Chybiony cel

Nowa ustawa o pieczy zastępczej ma zmienić klimat wokół adopcji w Polsce. Z jednej strony przyspieszy procedury, a z drugiej uderzy w ośrodki adopcyjne. Wiele z nich, a głównie katolickie, straci prawo bytu.

– A właśnie to nam grozi! – denerwuje się – bo art. 245 nowej ustawy mówi, że ośrodki adopcyjno-opiekuńcze, które w 2010 r. przeprowadziły powyżej 20 procedur adopcyjnych zakończonych przysposobieniem dziecka, będą mogły funkcjonować jedynie przez kolejne 12 miesięcy. A reszta?

Kłopot w tym, że przykładowo ośrodek katowicki zakończył 16 adopcji. Są ośrodki, które mają na swoim koncie 70 – jak placówki katolickie w Łodzi, ale i takie, gdzie były trzy adopcje. Te ostatnie ze względu na małą skuteczność będą likwidowane. Choć jeśli finansuje je w 90 proc – tak jest w przypadku katowickiej – kuria, a nie państwo, to z jakiego powodu je likwidować? Wiadomo niestety, że gdyby nawet chciały obejść się bez 1200 zł miesięcznie dotychczasowej dotacji z powiatu, to i tak skazane są na obumieranie. Czarne chmury zawisły nie tylko nad ośrodkiem Adopcyjno-Opiekuńczym Archidiecezji Katowickiej. Jego przykład jednak jest niczym szablon losu wielu placówek katolickich w Polsce, którym grozi wymarcie. – Ten ośrodek to moje dziecko. jak powiedział ks. dr Marian Wandrasz, dyrektor Duszpasterstwa Rodzin: „to jakby ktoś dziecko pani odbierał”. Tak się czuję – mówi Barbara Łężak, dyrektor katowickiego ośrodka. – To nie ilość, ale jakość dla nas jest ważna, dobre przygotowanie rodziców adopcyjnych. Tutaj mogą znaleźć pomoc specjalistyczną i zrozumienie. Nasza działalność jest też rodzajem ewangelizacji. Tutaj ludzie odnajdują hierarchię wartości: Bóg, rodzina, więzi rodzinne. Jak twierdzi Barbara Łężak, były przypadki, że pary niesakramentalne decydowały się po kursie na sakrament. Ludzi zmienia szkolenie w ośrodku: otwierają się na dzieci chore, na Kościół. – Chciałabym, aby pan marszałek podtrzymał decyzję o funkcjonowaniu ośrodka – dodaje dyrektor Łężak.

– Dlaczego arytmetyka ma zaważyć na losie placówki? Dlaczego nie wzięto pod uwagę faktu, że żadnej adopcji przeprowadzonej u nas nie rozwiązano i dlaczego ograniczono skalę porównawczą do jednego roku? Mamy kolejkę rodziców gotowych do przyjęcia dzieci, ale brak nam dzieci – denerwuje się Bugajska-Wierzbicka.

Bo dotychczas niemowlaki, których matki zrzekały się praw rodzicielskich, zgłaszano w MOPS-ach i sądach, a te kierowały do placówek opiekuńczych, i dopiero stąd zgłoszenie o porzuconym dziecku trafiało do ośrodka. Do katolickich, co jest tajemnicą poliszynela, są kierowane częściej dzieci z poważnymi uszkodzeniami.

– Były różne sytuacje. Jak ta, kiedy do drzwi ośrodka zapukali rodzice z 10-miesięcznym dzieckiem. – Wręczyli je nam z kompletem śpiochów i uciekli – opowiada Wierzbicka. – To był szok. Ale jeszcze tego samego dnia dziecko trafiło do nowych rodziców.

Ośrodek powołał dekretem abp Damian Zimoń w 1993 r. i tylko biskup diecezji może odwołać placówkę. Przez ośrodek przewinęło się setki ludzkich historii, mnóstwo dzieci znalazło dom i uratowało swoje życie. To tu miała swój szczęśliwy finał głośna sprawa znalezionych przed kilku laty na wysypisku śmieci w Rudzie Śląskiej noworodków.

W ustawie jest zapis wyraźnie dyskryminujący ośrodki katolickie. – Art. 244 mówi, że likwidacji ulegną publiczne ośrodki opiekuńczo-
-adopcyjne, ale tylko jeśli nie przekroczyły 10 zakończonych adopcji. Dlaczego wobec niepublicznych stosuje się inną, dwukrotnie większą miarę? – dziwi się Wierzbicka.

Niepokój budzi sporo zapisów ustawy. Czy słuszne jest, by ośrodek szukał dziecka do adopcji tylko w obrębie województwa? – To ucina nam współpracę np. z domem dziecka w Krzydlinie na Dolnym Śląsku – mówi mecenas.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama