Jestem matką w żałobie

– Do dziś mi żal, że w szpitalu nikt nie zapytał, czy chciałabym zobaczyć moją ledwie urodzoną zmarłą córeczkę – mówi Aleksandra Kłos-Skrzypczak, mama 4-letniego Karolka i trojga dzieci w niebie. – Nikt nie nazwał jej dzieckiem. Nie powiedział, że to był poród, a ja jestem matką.

Reklama

O człowieku

– Zaprowadzono mnie na łóżko i zaczęto szukać anestezjologa – opowiada Aleksandra. – Przyszła jakaś pani, która trzy razy oznajmiła, jakby obawiając się, że jej nie zrozumiem, że jeśli zdecyduję się na zabranie ciała dziecka i jego pochówek, to za badanie genetyczne płci muszę zapłacić sama. Potwierdziłam, że zgadzam się na to. Mąż czekał pod drzwiami, ale nie pozwolono mu wejść. Kiedy się obudziłam, te same położne rzuciły mi na nogi owinięty gazą plastikowy pojemnik, przypominający te, w których przechowuje się kaszę czy ryż. Pod wieczkiem koloru rozwodnionego mleka znajdowało się ciało mojego dziecka. Podeszła do mnie jakaś pani i zapytała, czy znam jego płeć. Kiedy powiedziałam, że to dziewczynka, potwierdziła. To był drugi ludzki odruch, jakiego wtedy doświadczyłam.

Pielęgniarki, zwożąc mnie windą, znów opowiadały sobie głośno szpitalne plotki. Ani moja córka, ani ja nie istniałyśmy. Przed opuszczeniem szpitala zbadał mnie ordynator i stwierdził, że taki poród to nie był poród. Wtedy uświadomiliśmy sobie z mężem, że lekarze traktowali nasze dziecko, jakby nie było człowiekiem. A przecież w świetle prawa to był człowiek. Marta została zarejestrowana w urzędzie stanu cywilnego. Otrzymałam akt jej urodzenia i zgonu. Wypisano mnie bez zaordynowania hormonów. Następnego dnia w piersiach zaczęło mi się gromadzić mleko i musiałam szukać pomocy u innych lekarzy. Przed wyjściem ze szpitala otrzymałam kawałek kosmówki z ciała dziecka dla potwierdzenia płci. Analiza wykazała, że nie wykryto żadnych aberracji chromosomowych. Dotąd nie poznaliśmy przyczyny śmierci żadnego z naszych dzieci.

O przytulaniu

– Ktoś, usprawiedliwiając zachowanie ginekologów i położników, których spotkałam, powiedział mi, że wynika ono z tego, że przez lata studiów są uczeni, jak odnosić sukces, jakim jest przyjście na świat zdrowego człowieka – opowiada Aleksandra. – Nikt ich nie przygotowuje na niepowodzenie, jakim jest poronienie.

Pytam, czy w tym trudnym czasie rozmawiała z Panem Bogiem, i słyszę odpowiedź twierdzącą. – Doświadczyłam tego wszystkiego w Wielkim Poście i muszę przyznać, że dotąd nie przeżyłam takiej drogi krzyżowej. Nigdy tak bardzo nie czułam tego, co Maryja, patrząc na śmierć Syna. Nigdy nie byłam tak blisko Niej. Gdyby nie wiara, martwiłabym się, gdzie są teraz moje dzieci. Uspokajam się, tłumacząc sobie, że w niebie mają najlepszą Matkę i najlepszego Ojca. Ta świadomość motywuje mnie do tego, żebym była dobrym człowiekiem i mogła się z nimi tam zobaczyć. Myślę, że już nic gorszego mnie spotkać nie może. Nie zapomnę aż do śmierci tego momentu, jak z kobiety w stanie błogosławionym zmieniłam się w płaczącą matkę.

– Do dziś budzę sensację na cmentarzu, kiedy staję nad grobem moich dzieci i czasami zadaję sobie pytanie: „Co ja tutaj robię?”. Kolej rzeczy powinna być taka, że to dzieci chowają rodziców. Nieraz jakiś przechodzień patrzy mi w oczy, żeby widzieć, jak płaczę. Dlatego zakładam wtedy ciemne okulary. Niekiedy ciekawscy spoglądają zza mojego ramienia, żeby sprawdzić, kto tu został pochowany. Jeszcze większe zaciekawienie wzbudzam, kiedy przychodzę nad grób z Karolkiem. Trzymam go za rączkę i wierzę, że Matka Boska, tak jak przytulała Pana Jezusa, gdy Go zdjęto z krzyża, tak teraz przytula moje dzieci.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama