Tak żyłam

Po wojnie, na jesieni rodzice Heleny kazali mi opuścić ich dom. Nie wiedziałam, co mam robić. Trzy dni nic nie jadłam. I płakałam.


Niesamowita kobieta.


Po wojnie ludzie bardzo sobie pomagali. Byli naprawdę życzliwi. Jakiś czas mieszkałam u niej w Straszewie. Był tam jednak posterunek z rosyjskimi żołnierzami. Po jakimś czasie poszłam tam. Ponieważ nie miałam dokumentów, powiedzieli mi, że muszę to załatwić. Trafiłam więc do Prabut. I zostałam tu do dziś. Wyrobiłam sobie papiery, znalazłam pracę. 


W przedszkolu?


Nie od razu. Najpierw miałam inne zajęcia. Później rzeczywiście trafiłam do przedszkola. Pracowałam tam przez 36 lat. Pamiętam to wszystko, co działo się w Prabutach. Księży, którzy tu pracowali. Najpierw byli to franciszkanie. Pamiętam ojców Klimuszkę i Piechowiaka. Przychodził też do mnie ojciec Matusiewicz. Bardzo dużo mi pomógł. Po wojnie w sanatorium pracowały też siostry zakonne. Wiedział ksiądz o tym?


Nie.


No właśnie. Jeden z franciszkanów sprowadził je tu z Łagiewnik. Bardzo je lubiłam. To były dwie zakonnice: s. Józefa i s. Faustyna. Potem musiały opuścić Prabuty. Komuniści je przepędzili. Nie zagościły więc na długo w naszym mieście.


Powojenne czasy również nie były łatwe…


Oczywiście. Ale ludzie byli inni. Bardzo życzliwi. Chętnie sobie pomagali. Nieraz spotykaliśmy się w gronie osób w tym samym wieku. Mogliśmy porozmawiać, pożartować. Śpiewaliśmy pieśni maryjne. Chodziliśmy na pieszo do różnych miejsc, np. do Kwidzyna… Dużo się działo.


Pani Marysiu – bardzo dużo mi Pani dziś opowiedziała. 


Chyba tak. Mam co wspominać. Dużo przeszłam. Jeśli chce ksiądz już iść, to ja też pójdę z księdzem. Chcę jeszcze odwiedzić córkę.



I tak dobiega końca nasze spotkanie. Wychodzimy więc z domu pani Marysi i idziemy ulicami Prabut, mijając sklepy i zabieganych ludzi. 

– Wie ksiądz, chciałabym jeszcze pojechać na grób ojca Klimuszki. Znałam go, pracował w Prabutach… Jestem po dwóch zawałach. Dziś sobie jeszcze chodzę, a w poniedziałek Pan Bóg może mnie już weźmie do siebie…


– Pani Marysiu, tego nie wiemy. Pani ma w sobie dużo siły!


– Może i tak, ale nie jestem już młoda. Proszę księdza – do zobaczenia!


– Z Bogiem, Pani Marysiu, z Bogiem.


Rozstajemy się na ulicy. Pani Marysia idzie do swojej córki, a ja kieruję się w stronę plebanii. I myślę o historii, jaką usłyszałem. Dobiega końca rozmowa rozpoczęta kilka miesięcy temu. Jej echa brzmią jednak w moim sercu. Zaczęło się od Marszałka Piłsudskiego. Włączam komputer, aby zobaczyć zdjęcia z tamtej pielgrzymki. Widzę, jak pani Marysia stoi w Wilnie, zamyślona nad mogiłą matki Marszałka i jego serca. A ja myślę o napisie z Juliusza Słowackiego, jaki na życzenie „Dziadka” został uwieczniony na granitowej płycie pokrywającej miejsce spoczynku jego prochów:



Gdy mogąc wybrać, wybrał zamiast 
domu

Gniazdo na skałach orła, niechaj umie 

Spać, gdy źrenice czerwone od gromu 

I słychać jęk szatanów w sosen szumie

Tak żyłem



I myślę sobie, że te słowa, doprawdy, nie są tylko o nim…


«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama