Na strzępy

Córka Bogdana po tym, gdy szkolne koleżanki nabijały się z jej pijanego do nieprzytomności ojca, rozpłakała się: „Już nigdy nie pójdę do szkoły”. Córka Krysi podbiegła do dzielnicowego i zaczęła się skarżyć: „Mama nie wraca na noc i kompletnie o nas nie dba”. Dziś są dumne ze swych rodziców. Dlaczego?

Reklama

Spotkałem ich przed tygodniem. „Rwałam karteczkę z moimi grzechami na strzępy. Przechodziłam koło kosza i wszystkie te drobne strzępy wyrzuciłam do niego. I wówczas niemal fizycznie poczułam, że kamień spada mi z serca” – opowiadała Krysia Małachowska. A Ewa i Bogdan Zychowie godzinami przekonywali o tym, jak ogromną moc ma Boże miłosierdzie. Zresztą posłuchajcie sami…

Lekka na piórko

KRYSTYNA MAŁACHOWSKA

(Augustów): – Od 31 lat jestem mężatką, mam dwoje dorosłych dzieci, dwie prześliczne wnusie, trzeci wnuk jest w drodze. Jak długo piłam? Przez 20 lat. Zaczęło się niewinnie: od lampki wina w szkole średniej. Skończyłam szkolę, wyszłam za mąż, zmieniłam miejsce zamieszkania, poznałam nowych ludzi. To było pijące towarzystwo, więc zaczęłam pić razem z nimi. Przy każdej okazji był alkohol. Piwko, wino, wódka. Pracowałam w sklepie. Pewnego dnia przez zapicie nie poszłam do pracy. Zostałam zwolniona.

To mi kompletnie podcięło skrzydła. Załamałam się. Zaczęłam pić jeszcze więcej. Zaniedbywałam dom, rodzinę. Mąż przestał mi dawać pieniądze, więc zaczęłam wyprzedawać rodzinną złotą biżuterię. Wszystko po to, by znaleźć parę groszy na alkohol. Staczałam się. Piłam coraz tańsze alkohole. Pewnego dnia moja 10-letnia córka, wracając ze szkoły, zauważyła dzielnicowego. Podbiegła do niego i poskarżyła się, że mama nie wraca na noce, nie dba o dom, nie chodzi na wywiadówki, nie interesuje się dziećmi. Dzielnicowy poszedł z tym do Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Przyszli do mnie na wywiad. Zasypali mnie mnóstwem pytań, a na końcu stwierdzili: jest pani uzależniona, to choroba, powinna pani podjąć terapię.

Nie wiedziałam wtedy, że za tym wszystkim stoi moja córka… Wściekłam się: „Kto? Ja? Uzależniona? Lepiej niech się zajmą menelami, którzy leżą na ulicy czy w parkach”. Po wyjściu ludzi z komisji ze złości spiłam się. Maksymalnie. Po jakimś czasie ciężko zachorowałam. Zaczęłam mocno krwawić. Krwawienie nie ustawało. Trwało przez cały miesiąc. Położyłam się w szpitalu. I okazało się, że krwawienie momentalnie ustało. Jak ręką odjął. Porobiono mi wszelkie możliwe badania, ale lekarze nie potrafili znaleźć przyczyny choroby. Wróciłam do domu, bez diagnozy, bez lekarstw. Pomyślałam: mogę sobie znów spokojnie pić. I piłam. Po miesiącu jednak sytuacja się powtórzyła. Zaczęłam krwawić. Jeszcze mocniej niż poprzednio. Przeraziłam się. Znów trafiłam na oddział ginekologiczny do szpitala.

I ponownie krwawienie momentalnie ustąpiło. Nie wiedziałam, o co w tym chodzi. Czy to był jakiś znak? Nie mam pojęcia. Lekarze byli bezradni… To był przełom. Od razu po powrocie ze szpitala, by nie zapić, zapisałam się na terapię. Chodziłam na nią systematycznie. Odstawiłam radykalnie alkohol. Miałam jednak w sercu ogromną pustkę. Nie miałam pracy, nie wiedziałam, co z sobą zrobić, a ponieważ mam niedaleko kościół, postanowiłam, że codziennie będę chodziła na Mszę świętą. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Czekałam przez cały dzień na tę Mszę. Kiedyś, w wigilię Zesłania Ducha Świętego, poszłam jak zwykle do kościoła. Nagle podeszła do mnie nieznajoma dziewczyna i rzuciła: za półtorej godziny będzie tu czuwanie. Może zostanie pani z nami? Myślę: „Przyjdę, przecież i tak nie mam co robić”.

Wracałam do domu, gdy nagle na moście podeszła do mnie inna nieznajoma osoba: „Dziś wieczorem mamy czuwanie, może pani przyjdzie?” (śmiech). Przyszłam. Trzeźwa, bez kaca. W czasie modlitwy przed oczyma stanęło mi całe życie, cały brud. Ujrzałam to tak wyraźnie, że zaczęłam płakać. Dowiedziałam się, że czuwanie zorganizowała wspólnota Odnowy w Duchu Świętym, że spotykają się co środę. Zaryzykowałam i poszłam na jedno z tych spotkań. Weszłam i… złapałam się za głowę: „Boże, co ja tu robię? Wszyscy tacy rozmodleni. To nie dla mnie”. Ale pamiętam, że bardzo dotknął mnie wówczas czytany fragment Biblii. W wieku 40 lat zakupiłam sobie pierwsze w życiu Pismo Święte. Zaczęłam je czytać, choć wiele z tego nie rozumiałam. Przychodziłam na spotkania środowe. Postanowiłam: „Wyspowiadam się z całego życia”. Poprosiłam o spowiedź generalną kapłana z innego miasta. Znałam go, bo prowadził w Ełku Msze z modlitwą o uzdrowienie. Usiadłam i zaczęłam się przygotowywać. Kupiłam sobie rachunek sumienia.

Czytałam i czytałam i byłam coraz bardziej załamana. Odkryłam brutalną prawdę o sobie. Odnajdywałam się w każdym punkcie, każdy opis dotyczył mnie. Odchodziłam od tej książeczki, płakałam, wracałam. „Boże, jak ja mogłam zabrnąć w takie bagno grzechów!”. Gdyby nie to, że umówiłam się na konkretny dzień i godzinę, nie poszłabym do tej spowiedzi. Nie byłam w stanie spamiętać grzechów z 20 lat, więc wzięłam kartkę i zaczęłam pisać. Zrobiła się z tego dłuuuuga lista. Nie chciałam niczego przeoczyć, by nie mieć potem wyrzutów sumienia. Pojechałam do Ełku. Ksiądz już na mnie czekał. Zaproponował spowiedź nie w konfesjonale, ale w pierwszej ławce. Drżącym głosem zaczęłam odczytywać grzechy z tej kartki. Czytałam i czytałam… Wydawało mi się, że trwa to w nieskończoność. Gdy skończyłam, zapadła długa cisza.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama