Wszystkie drogi prowadzą  do Łowicza. Aleksandra i Wacław Wnukowie prezentują mapę swoich wypraw rowerowych
Wszystkie drogi prowadzą do Łowicza. Aleksandra i Wacław Wnukowie prezentują mapę swoich wypraw rowerowych
Marcin Kowalik /GN

Wio i hulaj dusza!

Brak komentarzy: 0

Marcin Kowalik; GN 32/2013 Łowicz

publikacja 19.08.2013 07:00

- Nie ma co szaleć. Jesteśmy już po sześćdziesiątce, ale mamy w rowerach takie przełożenia, że podjedziemy pod każdą górę - mówi pani Ola.

Aleksandra i Wacław Wnukowie, małżeństwo z Łowicza, uwielbiają jeździć na rowerach. Podczas swoich wypraw przejechali ponad 150 tys. km. W zeszłym roku wybrali się na rajd dookoła Polski. Dosłownie, gdyż trasa przebiegała wzdłuż granic naszego kraju. Wymarzony rajd popsuły tylko ulewne deszcze, które zmusiły małżonków do pominięcia niewielkiej części trasy w Bieszczadach. Brakujący odcinek przejechali w tym roku.

Podstawa to osprzęt

Początki przygody rowerowej państwa Wnuków sięgają 1987 r. Wówczas na każdą wyprawę wyjeżdżali całą, 5-osobową rodziną. Najmłodszy cyklista Piotr liczył 9 lat, Tomek – 12, a Ewa – rok więcej. – Jeździliśmy na rowerach, jakie wtedy były dostępne – opowiada A. Wnuk. – Syn dostał na Komunię ruską kamę. Tak strasznie ciężko chodziła! Jechało się na niej jak na rozżarzonych węglach. Miała strasznie niewygodne siedzenie. Kiedy wybraliśmy się do Wyszogrodu, każdy z nas jechał nią po kawałku, ale już w drodze powrotnej ten „zaszczyt” przypadł tylko mnie. Na każdy rowerowy wypad trzeba było w domu przygotować kanapki, ciasto i kilka litrów herbaty. Wówczas nie można było liczyć na zakupy w przydrożnym sklepie, bo na półkach sklepowych królował ocet. Wycieczki były jednodniowe, a trasy na miarę ówczesnych możliwości członków rodziny, czyli dosyć krótkie. Wnukowie zwiedzali miejsca w pobliżu Łowicza. Z roku na rok powiększał się zasięg rowerowych wypadów, nawet sporadycznie zdarzały się etapy w granicach 100 km. Wtedy to był nie lada wyczyn.

Dziś Wnukowie po kilkunastu latach jeżdżenia mają niezłą kondycję i etapy 200-kilometrowe nie są rzadkością. Systematyczne przesuwanie granic możliwości, zarówno pod względem długości, jak i trudności tras, przygotowało ich do dłuższych wypraw. Sprawili sobie też lepsze jednoślady. – Mam rower składany na zamówienie. Rama turystyczna, osprzęt kolarski. Poprzedni też był dobry, ale jak pojechaliśmy do Przemyśla, a tam już było sporo wzniesień, jadąc pod jedną z górek, nie mogłam przerzucać łańcucha na inną zębatkę. Mąż przerzucał i jechał, a ja musiałam zsiąść z roweru i podejść kilkaset metrów. Gdy wróciliśmy, stwierdziłam: „O, nie! Przecież nie będę na takich wyprawach chodzić pieszo!”. Od razu mąż zamówił nowy rower. Teraz, jak jadę, to słyszę głosy: „O! Ale ma pani sprzęcicho!” – mówi pani Ola. – Najważniejszy jest osprzęt – dodaje pan Wacław. – Kiedyś podeszła do nas ładnie ubrana kobieta. Twarz skądś znana. Dopiero po pewnym czasie zorientowaliśmy się, że to Maja Włoszczowska, medalistka olimpijska w kolarstwie górskim. Popatrzyła na nasze rowery i stwierdziła z uznaniem: „Na takich to można jechać!”.

Czas na góry

Jazda znanymi drogami okolic Łowicza stała się z czasem dla państwa Wnuków zbyt monotonna. Dojrzeli do tego, by pojechać zdecydowanie dalej. Chcieli poznać zarówno przyrodę, jak i zabytki w innych częściach Polski. Przez kilka kolejnych lat na wielodniowe wyprawy udawali się ze znajomymi. Wyjeżdżali głównie nad morze i na Mazury. Z roku na rok coraz śmielej przemierzali najeżone pagórkami pojezierza. Wtedy jeszcze nie marzyli o wyjeździe w południowe rejony Polski, a tym bardziej w góry. W sierpniu 2002 roku pan Wacław został zwolniony z pracy i przeszedł na zasiłek przedemerytalny. Stracił kontakt z kolegą z pracy, z którym Wnukowie wspólnie podróżowali. Na następną wyprawę małżonkowie pojechali już sami. Okazało się to bardzo dobrym pomysłem. We dwoje lepiej się im podróżuje. Z czasem nadszedł czas na trudniejsze górskie trasy, które małżonkom przypadły do gustu. – Bywały takie dni, że było bardzo gorąco. Jedziemy w samych podkoszulkach. Pot się leje po plecach, a tu nagle taaaki zjazd. I tylko patrzymy, czy nawierzchnia dobra. Jak jest, to hulaj dusza! Wio i na dół! Gdy się zjedzie, to podkoszulek jest już suchy – mówi pan Wacław. – Mąż zawsze jedzie pierwszy, bo szybciej zjeżdża. Bywa, że spoglądam, czy to droga, którą mam zjechać. Upewniam się, gdy gdzieś w oddali mignie głowa męża. Jest cięższy i ma bardziej obładowany rower. Masa go tam niesie – śmieje się pani Ola.

Dookoła Polski

W podróż wzdłuż granic Polski planowali wybrać się już wcześniej. – Gdy mąż przeszedł na emeryturę pomostową, powiedział do mnie: „Wiesz, co? Na przyszły rok pakuję manatki. Wyjeżdżam na początku wakacji i wracam na jesieni”. Uprosiłam go, żeby poczekał na mnie, jak ja przejdę na emeryturę. Ale i tak na realizację naszych planów musieliśmy jeszcze poczekać. Pomagałam córce w wychowywaniu bliźniaków, a mąż przy budowie i wykańczaniu domów synów – mówi A. Wnuk. Trasa już była przygotowana. Tak, jak w czasie innych wielodniowych wypadów, wiodła przez ciekawe miejsca, na których spotkać można nie tylko zabytki architektury, ale i podziwiać malowniczy krajobraz. Nie dopisała tylko pogoda. Lato roku 2011 było deszczowe. W podróż swoich marzeń Wnukowie wyruszyli rok później. Nocowali w schroniskach i na plebaniach. Wśród księży, którzy ich przyjmowali, było wielu zapalonych rowerzystów. Tylko w Dębicy spotkali się z nieprzychylnym przyjęciem, ale to był wyjątek od reguły. – Gdyby nie sieć schronisk, jakimi są plebanie, to byśmy tej Polski nie objechali. W domach turystycznych czy hotelach są malutkie pokoiki, w których nie ma miejsca na rower. Zdarzało się, że nie chciano nas przez te rowery przyjąć – tłumaczy pani Ola.

W czasie miesięcznej wyprawy mieli tylko dwa dni odpoczynku. Pogoda też nie rozpieszczała, zdarzyło się, że przez cały dzień padało. W Bieszczadach musieli przez nieprzejezdną drogę zmienić trasę. Nadrobili to w tym roku, odwiedzając m.in. Komańczę, miejsce internowania prymasa Wyszyńskiego. W czasie swoich wypraw starali się odwiedzać sanktuaria i inne ważne miejsca kultu. Po noclegu na plebanii obowiązkowa była poranna Msza św. Bez uczestnictwa w niej nie wyruszali na kolejny etap swojego rajdu. Podróżowania nie ułatwiały ścieżki rowerowe. W większości zbudowane z betonowej kostki nie nadają się do całodziennej jazdy, a nawet stwarzają niebezpieczeństwo, gdy pośrodku takiej trasy znajdą się słupy energetyczne. Niesprzątane stanowią pułapkę dla rowerzystów. Prawo nakazuje im jeździć po takiej ścieżce, a nie po biegnącej obok asfaltowej jezdni. Dla pani Aleksandry skończyło się to najechaniem na gwóźdź, który wbił się w oponę aż po obręcz. Osobom odpowiedzialnym za budowę takich ścieżek Wnukowie proponują podpatrzeć, jak to robią nasi zachodni sąsiedzi. Tam asfaltowa droga dla rowerów jest normą. W Polsce tylko wyjątkiem. Nie zrażając się tym, mają w planach już kolejną rowerową wyprawę. Tym razem chcą bliżej poznać Białystok i okolice. Od roweru urlopu nie mają. Dla nich sezon rowerowy trwa od stycznia do grudnia.

Pierwsza strona Poprzednia strona Następna strona Ostatnia strona
oceń ten artykuł Zagłosowało 25 osób.
Średnia ocena to 4,76.

Reklama

Reklama

Autopromocja