Zmartwychwstałam!

wysłuchała: Aleksandra Pietryga

publikacja 29.03.2018 00:00

Zamykałam się w ciemnym grobie pod tytułem: „Wszystkim błogosławisz, tylko nie mnie”.

Zmartwychwstałam! Aleksandra Pietryga /Foto Gość Iwona Slotosz, żona Kazika, mama Julki i Emilki

Iwona:

Informacja, że prawdopodobnie nigdy nie urodzę dziecka, zdruzgotała mnie. Czułam się, jakbym umarła. To był Adwent. Uczestniczyłam codziennie w Eucharystii i wsłuchiwałam się w czytania, w których jak refren przewijały się jedna za drugą historie o niepłodnych kobietach, którym Bóg pobłogosławił dziećmi. Zamykałam się w swoim żalu, w ciemnym grobie pod tytułem: „Wszystkim błogosławisz, tylko nie mnie”. Dwie ławki przede mną w kościele siadała młoda kobieta – matka siedmiorga dzieci. Jak ja jej zazdrościłam! Nie mogłam znieść myśli, że ona ma tak wiele szczęścia, a ja ani jednego. Nie mogłam skupić się na Mszy. Kiedy słyszałam wjeżdżający do kościoła wózek i tupot nóżek wszystkich jej dzieci, zalewały mnie fale żalu, pretensji i zazdrości. Ale wtedy skądś – nie ze mnie – przychodziła myśl: „Błogosław! Błogosław tej dziewczynie!”. Błogosławiłam więc i prosiłam Boga o błogosławieństwo dla niej. Za każdym razem, kiedy miażdżyła mnie zazdrość, wypowiadałam słowa błogosławieństwa.

Szczególnie mocno zauroczyła mnie jedna z jej córeczek. Zakochałam się w niej! Zachwycałam się wszystkim: jaka była śliczna, jak się modliła, jak śpiewała, jak zasypiała na Mszy. Nie miałam wtedy pojęcia, że z całej siódemki ona jedna jest... adoptowana. Mój mąż jest rzeźbiarzem. Ktoś przyniósł piękny, ale bardzo zniszczony krzyż do rekonstrukcji. Był w strasznym stanie, szczególnie Jezus był mocno pokaleczony. Przy tym krzyżu odbyliśmy nasze prywatne rekolekcje. Zamykałam się w pokoju i wpatrywałam się w tego połamanego Chrystusa. Adorowałam każdą ranę, każde uszkodzenie. I z tych adoracji zrodziła się wspólna decyzja: wchodzimy na drogę do adopcji dziecka. Wtedy doświadczyłam głębokiego pokoju. Zmartwychwstałam. W trybie ekspresowym Pan Bóg podarował nam Julkę. Potem Emilkę. Dał nam siły do pokonywania mniejszych i bardzo wielkich trudności. Pewnego dnia odważyłam się porozmawiać z tą wielodzietną mamą, opowiedzieć jej „naszą” historię. Pan Bóg znów mnie zaskoczył. Odpowiedziała mi, że w tym czasie, kiedy prosiłam o błogosławieństwo dla niej, ona przeżywała największe ciemności, problemy i choć nie wiedziała skąd, to czuła się „niesiona” czyjąś modlitwą. Dziś modlimy się nawzajem za siebie i swoje dzieci. Iwona Slotosz, żona Kazika, mama Julki i Emilki

Gabriela:

Wiosną 2009 roku w Instytucie Onkologii w Gliwicach usłyszeliśmy: „Niemożliwe stało się możliwe!”. Lekarka długo milczała. W końcu wydusiła: „Trzydzieści lat mojej praktyki lekarskiej to za mało, żebym wyjaśniła państwu, jak to się stało. Z medycznego punktu widzenia to nie powinno mieć miejsca. Będziecie rodzicami. Jest pani w zdrowej ciąży!”. Miesiąc przed terminem urodziła się Klara, w pełni zdrowa, ze wszystkimi funkcjami życiowymi w normie. Kolejne zaskoczenie personelu: ja nie potrzebuję respiratora, wbrew wszelkim scenariuszom znieczulenie nie spowodowało całkowitego zwiotczenia mięśni. Mąż był obecny na sali operacyjnej „w razie gdyby”... Zmartwychwstały Chrystus ukazał nam siłę, miłość i odwagę, które drzemały ukryte głęboko w nas. Dał nam na nowo doświadczyć świata, który utraciliśmy. Świata cudów. Przyjaciel przysłał e-maila: „Gabrielo, nie wierz w to, że nadzieja umiera ostatnia. Prawdziwa daje siłę do postawienia kroku w stronę Prawdy i nie umiera nigdy”. On dał znak – zaufać bezgranicznie. Ostatnie słowo należy do Zmartwychwstałego. Gabriela Klimek, żona Roberta, mama Klary Od redakcji: Gabrysia od 17 lat choruje na nowotwór tkanki łącznej i nabłonkowej, który zaatakował mięśnie. Po agresywnym leczeniu onkologicznym lekarze stwierdzili u Gabrysi trwałą bezpłodność (jej jajniki były jak u 80-letniej staruszki). Pomimo tej diagnozy po 12 latach małżeństwa poczęła się zdrowa córeczka. Rodzice nadali jej imię Klara – co znaczy jasna, czysta.