Przemocowa hipokryzja elit

Miałam mieszane uczucia co do akcji #MeToo.

W skrócie chodzi o publiczne opisywanie przez kobiety sytuacji przemocowych, których doświadczyły, i sygnowanie ich hashtagiem #MeToo. Opisywanie sytuacji molestowania seksualnego, agresji werbalnej i niewerbalnej. Dlaczego byłam przeciw? Ano dlatego, że nie zawsze publiczne „wyznawanie” cudzych win oczyszcza ofiarę. Do oczyszczenia potrzeba raczej spokoju, precyzji działania, również konkretnych kroków prawnych, by po prostu winnego ukarać. Ukarać skutecznie. Publiczne opisy przeróżnych sytuacji, multiplikowane i powielane, mogą natomiast rozmywać problem, osłabiać przekaz, a w sytuacjach ekstremalnych („on mi powiedział, że mam ładny biust”) odwracać uwagę od naprawdę poważnych i dramatycznych sytuacji. Problem przemocy wobec kobiet, autentycznej przemocy, jest zbyt poważny, by sprowadzać go do internetowych, medialnych akcji, które niemal z definicji upraszczają rzeczywistość. Choć niewątpliwie mówić o przemocy wobec słabszych, w tym wobec kobiet, trzeba. Pytanie, w jaki sposób – zarówno w warstwie treści, jak i formy.

Miałam mieszane uczucia względem #MeToo i mam je do dziś. Jednak w polskich realiach, dość nieoczekiwanie, akcja przybrała zaskakujący obrót. Otóż w dyskusji medialnej wyszła na jaw przypadłość pisarza Janusza Rudnickiego, który miał względem jednej z dziennikarek odnieść się per „k...o”. Dziennikarka sprawę opisała, licząc na zrozumienie i zapewne potępienie. I co? Bynajmniej nie osiągnęła celu, jakim zapewne miało być publiczne potępienie pisarza przez środowiska tzw. feministyczne i nowoczesnych ludzi postępu. Nic takiego nie nastąpiło. Bam! Maski spadły!

Po tekście dziennikarki rozegrała się urocza dyskusja o tym, że pan Rudnicki to taki rubaszny jest, że on już tak ma, że przecież nie ma o co się obrażać, choć to brzydko oczywiście do dam się tak odzywać. Ale przecież w żartach, to i wybaczyć trzeba. Sam Rudnicki zresztą, przepraszając publicznie dziennikarkę, na specyficzne własne poczucie humoru się powołał. Wśród obrońców tegoż „humoru” można wymienić Macieja Stuhra, Krystynę Koftę czy Elizę Michalik. Ale najbardziej chyba zaskoczył wpis Kazimiery Szczuki, która nazwała zachowanie pisarza „patologicznymi żartami”, które osobiście lubi, bo traktuje je jak „przejaw choroby o nieznanej etiologii”.

Ja natomiast traktuję obronę obrzydliwego zachowania jak chorobę zwaną hipokryzją tzw. elit i tzw. środowisk feministycznych (przynajmniej ich części). Hipokryzją przybraną w maskujące barwy bitwy o prawa kobiet. Najwyraźniej jednak sposób postrzegania przemocy wobec kobiet zależy od punktu siedzenia. Bo wyobrażają sobie państwo, co by się działo, gdyby zamiast Rudnickiego ktoś opisał w podobnej akcji np. prawicowego publicystę? I co by się działo, gdybym to ja próbowała takiego zachowania bronić?

Innymi słowy, przemoc jest wśród nas. Jednak jej dostrzeganie zależy w niektórych środowiskach od punktu siedzenia. Jeśli biją „oni” – trzeba reagować i piętnować. Jeśli bije ktoś z naszych, robi to dla „żartu”. Wiecie, szanowni „obrońcy”, że taka hipokryzja to też forma przemocy? 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja