Piotruś urodzony sercem

- W ciągu kilku godzin przeżywaliśmy poczęcie, ciążę i poród – mówią małżonkowie. Wkrótce adoptują dziecko z gorzowskiego okna życia.

Reklama

Wszystko zaczęło się nad Wartą. Tutaj także małżonkowie Anna i Paweł (prawdziwe imiona, nazwiska i adres znane redakcji) odbyli warsztaty w Diecezjalnym Ośrodku Adopcyjno-Opiekuńczym w Gorzowie Wlkp. Tu także w lutym w oknie życia ktoś zostawił malutkie dziecko.

Moment poczęcia

Oboje z wyższym wykształceniem, mają dobrą pracę i są we wspólnocie neokatechumenalnej. Mają też duży pusty dom. – Chcieliśmy mieć dziecko – tłumaczą małżonkowie z 13-letnim stażem. – Przez wiele lat staraliśmy się o własne potomstwo, podejmowaliśmy różnego typu leczenie, ale bezskutecznie – dodaje żona. Z czasem przyszła decyzja o adopcji. Zanim do tego doszło, było wiele rozmów. – Mnie, jako kobiecie, było łatwiej od początku i do adopcji byłam gotowa już 10 lat temu. Mój mąż jednak dopiero trochę ponad trzy lata temu zaakceptował sytuację i otworzył się na inną formę rodzicielstwa – wyjaśnia Anna. – Raczej nie namawiałam męża. Widziałam, że to jest trudny temat. Trzeba pogodzić się z niemożliwością posiadania własnego potomstwa. Poza tym trzeba odkryć swoje powołanie i drogę – dodaje.

– Dla mnie, faceta był to dramat. Byłem zbuntowany i dotknięty w swej męskości, że nie mogę spłodzić dziecka. Nie potrafię tego ładnie ubrać w słowa, ale czułem się trochę jak impotent – zwierza się Paweł. – Myśl o in vitro oczywiście przemknęła nam przez głowę, nawet mieliśmy propozycję sfinansowania zabiegu, ale taką ewentualność odrzuciliśmy – dodaje. Paweł cały czas myślał, że się uda, jednak wciąż powracała myśl o adopcji. Kropel drążących skałę było wiele. Jedna z nich była zupełnie podstawowa. – Cztery lata temu najbardziej mnie dotknęło to, że nie mam komu przekazać swojego hobby, jakim jest żeglarstwo – wyjaśnia. – Mamy fajnych sąsiadów, którzy mieli dorastające dzieciaki. Powiedziałem, że zafunduję im kurs żeglarski. One jednak nie chciały. Dotknęło mnie to, że moja pasja dla innych okazała się czymś obojętnym. Ale z drugiej strony nie było w tym nic dziwnego, bo przecież nie przeżywali ze mną przygód – dodaje.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

TAGI| ADOPCJA, RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • młoda
    28.05.2011 12:47
    Rozumiem doskonale całą sytuację. Przeszliśmy z mężem podobną drogę, prób leczenia(dzięki Bogu nawet nie rozważaliśmy in vitro) do decyzji o adopcji...Mamy małego chłopczyka , który szaleje po naszym domu :)Mam nadzieję,że będziemy mogli urodzić w sercu więcej dzieci, które dostana nas na zawsze jako swoich rodziców :) Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że mamy takiego synka...
    PS. Z doświadczeń osób, które miały do czynienia z ośrodkiem z Białegostoku mogę tylko powiedzieć,żeby uważały.Panie które tam pracują są bardzo nieżyczliwie nastawione i źle traktują przyszłych rodziców. O innych historiach nie wspomnę..
  • mm
    28.05.2011 19:15
    Zazdroszczę, bo mi nie było to dane. Ale chyba się już z tym pogodziłam. W każdym razie w stronę akceptacji zmierzam.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama