Lewy prosty za kromkę chleba

Szczupły i drobny, ale o świetnej technice i fenomenalnej szybkości. Przed wojną nazywany „żelazną pięścią”, w Auschwitz – „białą mgłą”.

Po jednej stronie niemiecki kryminalista, kapo obozu w Auschwitz − Walter Dünning. Przedwojenny mistrz Niemiec w wadze średniej. Waga: 70 kg – imponujące masa mięśniowa i potężne bicepsy. Po drugiej polski więzień – Tadeusz Pietrzykowski, pseudonim Teddy. Przedwojenny wicemistrz Polski i mistrz Warszawy w wadze koguciej. Waga: 40 kg − właściwie sama skóra i kości. Stawka: pół bochenka chleba i kostka margaryny. Esesmani robią zakłady. Odpalają cygara. Wyśmiewają polskie „chucherko” skazane na porażkę. Czas zacząć widowisko...

Dam sobie i w piekle radę

Teddy podszedł do obozowego kapo i w geście powitania podał mu rękę. Dünning wyciągnął swoją. Obaj przyjęli postawę bokserską. Zaczęło się. „Uderzyłem go lewym prostym. Zdublowałem cios jeszcze raz i jeszcze raz. Dünning oganiał się ode mnie jak od muchy. Później skontrowałem go prawą ręką na szczękę. Cios doszedł celu, aż Walterowi odskoczyła głowa” – wspominał po latach T. Pietrzykowski.

Po pierwszej rundzie dotychczas pewni siebie esesmani stracili animusz, obserwując doskonałą technikę Polaka. „W czasie przerwy zauważyłem zdziwienie panujące wśród Niemców, którzy jakby »cieplej« zaczęli na mnie spoglądać. Natomiast koledzy Polacy zaczęli mnie zagrzewać do walki, wołając: »Bij Niemca!«”.

W drugiej rundzie Teddy zaatakował skutecznie lewym sierpowym. Pod nosem kapo pojawiła się krew. W tym momencie Niemiec przerwał walkę. Podszedł do wychudzonego więźnia i uśmiechnął się. Powiedział, że spotkał godnego przeciwnika. – Po tych słowach wręczył tacie cały bochenek chleba. Tata mógł także w nagrodę wybrać sobie przydział do pracy w obozie – opowiada Eleonora Szafran, córka Teddy’ego.

Walka z Dünningiem była pierwszym w historii obozu pojedynkiem bokserskim z udziałem więźniów. „Pamiętasz, co Ci wszyscy mówili, Sylwina: »Co będzie z niego? On sobie w życiu rady nie da, boks to chamstwo«. No widzisz, mieli rację, co? Dam sobie i w piekle radę przy Bozi pomocy” – pisał T. Pietrzykowski w jednym z grypsów z Auschwitz do swojej matki.

Szybki, zwinny, długoręki

Urodził się w Warszawie w 1917 roku. Sielankowe dzieciństwo brutalnie przerwała śmierć ojca 10 lat później. − Od tego momentu wychowaniem taty zajęła się jego mama, a moja babcia Sylwina. To ona wpoiła mu, że najważniejszymi wartościami są Bóg, honor i ojczyzna – mówi E. Szafran. Jako nastolatek wstąpił do 16. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej im. Zawiszy Czarnego. Później tak wspominał swoich kolegów z drużyny: „Zapisali się w latach okupacji pięknymi czynami, godnymi dobrych Polaków. Należeli do nich dr Jan Kaczyński, Krzysztof Baczyński, Julian Szajnowicz”.

Jako gimnazjalista rozpoczął także treningi bokserskie u sławnego Feliksa „Papy” Stamma, który szybko odkrył wielki talent niepozornego chłopca. W 1935 r. Tadeusz wygrał walkę z mistrzem Polski Antonim Czortkiem „Kajtkiem” w wadze koguciej. „Szybki, zwinny, długoręki, o średniej sile ciosu, jest Teddy zawodnikiem posiadającym rzadką właściwość dobierania metody walki w zależności od indywidualności przeciwnika” – pisali o T. Pietrzykowskim dziennikarze. Rok przed wybuchem wojny uznano go za najlepszego pięściarza Warszawy. Prasa nazywała go „żelazną pięścią”.

Dynamicznie rozwijającą się karierę sportową przerwał atak Niemców na Polskę. Teddy walczył w obronie Warszawy. Wstąpił do konspiracji. Wiosną 1940 r. podjął próbę przedostania się do formującej się we Francji polskiej armii. Po ujęciu na Węgrzech, 14 czerwca 1940 r. T. Pietrzykowskiego wysłano pierwszym transportem do KL Auschwitz. W obozie został oznaczony numerem 77.

Bił Niemców jak chciał

Spektakularna walka „polskiego chucherka” z potężnej postury obozowym kapo spodobała się esesmanom. Po Dünningu przyszedł więc czas na kolejnych przeciwników, a walki zaczęły się odbywać na profesjonalnym ringu przy udziale bokserskich sędziów.

− Esesmani zamienili sportową rywalizację w starcia na śmierć i życie. Zakładali się między sobą o to, kto wygra, pili alkohol, palili cygara, traktując morderczą walkę jak zabawę. Tymczasem dla wycieńczonych i wygłodzonych więźniów pojedynki oznaczały z jednej strony dodatkowy, ogromny wysiłek, a z drugiej dawały szanse na zdobycie żywności − wyjaśnia Mateusz Błażewicz z Muzeum II Wojny Światowej. Tadeusz Pietrzykowski stoczył walki m.in. z Michałem Janowczykiem z Poznania oraz więźniem Szymankiewiczem o pseudonimie „Zyzio”. Starał się nie zadawać im poważniejszych ciosów, aby Niemcy nie mieli satysfakcji z ich bratobójczej walki.

Podobnie traktował „przeciwników” pochodzenia żydowskiego. Rozumiał, że dla skrajnie wycieńczonego organizmu prawdziwy pojedynek może oznaczać śmierć. Dlatego podpowiadał im, by nie forsowali się, markował ciosy i stosował uniki. Z czasem obozowi nadzorcy wyszukiwali Teddy’emu w kolejnych transportach nowych rywali z różnych państw okupowanej Europy – Francuzów, Holendrów, Duńczyków.

– Tata wygrywał swoje walki, bo był głodny. To straszne uczucie dominowało obozową rzeczywistość. Mimo to po zwycięstwach nie zabierał żywności dla siebie. Wracał na blok i dzielił się ze swoimi towarzyszami niedoli – opowiada E. Szafran.

Wśród przeciwników T. Pietrzykowskiego znaleźli się także Niemcy. Podczas tych pojedynków nierzadko dochodziło do omijania panujących w boksie reguł. Wiele kończyło się dotkliwym pobiciem przeciwnika, trwałym kalectwem albo śmiercią.

Latem 1942 r. Teddy stoczył walkę z Niemcem słynącym z okrucieństwa przejawianego wobec Polaków. „Walczyłem nie z bokserem, ale zabijaką. Miał sławę Polakobójcy. Był cięższy ode mnie około 10–15 kilogramów, lecz pomimo tego doskonale sobie z nim radziłem. Wyznam szczerze, że po raz pierwszy i ostatni w życiu nokautowałem swojego przeciwnika z przyjemnością i w pełni świadomości” – przyznawał później Teddy.

Polski bokser walczył również z niemieckimi mistrzami Wilhelmem Maierem, wicemistrzem Europy z 1927 r. w wadze średniej, a także podwójnym mistrzem Niemiec Harrym Steinem. Z obu pojedynków wyszedł zwycięsko. Esesmani zaczęli nazywać go „weiss Nebel”, co znaczy „biała mgła”. Pseudonim nawiązywał do stylu walki Teddy’ego, stosującego perfekcyjną technikę uników. Dzięki swoim obozowym wyczynom przeszedł do legendy: „Jeszcze dziś tkwi w nas pamięć o numerze 77, który bił Niemców jak chciał” – pisał o Teddym jeden ze współwięźniów, pisarz i poeta Tadeusz Borowski.

Pierwsza i jedyna obozowa porażka T. Pietrzykowskiego to starcie z Leu Sandersem, przedwojennym mistrzem Danii w wadze półśredniej. Rewanż odbył się dwa tygodnie później. Tym razem Teddy pokonał Sandersa przez techniczny nokaut w trzeciej rundzie.

Ojciec Kolbe i rotmistrz Pilecki

Tadeusz Pietrzykowski wykorzystywał swoje pięści nie tylko w ringu, ale także do pomocy innym. Pewnego dnia był świadkiem znęcania się nad więźniem. „Mając zgodę SS-manów, podszedłem do Vorarbeitera, pytając go, za co bije więźnia” − wspominał Teddy. „Vorarbeiter odburknął obraźliwie: »Zamknij pysk, ty durny Polaczku!«. Uderzyłem go wówczas raz, za drugim ciosem upadł na ziemię. Nagle złapał mnie ktoś za rękę, mówiąc: »Nie bij, synu, bracie, nie bij, synu!«. Proszący miał na nosie okulary w drucianej oprawie, z których jedno ramię zastępował kawałek sznurka. Zaśmiałem się z niego, stwierdzając: »Co lepiej, aby on ciebie bił?«.

Tego proszącego więźnia widziałem wówczas po raz pierwszy. Jego twarz była jakaś nienormalna: łagodna, dziwnie spokojna”. Był to Maksymilian Kolbe.

Później ich drogi przecinały się wielokrotnie. Przyszły święty pouczał T. Pietrzykowskiego, aby ten Bogu pozostawił wymierzanie sprawiedliwości. Opowiadał również o swoich misjach w Japonii. Pewnego razu Teddy podarował franciszkaninowi kawałek chleba, który następnie został skradziony przez innego więźnia. Bokser postanowił wymierzyć złodziejowi karę. Kiedy Teddy miał zacząć bić więźnia, powstrzymał go o. Kolbe, mówiąc, że widocznie jemu chleb był bardziej potrzebny i dlatego go ukradł. Dodał także: „Jeśli chcesz przychodzić do mnie, musisz opanować swój wybuchowy charakter”.

Teddy uczestniczył później w apelu, w trakcie którego o. Kolbe postanowił oddać swoje życie za innego więźnia. Nie mógł wówczas zrozumieć tego aktu. Jednak w 1967 r., pisząc relację o franciszkaninie, podkreślał: „Rady i wskazówki, jakie wówczas otrzymałem, były dla mojego niespokojnego usposobienia skutecznym lekiem i są nim do dnia dzisiejszego”. Pojedynczy akt miłosierdzia Teddy’ego wobec współwięźnia z czasem przeistoczył się w stałe, konspiracyjne działanie. T. Pietrzykowski po przybyciu do obozu Witolda Pileckiego wstąpił do organizowanej przez niego tajnej siatki pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej, której głównym celem było niesienie pomocy najbardziej potrzebującym.

Podczłowiek kontra nadludzie

Wkrótce zwycięstwa „podczłowieka” Teddy’ego nad „nadludźmi” przestały się podobać esesmaom. Polskim bokserem zainteresowało się obozowe gestapo. Pietrzykowskiemu groziła egzekucja. Życie uratował mu kierownik innego obozu koncentracyjnego w Neuengamme − Hans Lütkemeyer. Teddy poznał go przed wojną na jednym z turniejów bokserskich, gdzie Niemiec był sędzią. Esesman zaproponował mu wyjazd do „swojego” obozu. Odjazd nastąpił w marcu 1943 roku. Teddy w Neuengamme przebywał niemal do zakończenia wojny. Dalej walczył na ringu. Przeprowadził ok. 20 walk i żadnej nie przegrał.

Po wojnie wrócił do Warszawy. Stoczył jeszcze jedną, ostatnią walkę ze swoim największym przedwojennym rywalem − Antonim Czortkiem, ale ją przegrał. Zaczął pracować z młodzieżą jako trener i nauczyciel. Założył rodzinę. Zmarł w 1991 roku.

Pietrzykowski nie był wyjątkiem. Bokserów walczących o kromkę chleba ku uciesze niemieckich oprawców było więcej. Wśród nich m.in. Edward Rinke, przedwojenny mistrz Pomorza oraz półfinalista mistrzostw Polski wagi koguciej. W 1943 r. trafił do KL Mauthausen-Gusen. Niemcy nakazali bokserowi zmierzyć się z o wiele potężniejszym kapo o nazwisku Balzer. Rinke walczył z nim kilkakrotnie i ani razu nie przegrał.

− Gdyby nie wybuch II wojny światowej, „obozowi bokserzy” zapewne zdobywaliby medale na igrzyskach olimpijskich, na mistrzostwach świata i Europy. Tak się jednak nie stało i przyszło im walczyć o coś więcej niż olimpijskie medale – o swoje życie, o życie swoich kolegów, przyjaciół, o zachowanie swojego honoru – podkreśla dr Karol Nawrocki, dyrektor MIIWŚ.

W Muzeum II Wojny Światowej do 25 czerwca można zwiedzać nową wystawę czasową pt. „Bokserzy w piekle obozów”.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.