Roratowe cuda

Szczególnie w Adwencie fajnie mieć dzieci: potrafią cudnie zadbać o to, co najważniejsze.

Reklama

Roraty dzieciństwa pamięta się jak dziecko. Zapachem: zimnego powietrza, świec, nadpalonego kolorowego papieru od lampionów
i, nie daj Bóg, czyjegoś kosmyka włosów, szybciutko gaszonego przez czujne babcie czy matki. Kolorem: grafitowego nieba, jasnych okien budzącego się miasta, ciemnej kruchty, która mrugała setką lampionowych ogników. Pamięta się też dźwiękiem: starych pieśni roratnich – pełnych powagi i odświętnego wyczekiwania.

Chodziło się na te Roraty całe dzieciństwo. Chodziło z babcią, czasem mamą. Potem samodzielnie. Na szczęście blisko było. A potem? Cóż. W liceum zajęcia na ósmą, na drugim końcu miasta. Więc wyjeżdżać trzeba było akurat wtedy, gdy rozpoczynały się Roraty. A potem siłą antyroratniego przyzwyczajenia studia też roratnie za bardzo nie były. A jednocześnie zawsze pozostawały i jakaś tęsknota, i wyrzut. I mimo radości Bożego Narodzenia poczucie adwentowego niespełnienia. A potem? Potem był ślub i dzieci. Co dwa lata mały prorok. A że nasze proroki z gatunku ryczących i budzących, to ilość nieprzespanych nocy skutecznie blokowała roratnie chęci ducha. I tak to się toczyło.

Aż do momentu, gdy dzieci podrosły. Konkretnie najstarsza córka. Pewnego pięknego Adwentu kategorycznie zażądała: musimy iść na Roraty. Przyznałam jej w duchu rację. Pewnie, że musimy. Tylko, cudów nie ma: nie da się wstawać ciemną nocą, wszystko ogarnąć, wyszykować do szkoły i przedszkola. A potem przecież trzeba do pracy.

Lecz stał się cud roratni. Matka (zupełnie nie wierząc w siebie) obudziła się na swoje pierwsze Roraty po latach samodzielnie, dwie minuty przed dźwiękiem budzika. W dodatku całkiem rześka i dość wypoczęta. Córka jak za dotknięciem roratniej różdżki, bez najmniejszego focha, po prostu wstała, ubrała się i wyszła z domu. A mąż wyszykował resztę towarzystwa na cały dzień.

A na Roratach jakby czas stanął w miejscu. Ten sam zapach, kolor, dźwięki. To samo wołanie: Rorate caeli. I tylko lampiony już szklane, bezpieczne, więc zapachu włosów (na szczęście) brak. I tylko inne małe palce trzymają mrugające światełko. Pokoleniowe, roratnie déjà vu. Czy za lat dwadzieścia, no, może dwadzieścia parę, córka przekaże lampion dalej? I jakie zapachy, kolory i dźwięki sama zapamięta? Tak. Szczególnie w Adwencie fajnie mieć dzieci: potrafią cudnie zadbać o to, co najważniejsze. A że w pracy się ziewnie? Nieeee szkoooodzi…

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • logos
    08.12.2011 21:44
    Miły wpis, ale bardziej do pamiętnika. Jakby się czepiać mozna zacząć od pierwszego zdania: fajnie mieć dzieci, a szczególnie w Adwencie.... Fajnie niefajnie to jest na wycieczce albo podczas spaceru.

    Niemniej zyczę trwania w Adwencie i na roratach, a potem radosći w wigilijny i świateczny czas
  • Bogunia
    09.12.2011 07:06
    Cóż niektórzy nie muszą długo czekać, starsza córka w zeszłym roku juz chodziła na roraty, miała wtedy 2,5 roku, i tak się nimi zachwyciła że od wakacji pyta kiedy będzie zima, bo wtedy są roraty! a jako prezent na mikołaja chciała lampion, a jak się dowiedziała że juz ma to dla młodszej siostry, no i chodzimy w tym roku, obie siostry ida w procesji z lampionami (3,5 roku i 16 miesięcy), a rodzice z mini, bo inaczej się młodszej upilnowac nie da :) jest fajnie, no i te wspomnienia z dzieciństwa, chociaz to nie do końca to bo teraz roraty sa na 17 (ale może to i lepiej, bo przynajmniej mozna iść z dziećmi, a tak jak od 6 się jest w pracy to na 7 na roraty nie miałby kto z nimi iść)
  • gut
    14.12.2011 18:05
    Pani Autorko Pani materiał jest przepiękny! :)Ja jako małe dziecko nie chodziłem na roraty nie chciało mi się i żałuję, chodzę od 6 lat i to jest z lepszych form przygotowania się duchowo na Narodzenie Pańskie.
  • doris
    15.12.2011 07:21
    Ja odkryłam roraty dzięki dzieciom. To z córką byłam po raz pierwszy, gdy miała 7 lat (przygotowania komunijne). I teraz każdego roku staram sie uczestniczyć chociaż w sobotę, na 6.30.czy 7.00. Wyciągam dzieci; te starsze trudniej. Magii modlitwy o świceie bardziej poddają się młodsze.
    Dla mnie to już niezbędny i konieczny elemnet przygotowń do świętowania Dnia Narodzenia Pana. Wprowadzają w nastrój oczekiwania, wyciszenia.Przeciwieństwo tego, co oferuje się na zewnątrz koscioła kupowania i konsumowania.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama