Piłka zmienia świat

Joanna Król; Gość zielonogórsko-gorzowski 50/2018

dodane 01.01.2019 06:00

Gdy podczas tegorocznego Marszu Niepodległości w Warszawie oświadczył się Anecie, swojej ukochanej, ich zdjęcia obiegły media nie tylko w naszym kraju. Kim jest Mateusz Koszela?

Mateusz i Aneta zaręczyli się 11 listopada w 100. rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę. archiwum Mateusza Koszeli Mateusz i Aneta zaręczyli się 11 listopada w 100. rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę.

Pasją Mateusza są podróże. Zaczęło się prozaicznie. Siedział z kolegą w barze i oglądał mecz Barcelony, której jest wiernym kibicem. – Zawsze marzyliśmy, aby pojechać na mecz naszej ukochanej drużyny. Wiadomo, że mając 19 lat, nie dysponuje się dużym budżetem, więc wpadliśmy na szalony pomysł: pojedziemy autostopem, będziemy spać w namiocie. I coś, co na początku wydawało się tylko jednym z tysiąca niezrealizowanych pomysłów, które rodzą się w głowie człowieka, doszło do skutku. Przeżyłem podróż swojego życia. Bardzo spodobała mi się też jazda autostopem i nieprzewidywalność różnych sytuacji, więc zacząłem jeździć na stopa na studia do Warszawy. A na majówkę pojechałem na kanonizację Jana Pawła II do Rzymu. I tak powoli zacząłem wsiąkać w to środowisko podróżników – wyjaśnia Mateusz.

Mamuś, to jest genialne

W pewnym momencie Europa stała się za mała. Postanowił pojechać do Birmy na Mistrzostwa Azji Południowo-Wschodniej w Piłce Nożnej. Tak, tak! Pojechać! Nie polecieć. Ale ta podróż zyskała wymiar charytatywny. – Moi rodzice – a szczególnie moja mama, która działa w Caritas – zawsze uczyli mnie, żeby pomagać ludziom w potrzebie. I kiedyś, podczas niedzielnego obiadu mama zapytała: „Mati, a może podarujesz dzieciom w Azji piłki?”. Odpowiedziałem od razu: „Mamuś, to jest genialne!”. I rzuciła jeszcze pomysł, abym nazwał tę akcję: „Podaj piłkę dzieciom”. Poszukałem informacji w internecie i okazało się, że nikt wcześniej tego nie wymyślił. I akcja charytatywna, która miała być tylko dodatkiem do podróży, po pierwszym miesiącu stała się czymś najważniejszym – dodaje.

Mateusz w 2016 roku wybrał się w podróż z Polski do Birmy przez Ukrainę, Rosję, Kazachstan, Kirgistan, Laos, Kambodżę, Wietnam, Tajlandię, aż do Birmy, a rok później jechał przez Amerykę Południową, od Meksyku po Brazylię. – To były podróże w świat dzieci. Dzieci, które mieszkają w górach w jurcie kirgiskiej, w domku na palach w Laosie, w slumsach w Birmie, w faweli w Gwatemali czy w kolumbijskiej dżungli. To one nakreśliły moją podróż i dały mi coś najwspanialszego – wyjaśnia Mateusz.

czywiście lęk przy takich podróżach jest zawsze, ale wtedy Mateusz zbytnio się nim nie przejmował. – Bo gdybym szukał argumentów, żeby nie jechać, to na pewno bym ich sporo znalazł. Ale powiedziałem sobie: „Jadę”. Zacząłem przygotowywać podróż, akcję charytatywną i szukać sponsorów. Ważnym momentem była wizyta na ŚDM w Krakowie. Tam tydzień przed wyjazdem pozbyłem się wszelkich obaw i utwierdziłem się w decyzji. A podczas podróży cały czas towarzyszył mi ten niezwykły hymn ŚDM: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” – dodaje.

Teacher, thank you

W pamięć zapadło mu wiele momentów podróży. Na pewno wolontariat w Kambodży, gdzie panuje duża bieda. – Trafiłem do szkoły w środku dżungli, gdzie wraz z innymi wolontariuszami uczyłem języka angielskiego. Któregoś dnia rozdaliśmy dzieciom piłki. Trudno opisać ich radość. To był szał! Słyszałem tylko: „Teacher, thank you!”, bo to była pierwsza piłka w ich życiu. Wielu z nich nawet nie śmiało o niej marzyć, bo ich rodzice zarabiają po 12 dolarów miesięcznie, człowiek myśli tylko o tym, jak przetrwać kolejny dzień – wyjaśnia Mateusz. Wolontariusze zamówili wtedy pizzę.

– Rozdaliśmy ją po kawałku wszystkim dzieciom. Jadły ją pierwszy raz w życiu. Po chwili podeszła do mnie dziewczynka i powiedziała: „Teacher, mogę wziąć ten woreczek, który masz na biurku?”. Odpowiedziałem: „Jasne, a po co ci?”. A ona: „Bo chciałabym schować do niego swój kawałek pizzy”. Powiedziałem, żeby zjadła teraz, dopóki jest ciepła. A ona tak patrzy na mnie i mówi: „Teacher, ale moi rodzice jeszcze w życiu nie jedli pizzy i chciałabym zabrać ten kawałek do domu, aby ich poczęstować”. Zatkało mnie. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Dla mnie świat się zatrzymał! Podszedłem, przytuliłem ją, a w moich oczach pojawiły się łzy.

Sceny takie jak ta można by mnożyć. Dałem tym dzieciom piłkę, kawałek pizzy i colę, ale one dały mi dużo, dużo więcej. Tam, na krańcach świata, dostałem najpiękniejszy i najbardziej szczery uśmiech na świecie. Podczas obu wyjazdów rozdałem ok. 1000 piłek. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie wpłaty osób śledzących mój profil na fb „Autostopem w świat sportu”. Dziękuję Wam! – wspomina Mateusz.

Inny moment, który na zawsze pozostanie w pamięci Mateusza, to wizyta w Gwatemali i rozdawanie piłek w fawelach. – To slumsy, czyli najbiedniejsza i najniebezpieczniejsza dzielnica w dużych miastach. Poszliśmy do faweli ze znajomymi, których spotkałem w podróży. Poznaliśmy tam Juana, który miał już swoją piłkę, ale też strasznie powykrzywiane nogi. Nie mógł grać, piłkę odbijał kijem do hokeja. Zaczęliśmy z nim rozmawiać. Zapytałem, jak się nazywa. Cisza. Przedstawiliśmy się. Cisza. Zapytałem się, czy lubi piłkę nożną. Cisza. I dalej pytaliśmy: czy lubi Real Madryt? Cisza. A Barcelonę? I wreszcie pokiwał głową. A Leo Messiego lubisz? I znowu pokiwał głową – opowiada Mateusz. Wyciągnął z plecaka koszulkę Barcelony i dał chłopcu. – „To jest prezent dla Ciebie” powiedział. Chłopiec założył koszulkę i zastygł w uśmiechu od ucha do ucha.

Chwilę później przyszedł jego brat i chłopcy rzucili się sobie w objęcia, skacząc z radości. Od razu przypomniał mi się dzień, w którym dostałem koszulkę Ronaldo z Brazylii. I pamiętam, że jako mały chłopiec nie tylko grałem w tej koszulce, ale chciałem w niej chodzić cały dzień, nawet spać. I za każdym razem, kiedy mama zabierała mi tę koszulkę do prania, byłem zły. Wtedy tak naprawdę zrozumiałem to, co zawsze powtarzała mi mama: dawanie jest lepsze niż branie – mówi Mateusz.

Teraz już z Anetką

Ale w tej podróży Mateusz nie był sam i odważnie przyznaje, że wiara jest dla niego najważniejsza. – Na sam koniec podróży po Ameryce Południowej została mi jedna noc, którą musiałem spędzić w namiocie. Kolejny nocleg miałem już zaplanowany u polskiej rodziny w Brazylii, która miała mnie też odwieźć na lotnisko. Powiedziałem do Pana Jezusa: „Panie Boże, siedem miesięcy podróżowałeś ze mną. Załatw mi jeszcze dziś jakiś bezpieczny nocleg!”. Chwilę później złapałem stopa do miejscowości Święty Mateusz. I co zobaczyłem na miejscu? Kościół pw. św. Matki Bożej Częstochowskiej. I szczęka mi opadła. Prosiłem o bezpieczne miejsce, a gdzie mnie Pan Jezus wysłał? Do swojej Mamy. W najbezpieczniejsze miejsce na świecie.

Wszedłem i zobaczyłem dwa obrazy – Matkę Bożą Częstochowską i św. Jana Pawła II. Padłem na kolana, bo uświadomiłem sobie, jak to się wszystko pięknie splata. Swoją podróż rozpocząłem w Guadalupe, aby tam poprosić Jana Pawła II i Matkę Bożą, by jechali razem ze mną. Ktoś powie, że to przypadek, a ja jestem pewien, że tak nie było. Oni modlili się za mnie, podróżowali ze mną i opiekowali się mną. Nie pozostało mi nic innego jak uklęknąć i podziękować im za to! – opowiada podróźnik z Nowogrodu Bobrzańskiego.

Mateusz swoją ostatnią wyprawę zakończył w maju 2018 roku. – Te podróże to najlepsza lekcja, jaka mogła mi się w życiu przytrafić. Takie wyjścia poza strefę komfortu pozwalają zobaczyć, o co tak naprawdę w życiu chodzi i jak niesamowicie ważne jest dzielenie się miłością – mówi Mateusz, przed którym teraz nowa, niezwykła, narzeczeńska i małżeńska podróż, oczywiście nie przekreślająca jego pasji. – Dziś wiem, że do końca życia będę podróżować. Na tyle, na ile będę mógł, będę starał się pomagać ludziom w potrzebie. Oczywiście teraz już nie sam, ale z moją Anetką – mówi z uśmiechem.