Pieśni wracają

Andrzej Kerner; Gość opolski 9/2019

dodane 16.03.2019 00:00

Utwory sprzed ponad stu lat zabrzmiały w gminie Strzeleczki, tam, gdzie zostały nagrane.

Stare melodie zagrała orkiestra dęta gminy Strzeleczki. Andrzej Kerner /FOTO GOŚĆ Stare melodie zagrała orkiestra dęta gminy Strzeleczki.

To są jedne z dwóch najstarszych nagrań muzyki polskiej. W waszych miejscowościach została nagrana i zachowana najstarsza polska muzyka ludowa – powiedział dr Mariusz Pucia, etnomuzykolog z UO, kończąc w Strzeleczkach koncert i spotkanie pt. „Pieśni wracają do domu”. W trzech wsiach tej gminy – Dziedzicach, Racławiczkach i Smolarni – w lipcu roku 1913 Paul Schmidt, nauczyciel gimnazjalny z Berlina, zafascynowany folklorem górnośląskim i morawskim nagrał na 34 tzw. wałkach Edisona pieśni religijne i świeckie, melorecytacje (m.in. „Ojcze Nasz” i „Zdrowaś Mario”). Do dziś zachowały się 32 z tych wałków, a specjaliści oceniają zarówno pierwotną jakość nagrania, jak i stan ich zachowania jako bardzo dobry.

– Gdyby nagroda Grammy za reżyserię dźwięku istniała w roku 1913, to bez wątpienia Schmidt mógłby być jej laureatem – pisze Anna Rutkowska z Archiwum Polskiego Radia w Warszawie w wydawnictwie towarzyszącym nagrodzonej rok temu przez radiową „Dwójkę” płycie „Polskie pieśni ludowe na Śląsku Opolskim przez Paula Schmidta w 1913 r. na fonograf zebrane”.

Koncert „Pieśni wracają do domu” w Strzeleczkach był okazją do zaprezentowania kilku tych nagrań, których do dziś zachowało się łącznie 41. 23 z nich to śpiewy pieśni religijnych, ballad i przyśpiewek ludowych, 2 są utworami wokalno-instrumentalnymi, a 16 – instrumentalnymi w wykonaniu kapeli Lubczyków. Ale było to jednocześnie coś więcej niż zwykły koncert. Kilka momentów można określić jako magiczne. – Cieszymy się, że jesteśmy tu wszyscy razem z tymi, których głosy z roku 1913 usłyszymy. Oni też w ten sposób mogą być z powrotem w domu – powiedziała Anna Dzwonkowska-Pucia, socjolog i solistka folkowego zespołu „Zaginione Archiwum”, zanim wyczytała nazwiska mieszkańców Dziedzic, Racławiczek i Smolarni, którzy dali się nagrać Paulowi Schmidtowi. Byli to: Popiołek, Schnurpfeil, Wöhl, Sacher, Lubczyk, Sobota, Rogusch, Rusch, Suchan, Stosiek, Chmura, Skazik, Jokiel, Koptan, Tomala, Brieger, Kupka, Wroca, Pachotto, Apostel, Worczak, Szczepanek, Szuster, Gąsior, Honisz, Mechnik, Rogosz, Różyczka, Nowicka, Uliczka, Bińkowa.

– Przywieźliśmy wam skarb. Jest to skarb kultury z najwyższej półki. Biały kruk wśród fonograficznych zapisów. Czegoś takiego nie ma nikt w Polsce – z wyjątkiem was. Wśród was byli tacy, którzy 106 lat temu nie bali się stanąć przed tubą fonografu. A było to straszne przeżycie. Aborygeni w Australii nie robili tego, bo fotograf „zabierał” im dusze. Za chwilę ktoś z was usłyszy prawdopodobnie swoich przodków – mówił Dariusz Kownacki, akordeonista „Zaginionego Archiwum” (trzecim członkiem zespołu jest M. Pucia grający na klarnecie).

Kiedy na sali zabrzmiała religijna ballada „Chłopatyczek niewidomy”, śpiewana w 1913 r. przez panie Sacher i Lubczyk z Dziedzic, rękę w górę podniosła Róża Ciomber z Buławy. – Ja to znam – powiedziała i wzbudziła jeszcze większy entuzjazm, odśpiewując zwrotkę pieśni. – Moja rodzina była bardzo rozśpiewana. Babcia śpiewała przy każdej robocie. Cały czas się w domu śpiewało. Potem jeszcze ciocia dużo tych starych piosenek śpiewała. Dlatego trochę pamiętam. Różne rzeczy znam. Śpiewałam dzieciom, a teraz wnuczce, która jest za granicą. Ale gdy wracają, to ja jej próbuję te stare rzeczy zaśpiewać i myślę, że ona też je zapamięta. I tak będzie to szło dalej, że będą te pieśni znali nie po stu latach, ale i po trzystu – powiedziała.

Spotkanie było także okazją do tego, by wspólnie z uczestniczącymi w nim mieszkańcami poszukać odpowiedzi na pytania, które dotąd pozostają zagadką. – Wiele jest takich pytań. Na przykład: kim był Paul Schmidt? Wiemy, że nauczycielem gimnazjalnym z Berlina. Skąd jednak jego podróż wyraźnie zaplanowana właśnie tu? Kim byli członkowie orkiestry Lubczyków? Nie znamy ich imion i nazwisk, brak też jakichkolwiek informacji na temat działalności takiej grupy w kronikach. Wciąż mam nadzieję na znalezienie odpowiedzi na te pytania – mówi Mariusz Pucia.

Po co wracać do nagrań muzyki tradycyjnej sprzed stu lat?

Dr Mariusz Pucia etnomuzykolog, wykładowca na opolskiej Muzykologii

Chcieliśmy, by po prostu te pieśni wróciły do domu. Cel ten, o ewidentnym znaczeniu symbolicznym, został osiągnięty. Nie tylko o symbole jednak chodziło. Historia zbioru Paula Schmidta, w całym kontekście skomplikowanych dziejów tego terenu i badań muzyki tradycyjnej, jest wielowątkowa i interesująca. Posiadamy wszak dość obszerne zasoby folkloru śląskiego, spisywanego onegdaj przez zbieraczy profesjonalnych i samozwańczych fascynatów. Można zaryzykować nawet tezę, że region nasz jest pod tym względem wyjątkowy. Za dodatkowy atut uznać można też bogactwo źródeł użytkowych, gdy idzie o ludową kulturę religijną – to właśnie na Śląsku, zwłaszcza w XIX wieku, odnotowujemy wysyp publikacji śpiewników i modlitewników, które z punktu widzenia badacza posiadają kapitalny walor źródła porównawczego w badaniach religijnego folkloru muzycznego.

Jak wiemy, twórczość świecka i religijna zawsze przenikały się ze sobą, co obserwujemy również współcześnie. Na Opolszczyźnie tymczasem posiadamy również fascynujące dźwiękowe źródła porównawcze, zgromadzone w latach pięćdziesiątych XX wieku podczas Akcji Zbierania Folkloru Muzycznego, a także w zasobach archiwalnych Radia Opole, Muzeum Śląska Opolskiego oraz wrocławskiej rozgłośni Polskiego Radia. Dodatkowo zagadnienie opolskiej fonografii tradycyjnej rozszerzyć należy o nagrania archiwalne emigrantów śląskich. Bardzo ciekawy jest zbiór dotyczący na przykład emigracji śląskiej do Ameryki (Brazylia, Teksas). Niektórzy z tych, których głosy zebrano na archiwalnych taśmach, jeszcze żyją. W czasie koncertu (a zwłaszcza w rozmowach pokoncertowych) udowodniliśmy też, że żyją również pieśni tradycyjne w pamięci bardzo wielu uczestników tego spotkania. Jest to jednak efekt czegoś ważniejszego: przetrwania przekonania o wartości tego repertuaru dla dzisiejszych mieszkańców tego terenu.

Nasze spotkanie koncertowe miało na celu wskazanie wartości tych zasobów – zarejestrowanych, jak i funkcjonujących w żywej tradycji, a więc w świadomości i pamięci ludzkiej. Okazało się, że nie trzeba było tego udowadniać – trafiliśmy w dużej mierze na osoby o tym jak najbardziej przekonane. Udało się również przywieźć „do domu” muzykę instrumentalną, którą przetranskrybowałem z nagrania Paula Schmidta i poprosiłem współczesnych muzyków – mieszkańców gminy Strzeleczki – o jej zagranie. Efekt przerósł oczekiwania. Po dwóch próbach w zasadzie można było zaprezentować utwory na estradzie, czego mogli doświadczyć uczestnicy spotkania. Wszystkie te działania miały jeszcze jeden cel, polegający na zawiązaniu znajomości z mieszkańcami noszącymi wciąż te same nazwiska lub podobne do zanotowanych przez Paula Schmidta. Wydanie płyty z nagraniami archiwalnymi z 1913 roku nie jest bowiem dla mnie zakończeniem działań badawczych, ale może ewentualnym przystankiem, na pewno zaś punktem wyjścia do dalszych dociekań.