Antek główkuje z nieba

Agata Puścikowska

GN 20/2021 |

publikacja 20.05.2021 00:00

Jedna godzina życia – jeden rok życia Jezusa. Najlepiej wypełniło się życie.

Antek urodził się  22 czerwca o 21.27.  Żył 33 godziny. archiwum rodzinne Antek urodził się 22 czerwca o 21.27. Żył 33 godziny.

Jasiek miał ponad trzy latka, Andrzejek siedem miesięcy. Mama Elżbieta karmiła go piersią, gdy okazało się, że jest w trzeciej ciąży. – Ucieszyliśmy się z mężem. Co prawda różnica wieku między dziećmi była niewielka, ale byliśmy otwarci na życie i z radością czekaliśmy na rozwiązanie – opowiada Ela. – A chociaż ta ciąża od początku była trochę trudniejsza, gorzej się czułam niż w poprzednich, byłam dobrej myśli i dziękowałam za dar bycia matką.

Elżbieta i Marek Kojderowie mieszkają na Podbeskidziu. Są małżeństwem szósty rok. On – programista. Ona – z wykształcenia inżynier biomedyczny i inżynier jakości. Od urodzenia pierwszego dziecka nie pracuje zawodowo, lecz w domu. W czerwcu minie rok od czasu, gdy ich najmłodszy synek Antoś poszedł do nieba.

Diagnoza

– Pierwsze USG przebiegło bez problemu. Serduszko biło, my cieszyliśmy się ciążą. Dopiero podczas wizyty w 12. tygodniu lekarz z niepokojem patrzył na monitor. Zlecił powtórkę badania na lepszym sprzęcie. Ale i ja, z racji wykształcenia i doświadczenia w poprzednich ciążach, widziałam, że coś jest inaczej, że coś jest nie tak – wspomina Elżbieta Kojder. Główka Antka – bo tak miał mieć synek na imię – była inna…

W tym czasie właśnie Elżbieta przeczytała w „Gościu Niedzielnym” reportaż o Anielce. Dziewczynce, która urodziła się jako czwarte dziecko Ireny i Macieja Kaczyńskich. Miała bezczaszkowie, umarła po siedmiu dniach, otoczona miłością. – Tamta historia mocno utkwiła mi w pamięci. Dała też pewien obraz i choroby, i tego, jak można przyjąć chore dziecko. Myślę, że w jakiś sposób „oswoiła” nas z tym wszystkim, czego potem doświadczyliśmy… Bo potem było kolejne USG. I diagnoza: synek również ma bezczaszkowie.

To wada letalna, śmiertelna. Jeśli chłopiec przeżyje poród, nie będzie żył długo… – Najpierw trudno mi było w tę diagnozę uwierzyć. Przestraszyłam się, to chyba naturalne. Modliłam do jego patrona, św. Antoniego, o wsparcie. Może by „odnalazł” zagubioną część główki… Moja wspólnota modliła się też o siłę do przetrwania dla nas i o zdrowie dziecka. Jeśli taka wola Boża – o cud uzdrowienia.

Lekarze postawili jednak twardą diagnozę: czaszki jest bardzo mało. Powiedzieli o możliwości terminacji ciąży. Zasugerowali wręcz, że „tak chyba będzie lepiej”. Alternatywy – chociażby pomocy hospicjum perinatalnego – jak to często niestety bywa, nie zaproponowali. – Powiedziałam wtedy: „a jeśli chcę urodzić?”. Dość obojętnie polecili zgłoszenie się do swojego ginekologa. Miałam pokazać mu wyniki. I tyle.

Matka została sama z cierpieniem. Jeśli chce – może usunąć. Jeśli chce – może urodzić. – Powiedziano mi jednocześnie, że sama ciąża nie jest dla mnie zagrożeniem. Po prostu musi być zwyczajnie prowadzona, monitorowana. Postanowiliśmy, że z największym możliwym spokojem przyjmiemy nasze dziecko, Antoniego. Chciałam zrobić wszystko, by jak najdłużej żył. Miałam też, nie ukrywam, nadzieję na uzdrowienie…

Ale miało być tak, jak Pan Bóg chce.

Lekarze…

Później spadła na rodzinę kolejna przykrość: lekarz ginekolog, którego znali i któremu ufali, nie podjął się prowadzenia takiej ciąży. – Jeździłam do Bielska, do świetnej lekarki dr Moniki Małeckiej-Holerek. To ginekolog naprawdę oddana dzieciom i ich matkom, niezależnie od rokowań ciąży. Czułam się pod jej opieką bezpiecznie.

Elżbieta nie opowiadała dalszej rodzinie i znajomym o tym, że czeka na chore dziecko. To trudne – mówić o tak delikatnych sprawach. Jej rodzice i teściowie o wszystkim wiedzieli i bardzo ich w tym czasie wspierali. – Potrzebowałam spokoju. Nie chcieliśmy robić zamieszania. Potrzebowałam ciszy. Tu, paradoksalnie, pomógł trochę covid i pandemia. Panowała izolacja. Żyłam trochę w ukryciu, z Antosiem w brzuszku.

A Antek rósł i rósł w tej ciszy, spokoju i miłości. Mijały tygodnie i miesiące. – Bałam się porodu. Nie wiedziałam, co będzie potem. Nie wyobrażałam sobie, jak będzie wyglądało życie z chorym dzieckiem. Na szczęście moja przyjaciółka przypomniała mi o hospicjum perinatalnym i jego roli. Zadzwoniłam do Śląskiego Hospicjum Perinatalnego i otrzymaliśmy tam niezbędną pomoc.

Elżbieta uczestniczyła online w spotkaniach z rodzicami czekającymi na narodziny chorych dzieci. Matki wspólnie ćwiczyły, rozmawiały, dzieliły się obawami. – Dobrze ten czas wspominam, bo w takiej sytuacji jak nasza dobrze mieć kontakt z ludźmi, którzy rozumieją bez słów, przechodzą podobne trudności. Tu nic nie trzeba tłumaczyć, nie trzeba udawać…

Zbliżał się czas rozwiązania. – Lekarze namawiali mnie na cesarkę. Ja chciałam spróbować urodzić naturalnie. W końcu postanowiliśmy, że rozpocznę poród naturalnie, ale jeśli pojawią się trudności, szybko zostanie wykonana operacja – wspomina Elżbieta Kojder.

Było już tydzień po terminie, a poród się nie rozpoczynał. To częste, gdy dziecko cierpi na bezczaszkowie. – Bardzo chciałam, by synek urodził się żywy. Jednocześnie wiedziałam, że pod moim sercem żyje i jest bezpieczny. Po porodzie będzie miał już tu, na ziemi, niewiele czasu. I to była bolesna świadomość…

Poród trzeba było wywołać oksytocyną. Skurcze się wzmagały. Ból był coraz większy. Mijały godziny, ale akcja nie postępowała, a kobieta słabła. Po kilkunastu godzinach lekarze podjęli decyzję o cesarskim cięciu. – Prosiłam, by mnie nie usypiali. Byłam więc przytomna. Po operacji, gdy Antek pojawił się już na świecie, dobre położne – na moją prośbę – ochrzciły go – wspomina Elżbieta. – Po raz pierwszy przy porodzie dziecka byłam bez męża, co wynikało z obostrzeń covidowych. Bardzo się cieszyłam, że Antoś urodził się żywy, dość duży – ważył 3,5 kg.

Położne opatrzyły chłopca. Na główkę założyły opatrunek, potem czapeczkę. – Był taki spokojniutki, delikatny. W przeciwieństwie do braci nie domagał się jedzenia. Przyjął tylko parę kropli glukozy…

Antek urodził się 22 czerwca o godzinie 21.27. Mama śpiewała mu jako kołysankę: „Panie mój, cóż Ci oddać mogę za bezmiar niezliczonych łask”.

Pożegnanie

Elżbieta została na sali z Antkiem. Mogła go przytulić, pocałować. Ogrzewać zimne rączki, ponieważ dziecko miało słabe krążenie. – Wiedziałam, że nie chcę zostawić synka w szpitalu. Oswajałam się z myślą, że zabiorę go do domu, nauczę się nim opiekować, że wesprze nas hospicjum i znajoma położna…

Jednak niedługo potem Antek zaczął słabnąć. – Lekarze i położne bardzo o niego dbali. Widzieliśmy, że nie cierpi, nie męczy się, więc nie było potrzeby dawania mu leków przeciwbólowych. Serce powolutku zwalniało. Trzymałam cały czas synka za rękę.

Gdy Antek odchodził do lepszego świata, położne mówiły: „Patrzy w niebo. Wygląda jak aniołek”. Patrzył i wyglądał. Matka mu pobłogosławiła. Gdy odszedł, położne oddały matce syna. Na ręce. – Oddano mi go jak Maryi Jezusa zdjętego z krzyża. Obliczyłam potem, że Antek żył 33 godziny. Każda jego godzina to jak rok życia Jezusa…

Antek miał dobre, choć krótkie życie. Był kochany, tatuś go zdążył poznać, mama przytulała go do końca. Szkoda jedynie, że bracia nie mogli pocałować w czółko. Potem ubrano go ślicznie. Przygotowano do pogrzebu. – Synek urodził się w poniedziałek, zmarł w środę. A w sobotę był pogrzeb. To była Msza dziękczynna za jego życie. W uroczystości uczestniczyła najbliższa rodzina i sąsiedzi.

A chłopiec, któremu św. Antoni nie pomógł odnaleźć na ziemi brakującej części czaszki, w niebie ma już wszystko, czego potrzeba. – Musieliśmy przeżyć żałobę, swoje wypłakać. Ale świadomość, że mamy teraz świętego orędownika w niebie, stała się pocieszeniem.

Rodzina ma po Antku obrazek: jego odbite stópki. Ma też kuferek z pamiątkami, zdjęcia, opaskę na rączkę. I radość. Tak. Po Antku pozostała radość. – Nauczyłam się cieszyć każdą chwilą, każdą wspólną minutą. Nauczyłam się cieszyć życiem – bo czasem bywa krótkie, a jeśli odkryje się, co jest ważne, zawsze jest piękne…

Po przyjęciu dziecka tak cudownego i kochanego jak Antoni wiele spraw w głowie się układa. Wiele prostuje. – Cenię to, co mam. Zdrowych synów, kochającego męża. Nie wiem, czy jestem silniejsza. Ale jestem bogatsza o to doświadczenie. Antek pojawił się w naszym życiu, bo Bóg wiedział, że będzie miał dobry dom, że go nie odrzucimy, że pokochamy jak starsze dzieci.

Dobrze wybrał mu rodzinę… A Antek patrzy z góry i główkuje, by miłość rodziców i braci jeszcze wzrastała. I pewnie też ze św. Antonim śpiewają: „Każdym dniem sławił będę Cię, wielbił Cię. Alleluja”.•