Coraz częściej odmawiamy szczepień

Tomasz Rożek

dodane 23.07.2019 11:50

Szczepienia są koniecznością – ostrzegają epidemiolodzy. Coraz więcej osób widzi w nich jednak zagrożenie i wbrew prawu oraz badaniom naukowym odmawia obowiązkowego szczepienia dzieci. Efekt jest szybszy niż podejrzewano. W Polsce rośnie zachorowalność na wiele chorób.

Szczepienia wywołują nie mniejsze emocje niż energetyka atomowa czy modyfikacje genetyczne roślin i zwierząt canstockphoto Szczepienia wywołują nie mniejsze emocje niż energetyka atomowa czy modyfikacje genetyczne roślin i zwierząt

W całym 2013 roku na odrę zachorowało w Polsce 88 osób. Przez pierwsze trzy miesiące tego roku zachorowań było już 71. Drastycznie wzrosła także w porównaniu z poprzednim rokiem zachorowalność na wietrzną ospę. W pierwszym kwartale 2013 roku liczba chorych wyniosła 56 tys., podczas gdy w pierwszym kwartale tego roku już 76 tysięcy. Rośnie również zachorowalność na gruźlicę i różyczkę. Epidemiolodzy są zgodni, że w Polsce zaczyna się to, co w krajach Europy Zachodniej nastąpiło już kilka lat temu. Coraz bardziej popularne ruchy antyszczepionkowe powodują, że wracają choroby, które jeszcze niedawno uważano za opanowane. Państwowy Zakład Higieny szacuje, że w latach 2009–2012 liczba niezaszczepionych dzieci wzrosła prawie dwukrotnie. Pięć lat temu było ich około 3 tys., a w roku 2012 już ponad 5 tysięcy. Dzisiaj ta liczba może sięgać już 10 tys. i cały czas (coraz szybciej) wzrasta. Szacuje się, że teraz nieszczepionych dzieci przybywa o kilka tysięcy rocznie. Dlaczego rodzice nie chcą szczepić swoich dzieci? Bo uważają, że szczepienia przynoszą więcej szkody niż pożytku; że są źródłem kłopotów zdrowotnych ich dzieci (groźne powikłania, alergie, spadek odporności, a nawet autyzm). Ponadto wielu z nich uważa, że choroby, przeciwko którym dzieci w Polsce są szczepione, już dawno „wymarły”. A skoro ich nie ma, po co przeciwko nim szczepić?

Przesadzone i nieprawdziwe

Argumenty przeciwników szczepień można podzielić na dwie główne grupy. Te, które są prawdziwe, choć mocno przesadzone, oraz te, które z rzeczywistością nie mają nic wspólnego. Do tych pierwszych trzeba zaliczyć powikłania poszczepienne. Te rzeczywiście czasami występują, ale ich liczba jest niewielka. Przeciwnicy szczepień wyolbrzymiają odsetek powikłań, a milczą na temat tego, że szczepienia powodują drastyczny spadek zachorowań na nieraz śmiertelne choroby. Przecież skutki chorób, przed którymi zastrzyki zabezpieczają, są nieporównanie groźniejsze. Dyskomfort związany z wkłuwaniem się czy powikłania poszczepienne są oczywiste. Każde lekarstwo ma skutki uboczne, a szczepienia w pewnym sensie są lekarstwem. Warto mieć świadomość efektów ubocznych, warto je minimalizować, ale gdy występuje tak ogromna dysproporcja pomiędzy efektami ubocznymi a efektami pozytywnymi, używanie tych pierwszych jako argumentu kontra i pomijanie tych drugich jest nie tylko nieporozumieniem, ale przede wszystkim nieuczciwością.

Druga grupa to argumenty kompletnie chybione. Takie, które nie mają nic wspólnego z faktami. Wśród nich najbardziej popularne są te dotyczące autyzmu czy innych chorób neurologicznych, które mają być wywoływane szczepionkami. Te schorzenia pojawiają się na dwa różne sposoby. Pod koniec lat 90. XX wieku brytyjski chirurg Andrew Wakefield wygłosił wykład, w którym dowodził, że wirusy odry, które wprowadzono do organizmu w czasie szczepienia wywołują przewlekłe zapalenie jelita grubego, czego skutkiem jest autyzm. Po trwających kilka lat badaniach klinicznych okazało się, że nie ma związku pomiędzy wirusami odry a autyzmem. Śledztwo wykazało także, że Wakefield wyniki swoich badań sfabrykował. Jego prace wycofano z magazynów naukowych, a szpital, który go zatrudniał, rozwiązał z nim umowę. Mimo niezbitych dowodów na nieuczciwość lekarza, do dzisiaj jest zapraszany na konferencje „antyszczepionkowców”, a jego prace są cytowane w dokumentach tego ruchu.

Szczepienia są koniecznością!

Drugą „drogą” zarażania się autyzmem miała być substancja konserwująca szczepionki produkowana na bazie rtęci, czyli tiomersal (w USA pod nazwą thimerosal). To fakt, że rtęć może zaburzać pracę układu nerwowego, ale w szczepionkach nie było czystej rtęci, tylko jej pochodna, na dodatek w bardzo małych ilościach, które są bardzo szybko usuwane z organizmu dziecka. Fatalnego wpływu tiomersalu nie potwierdziły ani badania kliniczne, ani statystyka. W krajach, w których szczepionki konserwowane tym związkiem zostały wiele lat temu wycofane, nie obserwuje się mniejszej liczby przypadków autyzmu. Szczepionki nie są przyjemne, a na pewno nie są obojętne dla organizmu. Tak samo jak nie są obojętne antybiotyki czy jakakolwiek ingerencja chirurgiczna. Tyle tylko że szczepionki (operacje, antybiotyki) o ile używa się ich z głową, są mniejszym złem. Jak używać szczepionek z głową? Nie słuchać reklam, tylko lekarzy, nie słuchać aktywistów ruchów antyszczepionkowych, tylko ekspertów. Wielu ekspertów, a nie jednego. W Polsce 95–98 proc. ludzi poddaje się obowiązkowym szczepieniom, ale ten odsetek maleje. I jakoś zapominamy, że to dzięki szczepieniom śmiertelnego żniwa nie zbiera – tak jak kiedyś – czarna ospa. Że dzięki szczepieniom w Europie nie ma już polio, a wraz z nim tysięcy kalekich dzieci. Zapominamy nie tylko my. W Wielkiej Brytanii rośnie liczba zachorowań, które do niedawna – dzięki szczepionkom – były marginesem. W latach 2012–2011 w stanie Waszyngton, USA, zanotowano 13-krotny wzrost zachorowalności na krztusiec. Tylko w Kalifornii w 2010 roku odnotowano ponad 5 tys. przypadków choroby, której do niedawna nie notowano prawie wcale. – Z powodu antyszczepionkowej histerii Stany Zjednoczone znajdują się w środku największej epidemii krztuśca od 70 lat – mówił wtedy prof. Steven Salzberg z Johns Hopkins University, ekspert zajmujący się chorobami zakaźnymi. Kiedy krztusiec masowo zacznie pojawiać się w Polsce?

Tagi: