Kasyno? Nie, klasa

Katarzyna Matejek; Gość koszalińsko-kołobrzeski 47/2018

dodane 09.12.2018 04:15

Dzielenie, procenty, rachunek prawdopodobieństwa. Przy tablicy czy może lepiej z talią kart w dłoni? W koszalińskim Bronku pasjonaci brydża szkolą matematyków.

Kasyno? Nie, klasa Katarzyna Matejek Brydż to matematyka, tu nie da się szaleć. Jest za to miejsce na komunikację z partnerem – wyjaśnia P. Wilczok.

Lekcja w drugiej matematycznej. Na ławkach ustawionych jak w kasynie zielone sukno. Przy każdym stoliku czwórka uczniów wpatrzona w zestaw kart trzymanych w dłoniach. Wokół krąży czterech instruktorów. Zaglądają młodym przez ramię, temu rzucą: „Niska blotka zachęca, wysoka zniechęca”, tamtemu: „Kto nie gra atutów, ten chodzi bez butów”. Czasem wezmą kogoś do tablicy i rozrysują rozgrywkę krzyżykami i symbolami. Głównie jednak uczą liczenia w pamięci. W klasie, a czasem i na korytarzu (bo lekcje brydża cieszą się w koszalińskim II LO zainteresowaniem) panuje klimat głębokiego namysłu. Lecz zaglądać trzeba nie tylko we własne myśli, ale i partnera. Brydż to gra w duecie.

Międzyszkolny Klub Brydżowy „Szlemik”, w którego skład wchodzą, prócz licealistów z Bronka, także uczniowie z podstawówek w Mielnie i Sarbinowie, działa od września ubiegłego roku. Inicjatywę podjęło czterech zapaleńców brydża, którzy mogliby być ojcami albo dziadkami przyszłych brydżystów. Panowie, wszyscy posiadający tytuły mistrzów krajowych, mają nadzieję, że hodują narybek lokalnej ligi i zdobywają przyszłych partnerów lub oponentów do jednego stołu.

Przyczółki brydża

W karierze sportowej wypadek to często moment przełomowy. Tak było w przypadku Piotra Wilczoka, prezesa Szlemika, z tym że wypadek nie wyhamował kariery, ale ją… zainicjował. – Zaczęło się od upadku z dachu, z 12 metrów – opowiada pan Piotr o czasach, gdy miał 25 lat. – Jaki miałem wybór na wsi, w Unieściu? Spacerowanie o kulach albo ruszenie głową. Do tego drugiego namawiał młodych Zenon Zawiejski, który założył u nas sekcję brydża. Lubię matematykę. Zafascynowała mnie ta gra.

Szybko zachłysnął się kartami, grał siedem dni w tygodniu. – Gdybym nie musiał odchodzić od stołu, tobym nie odchodził. To była fascynacja młodego zapaleńca, ale też urażona ambicja, presja, by ogrywać innych – wspomina prezes, przyznając, że z amoku ocuciła go dopiero myśl o bliskich, zobowiązaniach rodzinnych, pracy.

Jeśli komuś brydż kojarzy się z elegancką rywalizacją, może się rozczarować. Na zawodach gracze bywają nerwowi, a nawet wulgarni, agresywni. To jeden z powodów, dla których Piotr Wilczok na jakiś czas porzucił ten sport. Zdecydował się jednak wrócić, nie by walczyć o laury, lecz o sportowy etos. – Zależy mi, by powstały przyczółki brydża w naszym regionie, by dzieciom i młodzieży pokazać, jak piękna i fascynująca jest ta gra, jak rozwija umysł, podnosi kwalifikacje. Przecież oni w przyszłości będą musieli podejmować błyskawiczne decyzje, rozważać wszystkie za i przeciw. Tego brydż uczy przy każdej lewie.

Liczby non stop

Bo brydż to liczby: 13 kart w kolorze, 4 kolory, 4 asy, 4 damy… – To tylko 52 karty, nietrudno to przeliczyć – tłumaczy P. Wilczok. I dodaje od razu, że uczniom z matematycznej nie przychodzi to łatwo. – Okaleczyliśmy to pokolenie, pozwalając mu korzystać z kalkulatorów. Wolno myślą. A tu bez liczenia się nie da. Uczymy ich matematyki na nowo. Pokazujemy: tak, da się liczyć non stop. Po czasie zaczyna im się podobać rachunek prawdopodobieństwa, procenty, a jeśli jest jeszcze krzta wyobraźni… – mówi prezes, niektórym z podopiecznych wróżąc sukcesy.

Bakcyla złapał Tymoteusz Gobosz z II M. – Przyjemnie jest pomyśleć, a brydż tego wymaga. Trzeba przeanalizować każdy ruch, przewidzieć ruchy graczy. To trudne, ale rozwija umysł – mówi nastolatek.

Jego o rok starszemu koledze Maciejowi Matusikowi w brydżu spodobało się właśnie to skomplikowanie, dużo większe niż w ulubionym wcześniej tysiącu. – Brydż w drugiej części rozgrywki opiera się na logice, zapamiętywaniu zużytych kart, wnioskowaniu, jakimi siłami dysponuje oponent. I na planie, jak go pokonać – tłumaczy zasady trzecioklasista. – To trening szybkiego myślenia i odnajdowania się w nowej sytuacji.

Symbioza

„Słuchaj, a po 2 karo to jak my gramy?” − trwają ustalenia partnerów. „Zapamiętałeś? Nie. To zapiszmy”. Zwycięstwa w tej grze nie da się zdobyć w pojedynkę.

– Młodzi dzisiaj wyręczają się komunikatorami. Nie potrafią spojrzeć w oczy. A w brydżu muszą rozmawiać. Partnerzy umawiają się na jeden z systemów licytacyjnych, jakimi będą się kierowali. Dlatego muszą najpierw usiąść i zrobić szczegółowe ustalenia – wyjaśnia P. Wilczok. – Brydż to sztuka kompromisów i budowania zaufania. Jeśli partner wychodzi z jakąś odzywką, to muszę mieć stuprocentową pewność co do jego komunikatu. I to jest święte. Kiedy traci się zaufanie w parze, nie ma szans na sukces.

Na drużynowy aspekt brydża zwraca uwagę Maciej Matusik. – Dobrze, jeśli partnerzy lubią spędzać ze sobą czas również poza rozgrywką – mówi. – Wspólne zwycięstwa z przyjacielem, jak i sama gra z nim, dają większą przyjemność. To zwiększa motywację do nauki systemu, który jest dosyć obszerny. I choć grać można z każdym (a przy okazji poznać lepiej kolegów z klasy), to w dobrej parze musi zaiskrzyć. – W ubiegłym roku bardzo fajnie grało mi się z jednym kolegą. To działało na zasadzie symbiozy, trochę jak czytanie w myślach: wiedziałem, co on położy, on przewidywał mój ruch. Reagowaliśmy zgodnie z tym, czego się po sobie nawzajem spodziewaliśmy – mówi Tymoteusz Gobosz. Drugoklasista może porównywać, bo w innej parze zdarzało mu się coś przeciwnego.

Zaufanie zrodzone przy zielonym stole, nierzadko w 10-godzinnych sesjach turniejowych, przeradza się niekiedy w trwałą przyjaźń, bywa że dozgonną. Czasem, w parach mieszanych, w małżeństwo. Bo to gra zarówno dla mężczyzn, jak i dla kobiet. I choć w polskim brydżu dominują mężczyźni, na przykład siłą francuskiego brydża są kobiety, mistrzynie świata. – Jakież było nasze zdumienie, gdy na zawodach w tym kraju wśród 50 par nasza drużyna z Koszalina była jedyną… męską – wspomina Krzysztof Lipowski, mający za sobą 18 lat doświadczenia przy stole karcianym.

Ale są i minusy przyjaźni w parze – za przegraną można obciążyć bowiem nie siebie, lecz tego drugiego. A wtedy… – W historii brydża rozpadały się przyjaźnie, a nawet małżeństwa – nie ukrywa pan Krzysztof. – Toteż to rzadkość w brydżu zawodowym.

Fair play

– Zgrana para osiągnie lepszy wynik niż dwóch lepszych zawodników, ale krótko grających ze sobą. W tym sensie dwa plus dwa daje nie cztery, tylko pięć, bo dobra komunikacja w parze jest wartością dodaną – uważa Krzysztof Lipowski.

Komunikacja jest zarazem jedną z największych słabości tej gry. W artykułach poświęconych brydżowi dużo miejsca zajmuje problem „cynkowania”, czyli przekazywania partnerowi nielegalnych wskazówek. Mogą to być gesty, sposób ułożenia kart lub palców, a nawet ton głosu. W brydżu sportowym chronić mają przed tym specjalne kurtyny zasłaniające partnerów oraz tabliczki z odzywkami, dzięki którym nie używa się głosu. A jednak nieuczciwych graczy nie brakuje. Światowa Federacja Brydża uruchomiła niedawno gorącą linię dla zgłaszania nieetycznych zachowań.

– To dyscyplina sportowa, w której rozgrywają się największe zawody: olimpiada, mistrzostwa świata, krajowe. Dlatego budzi tak wielkie emocje – wyjaśnia Andrzej Jabłoński, były zawodnik pierwszoligowy, któremu, jak dowcipnie mówi, brydż pomaga w ucieczce przed alzheimerem lepiej niż krzyżówki. – Ale kluczowe jest respektowanie zasady fair play. Za jej łamanie stosuje się kary, po dożywotnie wykluczenie z rozgrywek włącznie.

Warto przegrać

Może więc nie trzeba się tak spinać i czasem lepiej przegrać? Gabriela Świetlika dawnej ogrywali w karty wujek, babcia. Zamiast się zniechęcić nastolatek uczy się karcianej taktyki w środy i na turniejach w poniedziałki. Wciąż zdarza mu się przegrana, ale… – Nie, nie – śmieje się – choć milej jest wygrać, nie o to chodzi. Gramy, i to się dla mnie liczy. Z kolei u Pieńkowskich, gdzie dużo grało się w karty, odkąd Agnieszka trafiła na licealne lekcje brydża, zmienia się układ sił. – Teraz to ja ich uczę – przyznaje drugoklasistka.

Zresztą przegrać zdarza się najlepszym. Jeff Meckstroth, 9-krotny mistrz świata w rankingu ACBL, uważa, że zwycięzcą uczyniły go doświadczenie i lekcje, jakimi były właśnie porażki.

Jego rada dla brydżystów (z których, jak mówi, 99 na 100 uważa, że są lepszymi graczami niż w rzeczywistości) brzmi: zostaw ego za drzwiami, gdy siadasz do stołu.

Bo karta czasem nieoczekiwanie się odwraca. – Specyfika brydża polega na tym, że nawet zupełny amator może ograć mistrza świata. To wyjątkowa sytuacja i wiadomo – jednorazowa. A jednak w innych dziedzinach sportu praktycznie niemożliwa – mówi instruktor Szlemika Andrzej Jabłoński, który z porażkami jest za pan brat, choć na koncie ma, skromnie licząc, kilkadziesiąt wygranych turniejów.

Piotr Wilczok, który w pewnym momencie rzucił karty na kilka lat, nie żałuje, że nie zrobił takiej kariery jak jego partner z młodości Leszek Sztyrak, dziś plasujący się na 39. pozycji w ogólnej klasyfikacji Polskiego Związku Brydża Sportowego. – Każdy ma swoje ograniczenia i ja swoje również znam. Nawet gdybym grał po 10 godzin dziennie, to pewnego progu nie przekroczę – przyznaje pokornie. – Ale w sporcie nie chodzi o to, by wszyscy byli mistrzami.

Po chwili brydżysta zerka w stronę Agnieszki, Gabrysia, Tymoteusza, Maćka. – Uczymy ich brydża, by dać im życiową pasję. By, jak już kiedyś kupią domy, odchowają dzieci, zrobią kariery, mieli do czego wrócić, by znaleźli powód do odnowienia starych znajomości czy nawiązania nowych. I przypomnieli sobie to uczucie, gdy wszystkie dane „latają” natychmiast w głowie jak w dobrym komputerze. I jakie to fascynujące...