Krwiobieg miłości

– Kiedy człowiek jest chory, nic go nie cieszy. Widzi wszystko w szarych odcieniach. Po przeszczepie człowiek zaczyna zauważać piękno tego świata... kwiaty, niebo mają znacznie lepszy kolor – przekonuje pan Adam.

Co skłania człowieka, by opowiedzieć o swojej chorobie i „darowanym nowym życiu”? – Wdzięczność – odpowiada Adam Wyżykowski z okolic Płocka, który przeszedł dwukrotny przeszczep nerki.

Dzieciństwo z aparaturą

– To było w 1982 roku, w drugi dzień świąt Wielkiej Nocy, w lany poniedziałek, jakaś 5.00 czy 6.00 – pan Adam dokładnie przypomina sobie moment, gdy przyszła informacja ze szpitala, że znaleziono dla niego dawcę nerki. Był wtedy 11-latkiem i miał za sobą już ponad trzy lata dializowania i oczekiwania na przeszczep. Dojazdy z rodzinnego Siecienia do Warszawy trzy razy w tygodniu i same przewlekłe dializy pochłaniały całe dnie.

– To nie były takie zabiegi jak teraz. Dzisiaj to jest, można powiedzieć, bułka z masłem, ale wtedy dializatory nie miały jeszcze takiej wydajności oczyszczającej. Dlatego tak długo to trwało, a pacjenci zwykle źle to znosili. Po siedmiu godzinach i wyspaniu się człowiek nadal był nie do życia. Organizm był właściwie stale zatruty. Pamiętam, że w przerwie między piątkiem a poniedziałkiem, już w niedzielę, bardzo chciało mi się spać. To była wegetacja. Byle przetrwać do dializy, a potem sam zabieg – opowiada pan Adam. Do tego dochodziła drakońska dieta: niewiele owoców i warzyw, jak najmniej mięsa; słowem: ograniczanie się niemal we wszystkim, bo chore nerki nie filtrują prawidłowo krwi i nie usuwają samodzielnie nadmiaru płynów i produktów przemiany materii.

Na ten pierwszy w życiu przeszczep czekał trzy i pół roku, co – jak na tamte czasy – nie wydaje się szczególnie długim okresem. Nie było euforii, raczej rodzaj ulgi. Nareszcie! – Mama uderzyła w płacz, pewnie w pierwszej chwili ze szczęścia, że udało się doczekać, ale później pewnie był niepokój, co będzie dalej. Tata przywoływał ją do porządku. Może dlatego, że był przygotowany jako dawca spokrewniony, chociaż po różnych badaniach okazało się, że nie może mi oddać nerki – opowiada Adam Wyżykowski.

Cała rodzina miała około 15 minut, by się spakować i przygotować do wyjazdu karetką, która już pędziła z Płocka do Siecienia. – Lęk przychodzi dopiero na stole operacyjnym. Jest ogromne zdenerwowanie, gdy mają cię uśpić, bo nie wiadomo, czy wszystko dobrze się skończy. Usnąłem, ale nic mi się nie śniło. Była ciemność. Potem najgorsza była pierwsza doba, bo człowiek był „pokrojony” i jeszcze działała narkoza. Rana pooperacyjna, która znajdowała się na brzuchu, była dość duża. Z czasem było lepiej. To jest nie do wiary, jak człowiek szybko się regeneruje – wspomina pan Adam.

Ta pierwsza przeszczepiona nerka spełniała swoje zadanie ponad 8 lat, chociaż był to czas okupiony częstymi pobytami w szpitalu. Z czasem narząd zaczął przynosić pacjentowi więcej szkody niż pożytku i trzeba było wrócić na dializy. Drugą transplantację pan Adam przeszedł w Szpitalu Klinicznym Dzieciątka Jezus.

– Mój organizm już o wiele lepiej reagował. Gdy wychodziłem w lipcu do domu, powiedziałem pani doktor, że to już jest inny świat. Kiedy człowiek jest chory, to widzi wszystko szaro, ponuro. Nawet w maju – no tak, jest ładnie, ale... Wiecznie jest to „ale”. Dopiero po tym przejściu widzi się piękno świata, że te kwiaty mają trochę lepszy kolor, że ta łąka jest piękna i woda, jezioro... – wyznaje pan Adam.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama