Nie da się prosto wytłumaczyć

O stracie dziecka mówią ojciec, matka i ksiądz, który ludziom po takiej tragedii towarzyszy

Reklama

Dla Łukasza nadzieja umiera ostatnia

7 kwietnia 2009 r. już do końca mojego życia zapadnie w mojej pamięci. Nie, nie wygrałem tego dnia na loterii… Tego dnia urodził się martwy nasz syn Dominik Franciszek. Musimy z tym żyć. Tak bardzo pogubiłem się w życiu, że nawet nie potrafię wyrazić jasno swoich myśli. Od śmierci naszego dziecka minęło 6 miesięcy, a ja cały czas myślę, że to było góra dwa tygodnie temu. W międzyczasie zabrałem żonę na wakacje, na dwa tygodnie, żeby trochę oderwać się od codzienności. Nic prawie nie pamiętam z tych wakacji. Czas wydaje się biec innym torem niż zwykle. Dni, tygodnie a nawet miesiące zlewają się i coraz trudniej umiejscowić wydarzenia w minionym czasie.

Najbardziej teraz tęsknię za żoną. Strasznie oddalamy się od siebie. Z jednej strony kobieta, która nosiła pod sercem nowe życie, z drugiej strony mężczyzna, który na to nowe życie czekał. Myślenie każdego z nas jest inne. To bardzo ciężka próba. Nie wiem, na ile jeszcze jesteśmy razem, a na ile osobno. Choćbym nie wiem jak się starał, to mogę sobie tylko wyobrazić, co czuje teraz moja kochana żona.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zanim począł się Dominik, mieliśmy z żoną jeszcze dwie straty we wczesnym stadium ciąży. Wtedy nigdy nie poruszałem tego tematu. Uważałem to za temat tabu. Tym razem widziałem naszego synka. Był fizyczny. Piękny chłopak, podobny do mnie, jak dwie krople wody. Po tej stracie dotarło do mnie, jak nie fair zachowałem się poprzednio. Te dwie ciąże to też były dzieci… nasze dzieci. Chciałbym umieć powiedzieć takie słowa, które ukoiłyby zranione przeze mnie oraz przez życie serce mojej żony. Nie ma takich słów. Jesteśmy teraz jak rozbitkowie na bezludnej wyspie, z tym, że każdy na swojej i żadne z nas nie zwraca uwagi na przepływające statki.

Dawno temu bagatelizowałem swoją wiarę w Boga i byłem daleko od Niego i Kościoła. Ale mawiają: „jak trwoga, to do Boga”. Bardzo mądre słowa. Kiedy Dominik umierał, modliłem się, aby Pan go nam nie zabierał. Zabrał. Miałem w sobie złość. Jestem jednak zbyt „mały”, aby kwestionować Jego wybory. On widocznie wybrał inną drogę dla nas.

Wróciłem do wiary i Kościoła jak syn marnotrawny. Modlę się o to, abym z dnia na dzień stawał się lepszym człowiekiem i aby Pan chciał mnie kiedyś widzieć. Marzę o spotkaniu z moim synem. Dostałem lekcję szacunku do życia. Zarówno tego poczętego, jak i dorosłego. Jakże bolesna lekcja. Wszystkie dotychczasowe problemy i rozterki, wybory, przed którymi stawałem, wydają się teraz niczym. Śmierć dziecka zmienia wszystko bezpowrotnie. Człowiek zostaje jednak w tym świecie. Słońce wschodzi i zachodzi, Ziemia się obraca, ale teraz czas płynie inaczej. Wewnątrz mnie jest pustka. Kiedyś tętniło tam życie. Nie wiadomo, na co czekać. Życie straciło sens. Pozostaje tylko modlitwa i nadzieja na lepsze jutro. Nadzieja umiera ostatnia.
«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • END
    15.10.2009 00:18
    Jest tylko jedno lekarstwo na traumę po utracie dziecka: być przy tej osobie, którą to spotkało. Bez względu na jej nastroje.
    Potrzebny prawdziwy przyjaciel przez duże P.

    Rozumiem osobę, której jedyna córka 18-letnia zmarła na raka. I wiem, że ona mnie rozumie.
    Mówimy o tych samych sprawach tym samym językiem.

    A czas dzieli się na ten przed śmiercią, i ten po śmierci.


Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama