Męska sprawa

Nie jest dobrze, by mężczyzna był sam. Czasem jednak sama obecność kobiety przy nim nie wystarczy, a może stać się czynnikiem zbyt dominującym.

Reklama

Przez kilka lat usiłowaliśmy zadomowić się w Atlancie. Mieliśmy swoje problemy, a ja coraz dotkliwiej uświadamiałem sobie brak męskich przyjaźni w moim życiu. Jakieś pięć lat temu nagle nastąpiła istotna zmiana. Wraz z naszymi wspólnikami kupiliśmy stary dom, w którym obecnie prowadzimy praktykę. Wtedy z zapałem przystąpiliśmy do remontu. Przez kilka niedzielnych popołudni odrapywaliśmy i malowaliśmy ściany. Pomagał nam w tym powszechnie szanowany okulista Billy Hagler, mąż naszej koleżanki Gail. Billy miał brodę, był roztrzepany i bez przerwy mówił. Coś w jego rzucanych mimochodem komentarzach zaczęło mnie zastanawiać. Pomyślałem, że on też jest zbity z tropu niedawnymi zmianami w życiu jego żony. Gdy czwórka ich dzieci dorosła i opuściła dom, Gail zrobiła dyplom z profilaktyki społecznej i była niezmiernie podekscytowana koncepcją terapii rodzin. Wydawało mi się, że Billy jest nieco oszołomiony gwałtownym startem jej kariery. W ferworze prac remontowych zacząłem rozmawiać z nim o mężczyznach.

Billy nie powiedział tego wprost, ale też sprawiał wrażenie niezadowolonego z braku męskiego wsparcia w swoim życiu. – Pracuję w tym szpitalu od dwudziestu lat i właściwie nie słyszałem ani jednej naprawdę osobistej rozmowy między dwoma facetami. Gość, który ma obok mnie szafkę w pokoju chirurgów, jakiś czas temu się rozwiódł, a ja nie miałem o tym zielonego pojęcia. Rozmawiamy z sobą dwa razy w tygodniu, a on nic mi o tym nie powiedział. Co to jest za życie?

Billy próbował nawiązać z kolegami bliższe przyjaźnie. – Co roku zapraszam kilku kumpli do naszego domku w Colorado i jeździmy na nartach. Świetnie się bawimy, ale rzadko mówimy o sobie. Nie rozmawiamy nawet o medycynie! Gail od jakiegoś czasu była pochłonięta światem psychoterapii, co wywarło na Billy’ego istotny wpływ. Zazdrościł jej tego, że w pracy miała kontakt z bardziej intymnymi sferami życia pacjentów. Zazdrościł jej przyjaźni z innymi kobietami. Niepokoiło go jej całkowite zaangażowanie w sprawy osób, których terapię prowadziła. Moje problemy były podobne, więc w pewnej chwili zaproponowałem: – Może spróbujemy zaradzić jakoś brakowi bliskości w naszych relacjach z innymi mężczyznami? Załóżmy grupę wsparcia dla facetów, którzy chcą z sobą bardziej otwarcie rozmawiać. Billy’emu ten pomysł bardzo się spodobał. Każdy z nas miał sporządzić listę trzech kolegów i zadzwonić do nich z propozycją udziału w spotkaniach grupy wsparcia. Kiedy po kilku tygodniach żaden z nas nie wywiązał się z obietnicy, Billy przyznał: – Boję się, że mi odmówią. – Ja też – stwierdziłem.

Ustaliliśmy więc ostateczny termin. Okazało się, że wszyscy mężczyźni, do których zadzwoniliśmy, zareagowali na naszą propozycję z entuzjazmem. Było nas ośmiu: dwóch psychologów, dwóch lekarzy, jeden dentysta, architekt, pastor i przedstawiciel handlowy. Na pierwsze spotkanie umówiliśmy się w domu Billy’ego. Byliśmy pełni obaw i niepewni siebie. Po właściwie co się zebraliśmy? – Po to aby nauczyć się bardziej szczerze i otwarcie mówić o tym, co nas interesuje, i o tym, co nas denerwuje – zasugerowaliśmy z Billym. Określiliśmy cel grupy jako rodzaj bardziej zorganizowanej „próby” nawiązania bliższych przyjaźni. Zaznaczyliśmy, że nie chodzi nam o psychoterapię. Już na samym początku było dość jasne, że wszyscy chcemy rozmawiać o swoim życiu zawodowym. Systematycznie powracając do tego tematu, rozpoczęliśmy proces, który po czterech latach nadal trwa i jest istotnym elementem naszego życia.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama