Niewidzialne blizny

Ks. Sławomir Czalej; GN 15/2012 Gdańsk

publikacja 22.04.2012 07:00

- Kiedy po operacji szłam ulicami miasta, myślałam, że wszystkie oczy są utkwione tylko we mnie. Chciałam uciec... Dzisiaj na tej samej ulicy podchodzą do mnie kobiety, a ja im tłumaczę, żeby nie bały się żyć – mówi Halina Piontke, była prezes Klubu Kobiet po Mastektomii „Amazonka” w Pucku.

Niewidzialne blizny Ks. Sławomir Czalej/ GN Spotkanie amazonek. Pierwszy raz bywa najtrudniejszy.

Wyniki lekarskie na początku zawsze zwalają z nóg i brzmią jak wyrok. Tym bardziej, że nie jest to „jakiś tam” organ jak palec, kończyna czy nawet nerka. To pierś – istota kobiecości. Nowotwory złośliwe są pierwszą przyczyną zgonów kobiet w wieku poniżej 65. roku życia. Wśród nich pierwsze miejsce zajmuje rak piersi.

Żeby ogień płonął długo

Pomimo pozornej wesołości pań, wyczuwa się napięcie. Życzliwość jest wszechogarniająca, ale i tak każda przechodzi przez ten pierwszy raz, przez decyzję przyjścia i pokazania się. To trudny krok. Niektóre z kobiet nadal potrzebują wielu zachęt i rozmów. Pomimo że czasy zmieniły się diametralnie, nadal trudno im przełamać wstyd. Jednak kobiety bez piersi na szczęście coraz częściej noszą się dumnie. W końcu za chorobę nikt nie powinien przepraszać. A ten pierwszy raz to symboliczne zapalenie świecy. Wtedy wszystkie milkną. To gest trochę „na szczęście”, ale bardziej ku refleksji. Wszystkich. Bo nie wiadomo, która przedwcześnie się wypali.

Tego dnia na spotkaniu przy parafii we Władysławowie zapłonęło pięć świec. Oklaski. W oczach niektórych łzy. Mirella Majerowska o chorobie dowiedziała się rok temu. – Coś poczułam – mówi 37-latka, mama dwójki dzieci. W rodzinie nigdy raka nie było, a sama Mirella starała się zdrowo żyć i odżywiać. – A i dzieci też karmiłam bardzo długo. Zresztą lekarze często mówią, żeby tak robić, bo mleko matki chroni dzieci przed chorobami – uśmiecha się. We wrześniu 2011 r. straciła jedną pierś. Kiedy zaczęła dochodzić do siebie, pojawiły się przerzuty na mózg i następna operacja. Po niej chwilowy paraliż, ale już minął. I mówi normalnie. – Po operacji nie chciało mi się już żyć. Ale tylko przez moment. Bo jak się ma dzieci, i jedno ma trzy, a drugie sześć lat, to chęć do życia i walki wraca – wspomina.

3-letnia córka Mirelli jest niepełnosprawna. – Włosy straciłam już trzykrotnie. Myślę, że mąż przyjął to jakoś racjonalnie... – mówi. Chociaż były i pretensje do Pana Boga, zwłaszcza o dziecko. Ogłoszenie o spotkaniu przeczytała przy kościele... W tej chwili Mirella jest w grupie najmłodsza, ale była już kobieta młodsza o rok. Odeszła. Szczęśliwie? Nieszczęśliwie? Męża i dzieci nie miała. – To dziwne, ale we Władysławowie jest duża grupa pań chorych na raka. Zdarzało się, że niektóre z nich przychodziły porozmawiać do konfesjonału – mówi ks. Krzysztof Antoń, chrystusowiec i proboszcz parafii Wniebowzięcia NMP. Dzięki udostępnieniu parafialnej kawiarenki, kobiety mają ułatwiony dostęp do psychologa czy masażystki. A także do siebie nawzajem. – Należymy, oczywiście, do Pucka, ale jak ktoś jest z Helu czy Jastarni, to ma o wiele bliżej do nas – mówi Barbara Michalak, wiceprezes Klubu z Chłapowa. Zaczęło się dwa lata temu od zorganizowania wigilii. Teraz spotykają się już co tydzień.

Wstyd gorszy od choroby

W Polsce ryzyko zachorowania na raka piersi w stosunku do innych krajów jest średnie. Problem dotyczy co 16. kobiety, czyli w mniejszym lub większym stopniu obejmuje on grupę około 1 mln 240 tys. osób! Ryzyko zachorowania znacznie wzrasta po okresie menopauzy. Bezpośrednią przyczyną nowotworów są zmiany cywilizacyjne, uprzemysłowienie, zmiana trybu życia, zakłócenia metabolizmu hormonalnego. Problemem pozostaje nadal sama diagnoza. W naszej archidiecezji znane są przypadki stawiania mammobusów pod kościołami w porozumieniu z proboszczami, tak żeby wychodzące ze Mszy św. kobiety mogły się dokładnie zbadać. Kiedy jesienią ub.r. powstał we Władysławowie nieformalny jeszcze klub, od razu zgłosiło się do niego 16 kobiet. W niedługim czasie przybyło kolejnych sześć. – Naprawdę zastanawiam się, co zrobić. Wiem, że w samym Chłapowie są dwie chore kobiety i nawet myślałam, żeby im zawieźć zaproszenie – mówi Barbara Michalak. Sama wygrała mentalnie, od początku przyznając się przed sobą i innymi, że jest chora. Postanowiła żyć i za chorobę nie przepraszać. – Nigdy nie zapomnę Mszy św. w mojej parafii. Proboszcz na końcu przemówił do mnie. Pół kościoła płakało... To było ogromne wsparcie – mówi.

Obecnie w powiecie puckim zarejestrowanych jest 100 kobiet, z czego 40 działa aktywnie. Niektóre rejestrują się i... znikają. Chociaż minęły już raczej czasy, że współlokatorka w sanatorium odmawiała mieszkania w jednym pokoju z koleżanką „rakowcem”, nadal ma się dobrze syndrom małego miasteczka. Takiego jak Puck. – Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Zupełnie bez sensu! Siedzą w swoich domach i pewnie się dołują – zastanawia się Halina Piontke. Co ważne, do klubu amazonek przychodzą nie tylko kobiety, które mają amputowaną jedną czy dwie piersi. Są także te, które czekają na wyniki chemio- czy radioterapii. – Jestem z siebie dumna, bo pomogłam kilku osobom przygotować się do operacji psychicznie. Właśnie podczas spotkań. A niektóre to do mnie nawet prywatnie do domu przychodziły – mówi dawna pani prezes z Pucka.

Zacznij żyć!

Podobnie sytuacja wygląda na całym Pomorzu. – W Gdyni mamy zrzeszonych kilkaset kobiet, ale chorych jest o wiele więcej. Przychodzą dlatego, że nie dają sobie rady, bo czują się osamotnione i rodzina nie wystarcza – mówi gdyńska amazonka Jagoda Słowińska. Także dlatego, że spotkały wolontariuszki, które chodzą po oddziałach onkologii w Gdyni i w Gdańsku. Bo kto zrozumie lepiej kobietę niż inna kobieta po stracie... Chyba, że kochający mężczyzna. – Moje małżeństwo jest pięknym przykładem. Ale bywa trudno, z rozwodami włącznie – mówi gdynianka. Jedną z najtrudniejszych chwil bywa pokazanie mężowi blizny. Ale jeśli prosi, trzeba mu ją pokazać. Ponadto kobiety kupują coraz lepszej jakości protezy, płacąc za nie 30 proc. ceny. Są one ważne szczególnie po powrocie ze szpitala. Wtedy kobieta powinna ją nosić nawet w nocy, w odpowiednim staniku. Nie ma również żadnych przeszkód, żeby współżycie wróciło do stanu przedoperacyjnego. Z reguły tak też się dzieje.

– Po operacji zaczęłam podróżować. Idę do sklepu, patrzę: ciuch. Już byłam blisko... Ale myślę sobie zaraz: „A na co mi on?!”. Mój pierwszy wyjazd to Ziemia Święta, a potem byłam w dwudziestu kilku krajach. Męża mam chorego, ale przeżył bez moich obiadków. Dzieci odchowane. Gdyby nie choroba, pewnie bym oszczędzała i przekładała wszystko na później. Nie ma później! – mówi Justyna Leśniewska z zaskakującą energią. Zaczęła też chodzić na basen i codziennie wędrować z kijkami po kilka kilometrów. Na wszystko nagle znalazł się czas.

Jest jednak i szara codzienność. Kobieta po mastektomii do końca życia musi ćwiczyć i wykonywać masaż miejsca po amputacji. – Z piersią usuwa się też węzły chłonne. Limfa, która przepływa przez naczynia limfatyczne, nie może zatem przepłynąć przez węzły, bo już ich nie ma – tłumaczy Aneta Ścibisz, fizjoterapeutka. Gromadząca się limfa, nazywana chłonką, musi być przepchnięta za pomocą specjalnego masażu do czynnych nadal naczyń. Inaczej kobiecie grożą obrzęki, a nawet „słoniowatość” kończyny. – Masuje się całą rękę, ale także klatkę piersiową i tułów – wyjaśnia A. Ścibisz. Chora kobieta może i powinna robić automasaż ręki sama, dwa razy dziennie. Nie może taką ręką dźwigać zakupów, ciężkich przedmiotów ani nosić na niej biżuterii czy też pobierać z tej ręki krwi. – Masażu nie wykonuje się zaraz po operacji, ale dopiero, gdy rana się zagoi. Trwa on przeciętnie pół godziny – dodaje terapeutka.

Oprócz masaży, ważną sprawą jest dbanie o psychikę. – Trauma trwa zwykle rok, dwa. Gdy kobieta straci organ wewnętrzny, jest ona o wiele mniejsza niż w przypadku piersi, która jest wyznacznikiem kobiecości – mówi Elżbieta Zajfert, psycholog i wolontariuszka. Długość terapii zależy od osobowości pacjentki. – Niektóre nie radzą sobie nawet przez całe życie – dodaje. Najważniejszą sprawą jest skierowanie myśli na inne tory, podniesienie własnego ego. Pomagają w tym taniec, spacery, spotkania i podróże. Wszystko, tylko nie samotne siedzenie w domu.

– Mam 66 lat, a choruję od ponad 20. Ale jak przychodzą do nas kobiety, to już zostają, bo jest im tutaj dobrze. Jakie my urodziny mamy! Najgłośniejsze „Sto lat!” jest wtedy, gdy któraś z pań dożyje swoich 80. urodzin! – uśmiecha się Halina Piontke.