Wakacje: małżeńska okazja

O prawdach i mitach na temat zdrad małżeńskich i o tym, co zrobić, by do kryzysu nie dopuścić, z dr. Mieczysławem Guzewiczem rozmawia Agata Puścikowska.

Agata Puścikowska: Jest Pan terapeutą małżeńskim?

Dr Mieczysław Guzewicz: – Formalnie – nie. Praktycznie – tak. Jestem teologiem biblistą i od wielu lat zajmuję się tematyką rodziny. Jestem też małżonkiem z trzydziestoletnim stażem. A gdy zacząłem pisać książki o tematyce małżeństwa, okazało się, że cieszą się sporym zainteresowaniem. Zaczęły się poważne rozmowy, spotkania z małżonkami, w tym także z małżonkami przechodzącymi kryzys. Okazało się, że w Polsce jest stosunkowo niewiele miejsc, ludzi, instytucji, które – w zgodzie z nauczaniem Kościoła katolickiego – pomagałyby podnieść się z kryzysu. Niestety, bardzo często jest tak, że pary zgłaszają się o pomoc do specjalisty, a specjalista prawie natychmiast znajduje „rozwiązanie” w postaci rozwodu.

Szczególnie gdy powodem kryzysu jest zdrada. Panuje np. opinia: „zdradził raz, będzie zdradzać zawsze”...

– Tak, zdrada jest często traktowana jako gwóźdź do małżeńskiej trumny. A aż 10 proc. dorosłych Polaków przyznaje się do zdrady... Oczywiście zdrada jest traumą, największym nieszczęściem, jakie może przydarzyć się małżeństwu. I bardzo trudno po tak dramatycznym wydarzeniu odbudować relacje, zaufanie do współmałżonka. Ale zdrada zazwyczaj nie jest powodem kryzysu, lecz jego skutkiem. I nie jest prawdą, że jeśli ktoś zdradził raz, będzie zdradzał zawsze. Z mojego doświadczenia w pracy z małżeństwami wynika, że najczęściej są to wydarzenia jednorazowe, krótkotrwałe. I co ważne – najczęściej są następstwem błędów po obu stronach.

To brzmi, jakby bronił Pan zdradzającego!

– Nie bronię. Ale zazwyczaj wina leży po obu stronach. Kwestia rozłożenia proporcji. Wiadomo, że większą winę ponosi strona zdradzająca, bo to ona ostatecznie dokonuje fizycznej zdrady. Jednak, jak mówiłem, ta zdrada jest najczęściej skutkiem wieloletnich, długotrwałych zaniedbań w małżeńskich relacjach. Przykład: zdradziła ona. Dlaczego? Być może dlatego, że przez 15 lat nie usłyszała, że jest ważna, piękna, a ostatnie „kocham cię” padło 16 lat temu. Więc gdy pojawił się w pracy sympatyczny kolega, który nie dość, że komplementuje, to jeszcze znajduje czas, wszystko wymyka się spod kontroli... Po prostu w relacjach małżeńskich pojawił się deficyt – w tym przypadku czasu i zainteresowania, a ktoś obcy ten deficyt potrafił zaspokoić. I drugi przykład: zdradził on. I wcale nie z młodszą i piękniejszą, jak mogłoby się stereotypowo wydawać. Zdradził z przysadzistą koleżanką z pracy, bo miała dla niego czas, bo interesowała się nim, bo on był ważny – a nie tysiące domowo-rodzinnych spraw. To oczywiście tylko przykłady, sytuacje są bardzo różne. Chodzi o pokazanie mechanizmu: zdrada pojawia się tam, gdzie pojawił się kryzys wywołany deficytem: czasu, zainteresowania, kontaktów fizycznych, poczucia bezpieczeństwa (niepotrzebne skreślić, potrzebne dodać...).

W obu tych przykładach pojawia się natomiast miejsce pracy jako potencjalne zagrożenie. Również badania CBOS potwierdzają, że aż 34 proc. romansów zaczyna się w miejscu pracy. Bać się firmy współmałżonka?

– Bać nie. Ale zdawać sobie sprawę, że rzeczywiście w miejscu pracy nawiązujemy najwięcej relacji intymnych. Dzieje się to z prostej przyczyny: w pracy spędzamy mnóstwo czasu, często więcej niż w domu. A koleżanka czy kolega z pracy nie są obarczeni problemami dnia codziennego: nie nudzą, że rachunki nie są zapłacone, nie narzekają na niegrzeczne dzieci itd. Dodatkowym czynnikiem ryzyka, a wiem to z rozmów z małżeństwami po przejściach właśnie, są tzw. wyjazdy integracyjne. Są obowiązkowe, często w pięknych, atrakcyjnych miejscach. Oczywiście jedzie się na nie w pojedynkę – bez męża czy żony. W bardzo wielu firmach jest tajemnicą poliszynela, że alkohol się na takich imprezach leje litrami, a przygodne kontakty seksualne stają się normą. Słyszałem wręcz o sytuacjach ostracyzmu i nagonki na osoby, które mówiły takim zachowaniom „nie”. Było to traktowane nieomal jak niesubordynacja, wyłamanie się z zasad firmy.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • mario
    12.09.2011 10:26
    Jak dla mnie to super artykuł.
    Czytając "przyłożyłem" go do siebie i swojej sytuacji. Nie jestem zdradzony dosłownie, moja żona "zdradza" mnie z ALKOHOLEM. Niestety jest na takim etapie uzależnienia że nie chce się do tego przyznać. Ale patrząc przez pryzmat tego artykułu, oczywiście nie usprawiedliwiam postępowania żony, też w pewnych sytuacjach mogłem inaczej postępować. Teraz niestety jest ciężko naprawić to co zostało zniszczone, ale mam nadzieję że w końcu się uda. Pokażę ten artykuł mojej żonie, ale nie wiem czy zechce go przeczytać, jest zamknięta na wszelką pomoc.
  • kamila
    13.09.2011 11:08
    Artykuł powiela mity na temat zdrad małżeńskich. Jak ktoś jest niedojrzały to wiadomo,że będzie usprawiedliwial cudzołóstwo na wszystkie sposoby, choćby tak , że zdradził bo koleżanka z pracy (może w dodatku samotna panienka) miała więcej czasu dla cudzego męża niż zapracowana żona, obarczona domem dziećmi, gotowaniem, sprzątqaniem i jeszcze pracą zawodową. To są śmieszne argumenty mające według autora obarczać winą za zdradę tę zdradzoną stronę. Wstyd, że doradca rodzinny coś takiego mówi, a portal Wiara to publikuje. Jeśli któryś z małżonków czuje się niedoceniony czy zaniedbany w małżeństwie to niech ROZMAWIA z partnerem o tym a nie szuka docenienia w łóżku kochanka
  • malutka
    13.09.2011 17:38
    Mam 35 lat i zdradził mnie mąż, gdy byłam w ciąży zagrożonej i leżałam w szpitalu. Nigdy nie mówił, że mu czegoś brakuje, byłam dla niego cudowną żoną, . No w ciąży to wiadomo nie mogliśmy współżyć, ale czy to go usprawiedliwia? Teraz nasze małżeństwo się rozpada , jestem z nim ze względu na dzieci, ale nie mogę na niego patrzeć, czuję się nikim. I to nie jeden raz mnie zdradził ale wiele razy i to prawda, że jak zdradzi roaz to potem znowu. Chyba nigdy mu nie zaufam, czuję wstręt, ciągle "widzę" go jak to robi z tamtą dziewczyną, która bez skrupułów weszła w nasze małżeństwo i je rozwaliła. Proszę mi powiedzieć jaka jest moja wina w tej zdradzie ?? Dlaczego piszecie na katolickim portalu takie rzeczy?
  • pskow
    19.10.2011 17:26
    Niestety, ale jak czytałem ten artykuł poziom mojej adrenaliny wzrósł znacznie.
    Nie jestem w stanie zaakceptować zdania, że za zdradę odpowiedzialność ponoszą obie strony i że jest tylko kwestia wagi tej winy. Przykro mi to mówić, ale to jest w moim najgłębszym przekonaniu bujda na kółkach i szokuje mnie, że takie zdania padają u osoby, która powinna być mądra. Owszem, zdradzony może być winny wielu złych rzeczy, ale przecież nic nie tłumaczy zdrady, nie zmniejsza tej winy. Zdrada szczególnie u katolika jest wyrazem nadzwyczajnego lekceważenia norm, jest barbarzyńskim aktem sprzeniewierzenia się miłości i wierności. Jest podeptaniem więzi, którą dobrowolnie się stworzyło. Jest w końcu bestialstwem wobec człowieka, który zdradzaczowi zaufał i w swoim zaangażowaniu doznaje niewyobrażalnej krzywdy. Pomińmy przypadki ekstremalne, kiedy zdradzany jest nałogowym alkoholikiem, brutalem bijącym żonę /takie sytuacje tez nie usprawiedliwiają zdrady/. W normalnych rodzinach często może się nie układać, może być nawet źle w wyniku jakiś zaniedbań, lenistwa, braku porozumienia, czułości. Ale nie ma to nic do zdrady. Zdrada jest brutalny zerwaniem najważniejszej relacji małżeńskiej. Wywołuje ból, który niszczy wszystko co było. Jest to anihilacja dotychczasowych więzi. Co zostaje? Może jakaś Boża iskra, która może, ale nie musi rozpalić płomień zastępczy, jakby kominek na prąd elektryczny. Ani to piękne, ani efektywne, tyle że ciepło daje i można zimę przetrwać, czasem nawet i przyjemnie.
    Każdy kto w zdradzie poszukuje rozwiązania swoich problemów jest poszukiwaczem nikczemności. Stoi na skraju niewyobrażalnego łajdactwa. Poczucie nieszczescia w związku jest czymś częstym i zrozumiałym. To, że znajdzie się ktoś, kto chętnie "pocieszy" też, ale to jest właśnie moment by się otrząsnąć! Ekstremalna sytuacja nadchodzącego pozamałżeńskiego zbliżenia intymnego powinna być dla każdego normalnego człowieka wstrząsem wyrywającym go z amoku. Odrzucenie przez małżonka zalotów kochanka, jest też w pewien sposób aktem heroicznym, wspaniałym. Jest zwycięstwem miłości i właśnie tak sytuacja może być przyczynkiem uzdrowienia relacji małżeńskich. Tylko w takiej sytuacji można liczyć na zdrową rozmowę między małżonkami i sensowne określanie win obu stron. Zdrada niestety wszystko to niszczy i trzeba być wyjątkowym nikczemnikiem by po przyprawieniu małżonkowi rogów jeszcze czynić mu wyrzuty. Jakiekolwiek wyrzuty! Symetrii w relacjach nie ma już żadnej. Niestety, ale jest gra do jednej bramki. Innymi słowy, zdradzający albo swoim nadzwyczajnym upokorzeniem skruchą, dobrą wolą, zadośćuczynieniem postara się wzniecić na nowo miłość w małżonku, albo niech do końca życia pokutuje w samotności.
    Kwestia tych "win" zdradzonego owszem jest, ale ma w okolicznościach zdrady marginalne znaczenie. Ich korekta jest aktem nadzwyczaj dobrej woli ze strony zdradzonego. A moim skromnym zdaniem jest czymś naturalnym u kogoś kto wybacza zdradę. Nie ma chyba większego poświęcenia niż wybaczenie zdrady.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja