Potrzeba moralnej odnowy

O tym, jak rozmawiać z dziećmi o seksualności, mówi seksuolog dr Bogdan Stelmach.

Agata Puścikowska: Czy to prawda, że nie potrafimy z własnymi dziećmi rozmawiać o seksualności?

Bogdan Stelmach: To jest temat delikatny i trudny. Najpierw warto się zastanowić, co powinno być celem naszych rozmów i co chcemy osiągnąć. Moim zdaniem, by budować zdrową rodzinę, własne szczęście i bezpieczeństwo, potrzebna jest edukacja w zakresie narzędzi niezbędnych do budowania relacji, w tym właściwej edukacji seksualnej. U nas to bardzo kuleje, żeby nie powiedzieć – nie istnieje. Tym samym nasze dzieci w życie dorosłe nie wchodzą z odpowiednim wyposażeniem i właściwymi zasobami. Nie potrafią w dorosłości harmonijnie i świadomie budować relacji z drugim człowiekiem.

Winni są rodzice?

Rodzice nie wyposażają dziecka w narzędzia budowania relacji z drugim człowiekiem. Nie mamy świadomości, że człowiek żyje stadnie, że powinniśmy współpracować, a od poziomu tej współpracy, sposobu jej podjęcia, zależy bardzo wiele: zadowolenie z życia, spokój, harmonijny rozwój. W domu nie mówi się o tym, w szkole też nie. A tak jak szczęścia w wymiarze społecznym nie da się budować bez drugiego człowieka i wspólnego działania, tak w osobistym wymiarze też nie jesteśmy w stanie go zbudować bez drugiej osoby. Szczęście osobiste buduje się w parze – między kobietą i mężczyzną. Jednak by było to możliwe, musimy znać podstawy: chociażby biologiczne oraz psychologiczne różnice w funkcjonowaniu mężczyzny i kobiety; powinniśmy mieć pojęcie o różnicach w komunikacji, nieco innych potrzebach. Nasze mózgi różnią się, co nie jest ani lepsze, ani gorsze – to po prostu fakt.

Już słyszę wycie: „Ale antyfeminista z tego seksuologa”...

To nie jest antyfeminizm. Brak elementarnej wiedzy natomiast to krzywda wymierzona również w kobiety. Niewiedza stanowi żer dla wszystkich wypaczeń i złych, szkodliwych pomysłów, takich chociażby jak propozycje środowisk LGBT czy ostatnio sławetna karta LGBT. Próżnia, dziura spowodowana naszą niewiedzą szybko jest wypełniana właśnie ideologią, pseudowartościami. Dlatego te propozycje trafiają na coraz bardziej podatny grunt. Mam smutne wrażenie, że ani szkole, ani rodzicom nie zależy, by wiedzieć więcej, by chcieć wiedzieć. Wielu osobom po prostu odpowiada zrzucenie odpowiedzialności w kwestii edukacji dzieci na innych. Jeśli chodzi o rodziców, sprawa jest boleśnie prosta: sami nie zostali nauczeni, więc nie nauczą swoich dzieci. Z pokolenia na pokolenie przenosimy brak zasobów w płaszczyźnie fundamentalnej wiedzy, co jest ważne dla budowania szczęścia osobistego.

Na ten grząski i niepewny grunt wchodzą coraz częściej przeróżni… seksualni edukatorzy. I bynajmniej nie wszyscy rodzice protestują.

Nie protestują z braku wiedzy, o czym była mowa, ale też nie zastanawiają się nad faktycznym celem, który edukatorom przyświeca. Część rodziców naiwnie myśli na przykład, że „wiedza” „światłego edukatora seksualnego” będzie ochroną dla dziecka przed wykorzystywaniem seksualnym. A jest dokładnie odwrotnie: brutalna seksualizacja dzieci to wprost ułatwienie efektu pedofilnego. Mnie wbija w ziemię, gdy dorośli – w imię ideologii czy „dla dobra dziecka” – wyrzucają dorobek naukowy i bezwstydnie głoszą poglądy, które nie mają zakorzenienia w rzeczywistości.

Ale przyzna Pan, że współczesny rodzic naprawdę nie ma łatwo: musi być krok do przodu, gdy sam często czuje się zagubiony.

Oczywiście. Przykład: proszę wyjaśnić dziecku, co to seksting, cyberprzemoc czy stalking. Trudno będzie? Rodzice nie mają zielonego pojęcia o tym, co realnie zagraża ich dzieciom. Dlatego również czasem z ulgą oddają swoje dzieci w ręce obcych „zawodowców”. Tyle tylko, że owym znawcom nie zależy na formowaniu dzieci tak, by wyrosły na wolnych, szczęśliwych, kochających ludzi. W imię natomiast dyrdymałów o pseudowolności ludzie podejmują działania prowadzące do zniewolenia. To zresztą przemyślane: jeśli zniszczymy rodzinę, zostanie samotny, zagubiony, pozbawiony relacji i więzi człowiek, bez chęci i gotowości do obrony. Jeśli od wieków broniliśmy tożsamości, wartości, granic, to dlatego, że broniliśmy bliskich, rodziny. Nie będzie rodziny – nie będzie czego bronić. I widać to już coraz mocniej. Czujemy, że dzieje się źle, ale za bardzo bronić się nie potrafimy. Albo już nie wierzymy, gdzieś tam głęboko, w sens obrony. Bądź też po prostu boimy się konfrontacji. Jeśli na przykład powstaje sensowny program, by wejść do szkół z właściwym, bezpiecznym przekazem o relacjach i seksualności, podnosi się natychmiast wrzask. Do szkoły wchodzi ten, komu pozwala prawo, nie wejdzie ten, komu prawo tego zakaże. Tymczasem prawo na przykład milczy w wielu poważnych kwestiach, chociażby pornografii.

Co ma Pan na myśli?

Przez trzydzieści lat pracy z ludźmi, w gabinecie i poza nim, widzę, jak straszliwie niszcząca jednostkę i całe społeczeństwo jest pornografia. To gigantyczne zagrożenie. To również element depopulacji globu, bo pornografia zupełnie rujnuje rodzinę, prowadząc do braku zainteresowania aktywnością seksualną. I co się z tym dzieje? Nic. W prawie nie pojawiają się rozwiązania, które realnie mogą ograniczyć wpływ pornografii na nasze dzieci. W katolickim kraju nie możemy doprosić się dostępnych i w sumie prostych rozwiązań, które uniemożliwiłyby dostęp do pornografii dzieciom. Przypominam, że statystyki są następujące: większość 12-latków w Polsce miało już kontakt z pornografią (tak deklaruje 66 proc. chłopców i 54 proc. dziewcząt). Natomiast 25 proc. 17-latków korzysta z takich treści regularnie, przynajmniej 10 razy w miesiącu. Uzależnienie od pornografii to szeroki problem społeczny. Miałem pacjenta, który był uzależniony od pornografii już jako dziecko. Rozpoczął regularną konsumpcję pornografii w wieku pięciu lat. Spotkałem się z nim, jak miał pełnoobjawowy zespół kompulsywny (uzależnienia od pornografii), będąc młodzieńcem osiemnastoletnim.

Z jednej strony nie mamy więc narzędzi i chęci, by właściwie uczyć dziecko relacji. Z drugiej – ma ono dostęp do pornografii i obscenicznych treści? Ponura wizja przyszłego pokolenia.

Obawiam się, że to rzeczywistość, nie wizja. Podstawowym źródłem informacji na temat seksualności jest dla wielu młodych pornografia. Ale i ich rodzice przesiąknięci są jeśli nie pornografią, to brutalną seksualizacją. Seksualizacją, która od wielu lat niepostrzeżenie wdziera się w każdy zakamarek naszego życia – społecznego i publicznego. Jakiś czas temu prowadziliśmy z żoną wykład na temat seksualizacji w przestrzeni publicznej. Działo się to w jednej z parafii po Mszy św. Żona pokazała słuchaczom publiczne zdjęcia profilowe paru kilkunastoletnich dziewczynek, ściągnięte z profili na portalach społecznościowych. Pozy dzieci były „zachęcające”, żeby nie powiedzieć – wyuzdane. Chodziło o to, by uwrażliwić rodziców, ostrzec przed możliwymi zagrożeniami. Jednak słuchacze… nie widzieli w tych zdjęciach niczego złego. „No, takie trochę odważniejsze. Dzieci teraz takie są” – mówili. To pokazuje, że nasza wrażliwość jest mocno stępiona. Ale też, że jesteśmy spóźnieni wobec przemian kulturowych, które nam narzucono. Żeby postawić tamę i odwrócić sytuację, trzeba iść do przodu, szybko i bez odwracania się za siebie. Tymczasem mam wrażenie, czy raczej wynika to z moich obserwacji społeczeństwa i codziennej pracy z pacjentami, że – zamiast do światła – idziemy ku przepaści.

Młodzi ludzie jednak marzą o szczęśliwej rodzinie.

Ale z tych marzeń niewiele wynika. Jeśli młody człowiek, dotknięty, naznaczony pornografią, przesiąknie ideologią liberalną, będzie potem oczekiwał zmian wokół siebie, w myśl tego, co jest w jego wnętrzu. W rezultacie na przykład za jakiś czas będzie głosować na tych, którzy ów konflikt mu zneutralizują rozwiązaniami prawnymi. Zamysł to cwany i sprytny – postawienie na młodych, którym najpierw zwichnięto wrażliwość i kręgosłup, by to oni oczekiwali zmiany świata. Pewne jaskółki tego oraz pomysły, które teraz widzimy, nie dzieją się przypadkiem i nie są to pomysły wyłącznie na zaistnienie przed wyborami. To jest precyzyjne i długofalowe działanie zorientowane na przyszłość. Młodzi, pozbawieni wartości, z zerwanymi więziami i bez umiejętności budowania relacji, są łatwym żerem. Krzyczymy nad rozlanym mlekiem, gdy proponuje się nam np. kartę LGBT, ale nie zastanawiamy się nad głębszą, prawdziwą przyczyną tej sytuacji.

Nie powinno się krzyczeć?

Krzyczeć trzeba, niewątpliwie. Poddanie się wobec karty LGBT byłoby zbrodnią wobec naszych dzieci. Największe zło rodzi się wtedy, gdy dobrzy ludzie nic nie robią. Ważne, by przeciwstawiać się tym pomysłom ze wszystkich sił: zwracać się do organizacji promujących rodzinę, zawiadamiać prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa, zalać „tęczowe” propozycje pozwami. Także rządzący muszą mieć świadomość, że są zobowiązani do ochrony dzieci. Przecież w tych propozycjach, narzucanych w brutalny sposób, są atakowane dzieci i ich mechanizmy rozwojowe. Ze wszystkich badań wynika, że pięciolatek nie interesuje się masturbacją i genitaliami, ale zabawkami. Jeśli pyta, skąd się biorą dzieci, to wystarczy odpowiedzieć prosto, krótko i rzeczowo, w sposób dostosowany do wrażliwości i wieku. Dziecko pyta o to, co chce wiedzieć. Pięciolatek chce wiedzieć, skąd się biorą dzieci. Nic więcej. Tymczasem pomysły lewicowych edukatorów są sprzeczne z potrzebami dzieci, aktywnie kreują i pobudzają strefy, które u dziecka są jeszcze w naturalny sposób uśpione. Dlatego takie tendencje i próby niszczenia dzieci muszą być zaskarżane. Jednak nasz opór wobec np. karty LGBT to gaszenie istniejącego pożaru, a nie profilaktyka przeciwpożarowa. Żeby naprawdę przeciwstawić się złu, potrzebne jest działanie szersze, zorientowane na całe społeczeństwo i jego odnowę moralną. Takie działanie powinno być radykalne: zatrzymanie zalewu pornografii, powstanie spójnego programu wychowania do relacji w szkołach, docieranie do dorosłych z wiedzą, podnoszenie świadomości nas wszystkich na temat miłości, relacji. Nie wiem, czy obecnie stworzenie takiego programu w ogóle byłoby możliwe… Jestem pewien jednak, że bez rozwiązań spójnych, szerokich, przemyślanych kolejne pokolenia będą po omacku szukać bliskości, miłości, wolności w oparciu o podane na tacy, niszczące człowieka pseudorozwiązania i pomysły.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • DREM0R
    24.04.2019 17:03
    DREM0R
    Wskazany jest problem, jakim jest brak edukacji seksualnej i pornografia, ale jednocześnie krytykuje się działania, mające na celu wprowadzenie tej edukacji.
  • kom
    26.04.2019 17:12
    wszystko okej, ale proszę o wymienienie konkretów, co jest dokładnie nie tak np. w karcie LGBT, bo póki co to jest operowanie na bardzo ogólnych stwierdzeniach, w których nie ma konkretnych treści, w taki sposób wszystko można przedstawić za słuszne lub nie
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.