Bez granic

ks. Rafał Skitek

Gość Katowicki 28/2018 |

publikacja 12.07.2018 00:00

Ta historia pokazuje, że marzenia się spełniają, że wielka miłość istnieje. I że trzeba wierzyć do końca. A wszystko zaczęło się podczas Światowych Dni Młodzieży przed dwoma laty.

Martyna i Emanuele w dniu ślubu. ks. Rafał Skitek /Foto Gość Martyna i Emanuele w dniu ślubu.

Z początku w domu Martyny mieli być zakwaterowani Włosi: Davide, Simone i Emanuele. Ten trzeci trafił jednak do domu sąsiadów.

- Kiedy spojrzałam na Emanuele i dowiedziałam się, że jednak nie będzie nocować w naszym w domu, zrobiło mi się przykro - mówi Martyna. - A ja, kiedy zobaczyłem, że tak piękna dziewczyna będzie gościć moich przyjaciół Simone i Davide, pomyślałem sobie: „Dlaczego mnie spotkało tak wielkie nieszczęście? W czym zawiniłem? - uśmiecha się Emanuele.

O mój Boże!

Podczas tygodnia w diecezji w ramach Światowych Dni Młodzieży widywali się niemal codziennie. Emanuele do Dębieńska, skąd pochodzi Martyna, przyjechał z grupą młodzieży z diecezji Mantova. - Towarzyszyłam i pomagałam im podczas różnych wyjazdów. Na katowickim Muchowcu poczuli bardziej, że coś między nimi iskrzy. - Rozmawialiśmy. Robiliśmy sobie dużo zdjęć. Poczułem wtedy, że przebywanie z nią sprawia mi radość. I że Martyna bardzo mi się podoba. Poza tym wydawało mi się też, że doskonale mnie rozumie. W Dębieńsku po wieczornych modlitwach spotykali się często w jej domu.

- Znacznie bardziej zależało mi na spotkaniu z Martyną, niż z Davidem i Simonem, którzy u niej spali - opowiada Emanuele. - A kiedy odezwała się do mnie po włosku, przeszły mnie ciarki. Wtedy pomyślałem: „O mój Boże! Jest ładna, zdolna, mówi po włosku… To chyba jakiś znak…? - śmieje się. - Oboje czuliśmy, że zależy nam na tej relacji - dodaje. - Czułem ogromny smutek, kiedy po tygodniu w Dębieńsku nasza grupa została skierowana do Kasiny Wielkiej. To stamtąd dojeżdżaliśmy na spotkanie z papieżem w Krakowie - mówi Emanuele. –-Wiedziałem, że się w niej zakochuję. Bałem się, że mogę ją stracić. Że już się więcej nie zobaczymy. Ale wiedziałem też, że szansa na nasze spotkanie będzie podczas czuwania modlitewnego w podkrakowskich Brzegach - mówi. Martyna pojechała tam ze swoją grupą, Emanuele - ze swoją.

Kobieciarze i maminsynki

- Stoczyłem wtedy wewnętrzny bój: zostać z moimi ziomkami czy odnaleźć Martynę? Doskonale wiedziałem, że mogło to zostać odebrane jako brak odpowiedzialności z mojej strony. Tym bardziej że w grupie byłem jednym z najstarszych. No i co powiedzą uczestnicy? - mówi Emanuele. 

O swoich zamiarach powiedział przyjaciołom. Błyskawicznie zrozumieli, co się dzieje, oraz że powinien iść do Martyny.

- Zarzuciłem więc na ramię plecak. Złapałem za telefon. Ona podała mi dokładną lokalizację i oznaczenie sektora. W pewnym momencie przyszła mi taka myśl: „Co ty w ogóle robisz? Rzucasz się w morze ludzi. Nikogo nie znasz. Po polsku nie mówisz. Zostawiasz grupę, z którą przyjechałeś. A co, jak jej nie znajdziesz? Albo jak nie wpuszczą cię do jej sektora?” - przywołuje wspomnienia Emanuele.

- Ja na niego cierpliwie czekałam. Wiedziałam, że Emanuele jest zdeterminowany. Odpowiedzialny. Dojrzały. Że wie, co robi. Byłam spokojna, ale jednocześnie trochę też zawstydzona. W grupie były koleżanki, które znam od lat. Patrzyły na mnie podejrzliwie. Jak gdyby chciały mi powiedzieć: „Martyna, co ty robisz? Zwariowałaś?”. Bo wiadomo, jakie stereotypy krążą na temat Włochów: że to kobieciarze. Że kochliwi. Że maminsynki. Pewnie myślały, że teraz dałam się na to złapać, że jakiś Włoch mnie zbajerował. Ale ja tak wcale nie uważałam. Czułam, że to coś głębszego. Zbyt dobrze nam się rozmawiało. Odsłanialiśmy przed sobą nasze światy, marzenia, wspólne wartości. I stwierdziłam, że chcę spróbować - opowiada Martyna.

Nocne czuwanie spędzili razem: rozmawiali, śpiewali i modlili się. - Kiedy obok naszego sektora przejechał papież Franciszek, pomyślałem: „To chyba kolejny znak. Sam Ojciec Święty chce nas zobaczyć razem i nam pobłogosławić - mówi z uśmiechem Emanuele.

Good boy

Właściwie cała ta historia mogłaby się zakończyć tutaj niczym wakacyjna, romantyczna love story. Ale tak się nie stało. Dlaczego? Emanuele wrócił do Włoch. Dzieliło ich 1200 km. Zaczął myśleć, co dalej.

- Davide, który mieszkał podczas ŚDM u Martyny, powiedział mi: „Emanuele, jeśli Ty chcesz, by coś z tego było, musisz działać. I to już. Ja ci pomogę. Ale nie możesz czekać”. Zadzwoniłem do Martyny i mówię jej: „Słuchaj, chcę się jeszcze z tobą spotkać - opowiada Włoch.

- Wow! Ucieszyłam się. Powiedziałam o wszystkim rodzicom. Ale nie chciałam, żeby Emanuele spał gdzieś w hotelu. Mieliśmy wolne pokoje, więc poprosiłam, by mógł zatrzymać się u nas - opowiada Martyna.

- A ja powiedziałem moim rodzicom: „Słuchajcie, poznałem w Polsce wspaniałych ludzi. Chcę tam wrócić. Ale po chwili pokazałem im zdjęcie Martyny i wszystko było już jasne” - wtrąca Emanuele. Rodzice zgodzili się, by pojechał do Polski.

- Ale nawet gdyby tego nie zrobili, i tak bym pojechał. Jeśli na czymś mi zależy, dążę do celu - dodaje. Obawiał się jednak trochę rodziców Martyny. Nie wiedział o nich za wiele. Chciał na nich zrobić jak najlepsze wrażenie.

- W pewnym momencie podszedł do mnie ojciec Martyny, spojrzał w oczy i powiedział: „Good boy” - śmieje się Emanuele.

- To ciekawe, bo mój tata nie mówi po angielsku. Nie wiem, skąd mu się to wzięło - dopowiada Martyna. Wtedy zrobiła Włochowi niespodziankę i zabrała go do parku linowego w górach. Emanuele chciał jej zaimponować, wybrał najtrudniejszą trasę. Skończyło się kontuzją nogi.

- To była pierwsza próba miłości. Pierwsza blizna - śmieją się. Potem był wspólny spacer w lesie. Nagle Emanuele zapytał: „Martyno, co my z tym wszystkim zrobimy?”.

- Powiedzieliśmy wtedy sobie, że albo angażujemy się w tę relację na serio, albo kończymy. Bo inaczej to nie ma sensu - tłumaczy Martyna.

Mamma mia, ragazzi!

Gdy Emanuele wrócił do Włoch, Martyna zadzwoniła do Simone, wypytując go, co o niej mówił.

- Byłam ciekawa. Bo Emanuele mógł mi powiedzieć wszystko - że było pięknie, że chce czegoś więcej. Chciałam jakiegoś potwierdzenia. A Simone powiedział mi wtedy: „On jest w tobie po uszy zakochany. Od razu jak tylko spotkaliśmy się, powiedział z wypiekami na twarzy: „Mamma mia, ragazzi!”... - wspomina Martyna.

Młodzi odwiedzali się regularnie co dwa, trzy tygodnie. W końcu ona poleciała do Emanuele. To był jej drugi lot w życiu. Do Bergamo. Po raz pierwszy leciała sama. Nie wiedziała, jak poruszać się po lotnisku. Cały czas wisiała na telefonie, a Emanuele instruował ją, co robić.

W hali przylotów czekał na nią z kwiatami. W drugiej ręce trzymał tabliczkę czekolady. Doskonale wiedział, co lubi Martyna. - Na dzień dobry mama Emanuele powiedziała mi: „O, jak to dobrze, że tak jak ja nie jesteś za wysoka” - opowiada dziewczyna.

Emanuele wiedział, jak jeszcze bardziej rozkochać ją w sobie. - Pokazałem jej wszystkie piękne miejsca w pobliżu mojego domu. Pomyślałem sobie, że jeśli zakochała się we mnie, to musi też pokochać Italię. W pewnym momencie zapytałem ją: „Martyna, jeżeli mamy być razem, ktoś z nas będzie się musiał przeprowadzić” - wspomina Emanuele.

- A ja mu na to: „Bądź spokojny. Przyjadę do Włoch. Bo włoski jest łatwiejszy od polskiego. Italia jest piękna. Reszta w rękach Boga” - dodaje Martyna.

Teraz jem to

W tamtym okresie miewali też trudne momenty. - Miałam już wyznaczoną obronę pracy magisterskiej. Oczywiście zaprosiłam go na to wydarzenie. Ale on kilka dni przed obroną napisał mi, że niestety nie czuje się najlepiej. I że potem mi napisze, o co chodzi. Pomyślałam: „W porządku, jeśli nie ma ochoty pisać czy rozmawiać, muszę to zaakceptować”. Przez cały dzień nie otrzymałam od niego żadnej informacji. Było to bardzo dziwne, bo dotąd zawsze byliśmy pod telefonem. Pisaliśmy o wszystkim. Teraz wiedziałam tylko tyle, że jego rodzice pojechali nad jezioro Garda. Dopiero wieczorem posłał mi krótką wiadomość: „Moi rodzice wrócili”. Odpowiedziałam mu - z przekorą, trochę złośliwie: „No to w końcu możesz zjeść to, co przygotuje ci mama”. A on przesłał mi zdjęcie, na którym widać, że jest podpięty do kroplówki. Z komentarzem: „Szczerze mówiąc, to teraz jem to”. Zabrakło mi słów. Rozpłakałam się. Zrozumiałam od razu, że był w szpitalu. A ja nic nie wiedziałam. Dopiero potem, gdy odzyskał siły, o wszystkim mi opowiedział. Że był sam w domu. Że poczuł się bardzo źle. Dostał wysokiej gorączki. Kręciło mu się w głowie. Nie był w stanie wysłać SMS-a. Koniec końców wylądował w szpitalu - wspomina z łezką w oku Martyna.

Wszystko to działo się dwa dni przed jej obroną. Emanuele miał już nawet zarezerwowany lot. Ale wiedząc już o wszystkim, to ona chciała przyjechać do niego. W dodatku autobusem, bo nie było w tym dniu dogodnego połączenia.

- „Martyna, przestań” - powiedziałem jej wtedy - wspomina Włoch. I dodałem: „Wszystko będzie dobrze. Wkrótce się zobaczymy. A teraz skup się na obronie”. To wydarzenie pozwoliło im zrozumieć, że na odległość nie da się stworzyć prawdziwego związku.

- Kiedy on mnie potrzebował, ja nie mogłam przy nim być. Bardzo to przeżywałam - mówi Polka.

Zabierz mnie stąd

Doświadczenie o wiele trudniejsze przyszło ciut później, podczas finału Champions Legaue. Grał Juventus, którego kibicem jest Emanuele. Mecz odbył się w Cardiff, a w Turynie urządzono strefę kibica. Był tam z przyjaciółmi. Tego dnia przyleciała też do Włoch Martyna. I nagle na placu św. Karola w Turynie, w strefie kibica, ogłoszono alarm bombowy. Na szczęście fałszywy. Ale tysiące osób wpadło w panikę. Panował kompletny chaos. Ludzie krzyczeli, przepychali się, płakali. Było wielu rannych. Jedna dziewczyna nawet zmarła.

W pewnym momencie między dwie bramki wpadł młody chłopak. Był zablokowany. Wszyscy po nim deptali, przebiegali. Stracił przytomność. Krwawił.

- I nagle czuję, że ktoś pociągnął za pasek od mojej torebki i lecę na bramkę tuż obok niego. Dostałam ataku paniki. Krzyczałam do Emanuele: „Zabierz mnie stąd, błagam!” - wspomina dramatyczne chwile Martyna. Emanuele zastawił ją swoim ciałem. Zrobił miejsce, by ona mogła się podnieść. I by ludzie jej nie zadeptali.

Na szczęście szybko się pozbierała. Udało jej się wstać. Potem biegli razem do hotelu. Po jej policzkach spływały łzy. Gdy Martyna wróciła do Polski, posłała Emanuelowi kartkę z treścią: „Teraz jestem pewna, że mnie obronisz. Ocaliłeś mi życie”.

- Być może. Ale ja miałem świadomość, że to moja wina, bo ją tam ściągnąłem. Dlatego ryzykowałem swoim życiem, by ją ocalić. To prawda: zostaliśmy trochę cudownie ocaleni - mówią zgodnie.

Decyzję o ślubie podjęli w Nowy Rok. - Powiedziałem jej: „Martyna, nadszedł już czas” - tłumaczy Emanuele. Niemal wszyscy mówili mu, że jest za młody, że przed nim całe życie. Że niepotrzebnie chce się wpakować w małżeństwo...

- Zgadzam się. Jestem młody. Przede mną całe życie. Tyle że z Martyną. A to zasadnicza różnica - mówi.

- Nie pozostaje nam nic innego, jak podziękować Bogu, za tak owocne Światowe Dni Młodzieży - uśmiechają się szczęśliwi nowożeńcy.