Przetwory poza prawem

Stefan Sękowski


GN 19/2014 |

publikacja 08.05.2014 00:15

W Polsce trudno legalnie kupić domowy ser, pasztet czy dżem. Wszystko przez prawo, które traktuje tak samo wielkiego przetwórcę i drobnego rolnika.


Przetwory poza prawem canstockphoto

Z fasoli nie da się tylko żeberek zrobić, bo nie ma w niej kości – śmieje się pani Janina Molek z Tropia nieopodal Nowego Sącza. Ma 72 lata i głowę pełną przepisów na produkty z fasoli „Piękny Jaś”, którą jeszcze do niedawna sama uprawiała: od różnego rodzaju zup, przez pierogi, po pasztety i kotlety. – Pamiętam, jak moja babcia robiła torty z fasoli. To było tuż po wojnie, kiedy było biednie, trudno było o mąkę – opowiada. O zdrowotnych zaletach fasoli może opowiadać godzinami, umiejętnościami chętnie dzieli się z zainteresowanymi. Ma tylko jeden problem: swoich wyrobów nie może sprzedawać.
– Nie chcę ryzykować. Mam swoje lata, niewielką emeryturę, gdybym miała problemy z urzędem skarbowym, mogłabym dostać wysokie kary. Szkoda, bo gdybym mogła legalnie handlować swoimi wyrobami, więcej osób by się o nich dowiedziało. Póki żyję, chcę swoją wiedzę o fasoli przekazać innym. Nie zależy mi na wielkich zarobkach, bylebym nie dokładała do produktów – tłumaczy.


Szara strefa konfitur


Pani Molek mogłaby sprzedawać swoje przetwory, gdyby prowadziła pozarolniczą działalność gospodarczą i przez prawo była traktowana jak przedsiębiorca. To jednak wiązałoby się z ogromnymi kosztami. Przede wszystkim musiałaby sprostać wyśrubowanym wymogom sanitarnym, które w jej przypadku oznaczałyby tylko na samym początku konieczność przeprowadzenia generalnego remontu domu, w którym mieszka i przygotowuje swoje smakołyki. Musiałaby płacić podatek dochodowy i rozliczać się z podatku VAT. Gdyby była młodsza i nie pobierała emerytury, musiałaby jeszcze płacić na KRUS, a gdyby przekroczyła odpowiedni pułap dochodów – musiałaby opłacać ZUS. Krótko mówiąc: by miesięcznie sprzedać pasztetów za kilkaset złotych, musiałaby zainwestować co najmniej dziesiątki tysięcy złotych.
Takich osób jak pani Molek są w Polsce setki tysięcy, jeśli nie miliony. To plantatorzy owoców, którym nie wolno samodzielnie sprzedawać dżemów czy kompotów z nadwyżek upraw, osoby, które same pieką chleb lub robią masło z mleka własnych krów czy hodowcy „ekskluzywnych” ras krów, których zwierzęta muszą trafić do zbiorowego uboju, gdzie ich wysokiej jakości mięso miesza się z mięsem innych ras. Codziennie tracą możliwość kultywowania często starych, rodzinnych tradycji i dorobienia do głównego źródła utrzymania – chyba że zdecydują się sprzedawać nielegalnie. Wbrew powszechnemu mniemaniu, winy nie ponoszą osławione „normy unijne”. Jak wykazali eksperci Związku Przedsiębiorców i Pracodawców w opublikowanym w kwietniu raporcie „Prawne aspekty produkcji i obrotu żywnością na małą skalę w krajach europejskich”, prawo unijne jest tutaj bardzo liberalne, a sprzedaż przetworów w takich krajach jak Dania, Francja czy Włochy ma się świetnie. „Podczas gdy inne społeczeństwa bogacą się i mogą cieszyć się różnorodnością tradycyjnej, regionalnej żywności, w Polsce sami urzędnicy przyznają, że skala wymogów i niejasności związanych z produkcją i sprzedażą żywności na małą skalę powoduje, że drobni przedsiębiorcy i rolnicy boją się działać zgodnie z prawem” – pisze autor opracowania Jakub Bińkowski.


Niewidzialni mali przetwórcy


Igor Pietrzyk, producent serów z dolnośląskiego Ślubowa, pracuje jako menedżer w służbie zdrowia. Sery robi hobbystycznie – dla ich produkcji dostosował starą, przedwojenną oborę. Jego specjalnością są sery podpuszczkowe, ricotta i sery długo dojrzewające. By móc sprzedawać swoje produkty, zarejestrował działalność „MOL-ową” (marginalną, ograniczoną i lokalną). Umożliwia mu ona sprzedaż bezpośrednią w najbliższym otoczeniu, wymagania sanitarne nie są bardzo restrykcyjne.

Jednak i on ma problemy. – Gdybym chciał rozwinąć produkcję, dzięki czemu nie wychodziłbym na zero, musiałbym zarejestrować działalność pozarolniczą i ponieść ogromne wydatki na dostosowanie serowarni. Musiałbym kupić nowoczesny sprzęt, a to nie miałoby sensu, bo nie da się produkować tradycyjnego sera za pomocą nowoczesnego sprzętu – mówi.
– U nas prawo napisane jest tak, jakby istnieli tylko wielcy producenci przemysłowi, których stać na ponoszenie kosztów związanych z restrykcyjnymi wymogami, podatkami i składkami – mówi Pietrzyk. Posłowie od połowy ubiegłego roku pracują nad ustawą (inicjatorem projektu jest Senat), która ma umożliwić przetwórcom bezpośrednią sprzedaż swoich produktów. Nie wygląda na to, by prace te szybko się skończyły. Pod koniec kwietnia poseł Jacek Brzezinka z PO miał przedstawić Sejmowi efekty wielomiesięcznych prac komisji finansów i rolnictwa nad liczącym raptem dwie strony dokumentem, jednak prezydium Sejmu zdecydowało się na zdjęcie punktu z porządku obrad. Dlaczego – tego nie wie nawet poseł sprawozdawca.


Góra rodzi mysz


Gdy przyjrzymy się treści projektu, zobaczymy, że stanowi on raptem uchylenie furtki drobnym przetwórcom. Będą oni mogli sprzedawać swoje produkty, prowadząc uproszczoną księgowość i nie płacąc podatku dochodowego jedynie wtedy, gdy ich dżemy, pasztety czy sery nie przyniosą im więcej niż 7 tys. zł przychodu. To niecałe 600 zł miesięcznie, czyli w najlepszym wypadku kilkadziesiąt złotych „czystego” dochodu. Rolnicy będą mogli sprzedawać swoje przetwory jedynie w miejscu ich wytworzenia lub na targowiskach, nie będzie można korzystać z pośredników. – Rolnik traktowany jest jak producent drugiej kategorii. Rzuca mu się kłody pod nogi, które uniemożliwiają mu osiągnięcie sensownych dochodów. To odbija się negatywnie na rozwoju całych regionów. Na przykład gdyby rolnik mógł sprzedawać swoje przetwory do restauracji, mógłby to być jej wyróżnik, który będzie atrakcyjny dla turystów – mówi poseł Krzysztof Popiołek z PiS. – Utrudnianie rolnikom sprzedaży bezpośredniej jest na rękę potężnemu lobby producentów przemysłowych, którzy boją się konkurencji ze strony drobnych wytwórców. Traci na tym także konsument, który ma utrudniony dostęp do zdrowej żywności – dodaje. Z tym podejściem nie zgadza się poseł Brzezinka: – Trzeba ułatwić rolnikom sprzedawanie własnych przetworów, ale nie możemy zaburzać konkurencji na rynku. Jeśli drobny wytwórca chce rozwijać swoją działalność, nie może być uprzywilejowany względem tych, którzy działają jako zarejestrowani przedsiębiorcy – tłumaczy.
Efekt przepychanki jest taki, że ustawy jak nie było, tak nie ma. I niewykluczone, że w ogóle jej nie będzie: były minister rolnictwa, obecnie poseł PiS Krzysztof Jurgiel zapowiedział, że będzie nakłaniał swoich partyjnych kolegów do odrzucenia ustawy. Mogą jej nie poprzeć także ludowcy. 
– Będę przekonywał mój klub, by zagłosować przeciw tej ustawie. W tej formie stanowi zbytnie obciążenie dla rolników i przynosi więcej szkody niż pożytku – mówi poseł Mirosław Maliszewski z PSL.
Niechęć posłów do asekuranckiej ustawy próbują obejść wspólnie ministerstwa zdrowia i rolnictwa, przygotowując właśnie rozporządzenia mające ułatwić rolnikom sprzedaż swoich przetworów. Na zmiany w prawie czekają rolnicy, ale szukają też rozwiązań poprawiających ich położenie tu i teraz. Pomagają im w tym różne inicjatywy lokalne. Na przykład krakowska Fundacja Partnerstwo dla Środowiska od lat stara się ułatwić małopolskim rolnikom dotarcie do szerszego odbiorcy, organizując w Krakowie liczne targi, na których mogą legalnie sprzedawać swoje konfitury, wędliny czy sery. Fundacja pomaga też pani Molek organizacyjnie i finansowo w rejestracji jej działalności w taki sposób, by było to dla niej jak najmniej uciążliwe finansowo. Stara się także o uznanie jej pasztetów i pierogów z fasolą za produkt tradycyjny, co pomogłoby we wprowadzeniu ich na rynek. Skoro politycy nie są skorzy do zmiany trudnej sytuacji rolników, muszą sobie oni jakoś radzić w ramach obowiązującego prawa.