Otrzymałam wiele talentów

O grzechu zaniedbania, pracy barmanki i łzach na Barbórkę z Joanną Bartel rozmawia ks. Roman Chromy.

Reklama

KS. ROMAN CHROMY: Często pije Pani kawę z księdzem?

JOANNA BARTEL: – Duchowni są bez przerwy obok mnie. Jest to dla mnie zadziwiające, że we współczesnym zawirowaniu Kościół przyciąga mnie do siebie. Wierzę w Boga, choć praca artystyczna nie ułatwia regularnych praktyk religijnych. Mam nad morzem zaprzyjaźnionego księdza, który jeszcze w czasie mojego pobytu w Niemczech powiedział mi tak: „Asiu, ty strasznie grzeszysz”. Zapytałam go: „Dlaczego?”. A on mi odpowiedział: „Pan Bóg obdarował cię tak wieloma talentami, których nie rozwijasz. Poniewierasz się po świecie i malujesz obrazy, a powinnaś stać na scenie, bo jesteś lekarzem dla dusz. Powinnaś ludzi rozśmieszać i uzdrawiać ich ze smutku!”.

Co mu Pani odpowiedziała?

– Zapytałam go: „A skąd ty to wiesz?”. On mi na to: „Bo wiem. Tyle miliardów ludzi żyje na świecie, a Pan Bóg wyciągnął cię z tłumu, postawił na rynku i powiedział: »będziesz umiała rysować, śpiewać, pisać teksty, będziesz umiała tańczyć«… a potem włożył cię z powrotem do tego tłumu. A Ty zamiast Go posłuchać, to dalej siedzisz za granicą!”.

Wzięła sobie Pani te słowa do serca?

– Jak mówimy fajnie po śląsku: „pichły” mnie (gwar. dotknęły).

Skąd pani pochodzi?

– Ze Świętochłowic i urodziłam się w zakładzie pogrzebowym.

Gdzie?

– Jak Boga kocham! Moi rodzice wynajmowali pokój u pana, który robił trumny i prowadził zakład pogrzebowy. Na szczęście mieszkaliśmy tam tylko siedem miesięcy. Potem rodzice przeprowadzili się do domu, który wywarł na mnie olbrzymi wpływ. Zamieszkaliśmy w świętochłowickiej dzielnicy z paroma willami „na krzyż”. W tym samym domu sąsiadowaliśmy m.in. z rodziną  Wallisów. Pan Stanisław był kustoszem muzeum w Bytomiu, jego żona profesorką muzyki. Kiedy mama nie miała mnie gdzie zostawić, trafiałam do państwa Wallisów. U nich miałam dostęp do farbek (córki studiowały na ASP) i do książek. Dostawałam kromkę chleba z dżemem, kubek herbaty i siedząc przy półkach z książkami, czytałam.

Najlepsza lektura dzieciństwa?

– Już w pierwszej klasie przeczytałam „Robinsona Crusoe”, książkę zdobioną pięknymi drzeworytami. Ciągle mam przed oczami Robinsona z chrustem na plecach i Piętaszka. Chyba sama jestem jak ten rozbitek, bo daję sobie w życiu radę i jestem zorganizowana. Cieszę się, że wychowałam się na takiej ulicy, gdzie dzieciom nie brakowało pędu do nauki i nie rządziło „chacharstwo”.

To się nazywa „szczęście”.

– Świętochłowice były miastem robotniczym, a ja wychowałam się w enklawie inżynierów huty „Florian” i kopalni „Polska”. A propos kopalni powiem, że do dziś nie jestem w stanie spokojnie wysłuchać hymnu górniczego, bo od razu płaczę.

Dlaczego?

– Górnictwo kojarzy mi się z dzieciństwem. Kiedy na obchodach barbórkowych słyszę śpiew: „górniczy stan niech nam żyje!”, od razu jestem we łzach. Może jest to efekt mojego pobytu za granicą i tęsknoty za Śląskiem. Kiedy wróciłam do Polski z Niemiec, uświadomiłam sobie, jak bardzo czekałam na dźwięk kościelnych dzwonów, zapach rosołu i woń kołocza. Gdy beczałam podczas jednego z programów artystycznych, Krzysiu Hanke z kabaretu „Rak” powiedział mi do ucha: „Asia, nie rób mi sam gańby, być chłopym!” (śmiech).

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama