Nie garb się!

Piotr Legutko

GN 12/2013 |

publikacja 21.03.2013 00:15

Kiedyś tę uwagę dziecko słyszało od wszystkich wokół. Chodziło nie tylko o zdrowy kręgosłup, także pion moralny.

Nie garb się! Grzegorz Kozakiewicz Warto w przeszłości poszukać metod wychowawczych niesłusznie odstawionych do lamusa

Wychowanie w pierwszej, a nauka w drugiej kolejności – ta reguła obowiązywała przez dwa ostatnie stulecia w domu i szkole. Wszystko zmieniła rewolucja obyczajowa końca XX wieku. Czy na lepsze? Tryumfy święci dziś wychowanie bezstresowe, tradycyjnej kindersztuby nie uczy się ani w domach, ani w szkole. Ta ma jedynie kształcić umysły, a nie charaktery. Samo słowo „wychowanie”, używane w kontekście edukacji, już wzbudza kontrowersje, a próba przywrócenia do polskich szkół mundurków wywołała niedawno powszechne oburzenie postępowej opinii publicznej.

Wzmacniać karność i ducha
Wystawa „Nie garb się!”, otwarta właśnie w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa, przypomina metody wychowawcze naszych prababć i pradziadków. Z łezką w oku czyta się stare maksymy, ogląda zdjęcia, zabawki, pomoce szkolne, dokumenty. Jest na wystawie i wątek mundurkowy. Wprowadziła je w Galicji Rada Szkolna Krajowa w 1894 r. Warto przypomnieć tamten czas, by uświadomić sobie, jak wbrew pozorom… niewiele się zmieniliśmy.

Uzasadnienie wprowadzenia jednolitego stroju było podobne jak w Polsce 2006 r. Miał on zatrzeć różnice majątkowe w wyglądzie zewnętrznym, ale też „wzmacniać karność i ducha koleżeństwa”. Był to w przypadku chłopców faktycznie mundurek  na wzór wojskowy. I wzbudzał podobne jak dziś emocje. Mundurki krytykowano za wygląd i „niehigieniczność” (z powodu wysokiego kołnierza utrudniającego oddychanie), podnoszono też argument dodatkowych wydatków, jakie w związku z nim spadały na rodziny. – Gdyby nie archaiczny język ówczesnych tekstów, można by pomyśleć, że toczymy wciąż tę samą dyskusję – zauważa Katarzyna Bury, pomysłodawca i kurator krakowskiej wystawy.

Linijką po rękach
Jednym z eksponatów jest autentyczna dyscyplina służąca do wymierzania kar cielesnych, które w szkole i w domu były wówczas na porządku dziennym. Mimo że już w 1810 r. przepisy dla gimnazjów, wydane we Lwowie, zalecały „względem środków poprawy i stopniów kar szkolnych cielesnych zupełnie oddalić należy”. Ale tym zaleceniem nikt specjalnie się nie przejmował, o czym świadczą liczne wspomnienia i relacje.

W szkołach powszechnie stosowano bicie linijką po rękach. Jak można przeczytać w pamiętnikachz tamtych lat, co bardziej litościwy profesor „karę regulował do ręki lewej, jako do próżniaczki, prawa zaś, pracowitsza, była zaoszczędzoną do pisania” (Ewa z Wendorffów Felińska). Oczywiście wachlarz innych kar też był bogaty i urozmaicony, od sadzania w oślej ławie przez przepisywanie po sto razy: „nie będę przeszkadzał na lekcji”  po klęczenie na grochu.

W domu też lekko nie było, choć wielu rodziców w kwestii kar chętnie sięgało po „zastępstwo”. Zachowały się zeszyciki, w których ojciec zapisywał kary, jakie miały zostać wymierzone dzieciom za konkretne wykroczenia. Ale wymierzał je nie tata, ale opiekun czy guwerner. Tak czy inaczej, kwestia kar cielesnych jeszcze pół wieku temu nie wzbudzała takich emocji jak dziś. A już na pewno nie była tematem politycznym. Warto jednak podkreślić, że wbrew obiegowym opiniom, to nie pas i rózga stanowiły fundament wychowania, lecz grzeczność i szacunek dla starszych.

Kaligrafii żal
Dyscyplina nie kojarzyła się wówczas z rózgą, ale z karnością i posłuszeństwem. Inne czasy, inne obyczaje. – Ale patrząc na to, co się wyprawia w dzisiejszych szkołach, gdzie to uczeń dyktuje warunki, grozi nauczycielowi, może mu dosłownie i w przenośni wejść na głowę, trudno tamtej dyscypliny nie wspominać z sentymentem – wzdycha Katarzyna Bury.

Tezie, że nie ma powrotu do dawnych metod wychowawczych (z wyłączeniem kar cielesnych rzecz jasna), przeczy renesans szkół męskich lub żeńskich czy popularność edukacji domowej. Warto zatem nawet w zamierzchłej przeszłości poszukać rzeczy, które niesłusznie zostały odstawione do lamusa. Choćby takich jak kaligrafia.
Pisanie piórem wiązało się z ryzykiem zrobienia kleksa, a błędy były nieodwracalne. Kaligrafia uczyła więc cierpliwości i koncentracji, kształciła umiejętność skupienia na jednej czynności. W czasach, gdy dzieci robią kilka rzeczy jednocześnie, a na żadnej nie są w stanie się skupić dłużej niż parę minut,  jest to umiejętność bezcenna.  
– Mnie kaligrafii bardzo żal, mam wręcz obawy, czy niebawem w ogóle nie zaniknie zdolność pisania – martwi się Katarzyna Bury. – To nie jest już kwestia brzydkiego, lecz kompletnie nieczytelnego charakteru pisma. Dzieci do pisania używają wyłącznie klawiatury. Znają litery, umieją czytać, ale pisać – już nie bardzo. To nowy rodzaj analfabetyzmu. Z programów szkolnych zniknęła nawet nauka pisma technicznego, które było namiastką kaligrafii – dodaje pani kurator.
 
Bez szacunku dla starszych
Niestety, nie wraca moda na grzeczność i szacunek wobec starszych, czyli absolutny fundament niegdysiejszej kindersztuby. – Zszokowała mnie niedawno wielka dyskusja na portalach społecznościowych, związana z ustępowaniem miejsc w tramwajach osobom starszym. Wynika z niej, że młodzież nie ma szacunku dla starszych i nie rozumie, dlaczego miałaby wobec nich czynić jakieś gesty – zauważa K. Bury. Trudno byłoby naszym pradziadkom pojąć tego typu zachowania. Warto głębiej przeanalizować przyczyny pojawiającego się wśród dzisiejszych nastolatków tonu swoistej pogardy. Nie tylko dla starości, ale wszelkiej „starszości”. Zastępuje on powoli naturalny szacunek wynikający z życiowego doświadczenia, które kiedyś było wartością samą w sobie.  

Inną niewesołą refleksją jest porównanie norm zachowania obowiązujących sto lat temu wobec „osób niżej urodzonych” z dzisiejszymi relacjami między różnymi grupami społeczeństwa bezklasowego. – Bardzo podkreślano w wychowaniu dzieci z dobrych domów, że osobom, które nam służą, należy się najwyższy szacunek. Wpajano, że „nie wolno uchybić grzeczności służącym i guwernantom” – cytuje stary podręcznik pani Katarzyna. Dziś zewsząd słychać raczej ton niczym nieuzasadnionej wyższości. Młodych wobec starszych, mieszkańców miast wobec „wioskowych”, właścicieli firm wobec pracowników najemnych. Albo odwrotnie.

Młodzi… zagubieni
Zniknęła ze szkół dyscyplina, słowo „posłuszeństwo” budzi dreszcz grozy, edukacja ma służyć niczym nieskrępowanej ekspresji. Niby jest powszechny konsensus wokół takiego modelu wychowania (niestety), ale ludziom wyraźnie zaczyna brakować sformalizowanego zestawu dobrych manier. I tak, w klimacie wszechobecnego postępu,  dorasta nam pokolenie nowych barbarzyńców. Młodych… nie tyle gniewnych, co zagubionych, niewiedzących, jak się w różnych sytuacjach zachować. Doczekaliśmy pięknych czasów edukacyjnego boomu, ale studenci I roku na niektórych uczelniach muszą dostawać ściągawki dotyczące prawidłowych form zwracania się do wykładowców.  

Starsi, niedzisiejsi, w innych szkołach chowani, czasem tylko nie są w stanie powstrzymać się, by dzieciakowi z sąsiedztwa (który oczywiście nie zna słów „dzień dobry”) nie zwrócić odruchowo uwagi: „nie garb się!”. I co? Zawsze działa!

– W tym napomnieniu zawsze chodziło o coś więcej niż tylko o prostą postawę, chodziło o kręgosłup moralny, pewien zestaw zasad. A poza tym hasło jest bardzo pedagogiczne, bo wywołuje natychmiastową, odruchową reakcję – przyznaje Katarzyna Bury.