Przypomina sprawę jednej z polskich matek, która domagała się aborcji z powodu zespołu Turnera u córki. Na aborcję jednak nie otrzymała zgody. I dostała odszkodowanie z Trybunału Sprawiedliwości w Strasburgu. Czy to nie kosmos? – Dla mnie to niepojęte. I przeraża mnie jeszcze, że w takiej Islandii w ogóle nie rodzą się chore dzieci. Czy naprawdę w społeczeństwie mogą przychodzić na świat tylko wysocy, piękni i idealnie zdrowi?

Pani Krystyna wierzy jednak, że świat można pozytywnie zmienić. Choćby przykładem. Jej ulubioną postacią jest Joanna Beretta-Molla. I wcale nie tylko dlatego, że poświęciła życie dla życia dziecka. Podziwia ją, bo była kobietą odważną, świetnie pracowała, wychowywała dzieci. Pani Krystyna wierzy, że i prawo można zmienić. Małymi kroczkami. Podziwia Mary Wagner, jej poświęcenie i odwagę w ratowaniu kanadyjskich dzieci.

A na co dzień? – Lubię patrzeć na rozgwieżdżone niebo, obserwować, jak się zmienia. Lubię też podróżować, poznawać świat, ten bliski i daleki. Chętnie chodzę na piesze wycieczki. Żeby zachować sprawność, ćwiczę na siłowni. Choć wielu ciężarków jednocześnie nie podniosę. A w ubiegłym roku zrealizowałam marzenie życia: odbyłam pielgrzymkę do Ziemi Świętej.

Tak po prostu. Bez kosmosu.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama