Językiem w rodzinę

Orwell, pisząc w „Roku 1984” o nowomowie, przewidział działania dzisiejszych ideologów. Tak zmienić język, by nie dało się nawet pomyśleć czegoś, co godziłoby w panujący system – oto cel przyświecający twórcom nowego totalitaryzmu.

Całkiem niedawno prof. Magdalena Środa przekonywała na łamach „Wysokich Obcasów”, że to w żłobku „nabywa się podstawowych umiejętności obywatelskich, uczy zaangażowania społecznego, empatii, wzajemnej pomocy”. W żłobku, a nie w rodzinie: „(...)  nie jest prawdą, że rodzina nas dobrze przygotowuje do życia społecznego. Rodzina uczy raczej egoizmu i sprytu” – stwierdziła feministka. Choć trudno traktować poważnie tak absurdalne tezy, fakt, że w ogóle mogły się pojawić w ustach osoby uchodzącej za naukowca, daje do myślenia. Warto zastanowić się, gdzie tkwią źródła takich wypowiedzi. Czy miałyby one rację bytu, gdyby nie potężne ideologie dążące do zniszczenia rodziny, od ponad 200 lat zatruwające naszą kulturę?

Wada jako forma kontroli

Lektura najnowszej książki niemieckiej socjolog Gabriele Kuby „Globalna rewolucja seksualna. Likwidacja wolności w imię wolności” nie pozostawia nam złudzeń. Na ponad 400 stronach autorka wykazuje, jak od czasu Wielkiej Rewolucji Francuskiej do dziś, krok po kroku, w sposób systemowy niszczono moralność chrześcijańską, a przede wszystkim rodzinę. W jakim celu? Trafnie opisuje to cytowany przez Kuby Amerykanin E. Michael Jones: „To był geniusz oświecenia, które odkryło, jak można z pożądań uczynić element politycznej kontroli. Rozpal namiętności, a będziesz kontrolował ludzi. To była tajemna doktryna tej epoki, od tej pory przez ponad 200 lat wciąż doskonalona – od psychoanalizy, przez reklamę, aż po pornografię jako narzędzie walki kulturowej. To odkrycie było tak genialne, ponieważ wada jako forma kontroli jest niemal niewidoczna.

Ci, którzy stają się chłopami pańszczyźnianymi swoich namiętności, widzą tylko to, czego pożądają, a nie widzą więzów, którymi są krępowani przez ich własne pożądania”. Ów proces, zapoczątkowany w oświeceniu, rozwijał się na wielu poziomach życia. Jego kołem napędowym stały się toksyczne filozofie i ideologie, takie jak np. nietzscheanizm, marksizm, maltuzjanizm, eugenika czy psychologia głębi. Te z pozoru odległe od siebie nurty łączyły się w dziwne koalicje interesów, gdy chodziło o walkę z chrześcijaństwem i tradycyjną rodziną. Idee, którymi fascynowali się politycy, artyści i ludzie biznesu, wpływały na klimat kolejnych epok i wymuszały stopniowe zmiany w prawie. Studencka rewolta z 1968 roku doprowadziła do ostatecznej realizacji wielu postulatów wysuwanych przez wspomniane ruchy. „Wyzwolenie seksualne” trafiło pod strzechy, także za sprawą zmian w systemie edukacji i stworzenia nowego języka, pozostającego na usługach antychrześcijańskich ideologii.

Język zgwałcony

Właśnie „politycznemu gwałceniu języka”, jak nazywa to zjawisko Gabriele Kuby, warto poświęcić szczególną uwagę, bowiem to, jak postrzegamy rzeczywistość, w dużym stopniu zależy od naszej zdolności nazywania. Wiedzieli o tym dobrze twórcy XX-wiecznych totalitaryzmów, którzy wiele pojęć chcieli ze słownika wyrugować. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że niezauważalnie rośnie w siłę nowy totalitaryzm – ubrany w miękkie szaty poprawności politycznej. „Obecnie nie tępi się w Europie jawnie żadnych grup ludności – pisze Kuby – ale jest ukryty wyjątek: co roku na całym świecie ponad 40 milionów dzieci zostaje przed urodzeniem zabitych w łonach swych matek. (…) Nie istnieje żadne ministerstwo propagandy takie jak w III Rzeszy, ale ma miejsce coraz większe ujednolicenie mass mediów, które jednomyślnie propagują rozregulowanie norm seksualnych. Nie ma urzędu cenzury państwowej, ale jest państwowa i uniwersytecka polityka językowa, która forsuje zasady »nowego języka« w celu stworzenia nowego, »genderowego« człowieka”. Zdaniem autorki, ów nowy język rządzi się kilkoma prawami. Pierwszym z nich jest zepchnięcie na margines pojęć wyrażających tradycyjne wartości. Przykładem mogą być chociażby słowa „dziewictwo” albo „czystość” – ośmieszone w naszej kulturze, podobnie zresztą jak wyrazy nazywające po imieniu rzeczywistość negatywną: „diabeł”, „grzech”, „rozwiązłość”.

Wolność czy samowola?

Kolejna manipulacja polega na zinstrumentalizowaniu pozytywnych pojęć, takich jak „wielość”, „antydyskryminacja” czy „tolerancja”. Nadaje się im znaczenie diametralnie różne od pierwotnego. Wreszcie powstają nowe pojęcia, będące albo nośnikami nowej ideologii, jak np. „gender”, albo orężem służącym zniesławianiu przeciwnika, jak „homofobia” czy „mowa nienawiści”. Kluczowe dla tej ideologii okazuje się pojęcie wolności. Nie opisuje ono już zdolności wybierania między dobrem a złem, ponieważ rozróżnienie między tymi wartościami przestało być istotne. Wolność oznacza więc w praktyce samowolę. Podobnie jest z tolerancją, która do tej pory była pokornym znoszeniem czegoś, z czym się nie zgadzamy. W nowym znaczeniu już sama niezgoda na zło nosi w sobie znamiona nietolerancji. „Opowiadanie się za istnieniem obiektywnej prawdy uchodzi za nietolerancję, natomiast w głoszeniu jej nieistnienia nie ma nic niestosownego – to już nie jest nietolerancja” – zauważa we wstępie do książki Gabriele Kuby wybitny filozof prof. dr Robert Spaemann. Przykłady można mnożyć: sprawiedliwość jest teraz głównie „sprawiedliwością płciową”, czyli możliwością wyboru płci i „tożsamości seksualnej”. „Seksizm” to już nie dominacja jednej płci nad drugą, ale stwierdzenie oczywistego faktu, że mężczyzna i kobieta różnią się od siebie. Stąd niedaleko do „homofoba” – słowa sugerującego, że każdy, kto ośmieli się w krytyczny sposób spojrzeć na homoseksualny styl życia, jest człowiekiem chorym z nienawiści, ofiarą własnych lęków i przesądów.

Rodzice płciowo neutralni

Te zjawiska nie byłyby może aż tak niebezpieczne, gdyby ów gwałt na języku odbywał się jedynie w zaciszu gabinetów językoznawców zafascynowanych ideologią gender. Problem w tym, że coraz częściej w język zaczynają ingerować instytucje państwowe. Kuby przytacza przykład Szkockiej Narodowej Służby Zdrowia, która zażądała wyrugowania z przedszkoli określeń „mamusia” i „tatuś”, ponieważ rzekomo dyskryminują one rodziców jednopłciowych. Z kolei Szwajcarska Kancelaria Federalna zaleca zastąpienie słów „ojciec” i „matka” przez terminy „neutralne płciowo”, jak „rodzic” czy „część rodzicielska”. Jeszcze dalej posunęła się amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton, która zarządziła, by w przyszłości w formularzach paszportowych zamiast słów „matka” i „ojciec” znajdowały się rubryki „rodzic I” i „rodzic II”. Pod wpływem ostrej krytyki przyjęto jednak wersję kompromisową: „matka lub rodzic I” oraz „ojciec lub rodzic II”. W latach 70. na uniwersytecie w Konstancji powstała Katedra Lingwistyki Feministycznej, walcząca o takie zmiany w języku, które wyeliminowałyby dominację męskich form. Kobiety miały stać się „widoczne językowo” dzięki takim posunięciom jak np. feminizacja nazw („biskupka”, „żołnierka”, „strażaczka”) albo wprowadzenie neutralnych płciowo określeń (np. „osoba ucząca” zamiast „nauczyciel”). Te roszczenia zostały bezkrytycznie przejęte przez liczne rządy i instytucje międzynarodowe. Także w Polsce mieliśmy niedawno do czynienia z sytuacją, gdy przedstawicielka rządu prosiła, by zwracać się do niej „ministra”. Ciekawe, że nikt nie postuluje, by zachować analogiczną zasadę w przypadku określeń negatywnych. Nie słyszymy raczej o „faszystkach” czy „terrorystkach”. Niestety, to, co dziś jeszcze wydaje się absurdem, wartym jedynie wyśmiania, jutro może okazać się przymusem kształtującym myślenie kolejnych pokoleń. Próby prawnego usankcjonowania tej językowej paranoi pokazują, że Orwell, pisząc w „Roku 1984” o nowomowie, przewidział działania ideologów przełomu XX i XXI wieku. Tak zmienić język, by nie dało się nawet pomyśleć czegoś, co godziłoby w panujący system – oto cel przyświecający twórcom nowego totalitaryzmu. Warto o tym pamiętać, by nie dać sobie narzucić reguł tej językowej gry. W przeciwnym wypadku łatwo możemy stracić klucz do otaczającego nas świata.• Gabriele Kuby, Globalna rewolucja seksualna. Likwidacja wolności w imię wolności, Homo Dei, Kraków 2013, ss. 416

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • gut
    23.05.2013 20:10

    W żłobku, a nie w rodzinie:... Czyli koło się zamyka - potwierdza się to o czym pisał ks. Marek Gancarczyk - gdzie na zachodzie nie bardzo przychylnym okiem patrzy się na "szkoły domowego" ponieważ mogłoby to zakłócić indoktrynowanie dzieci. A więc powtórzę - koło się zamyka - ponieważ retoryka pani Magdaleny Środy uprzytamnia, że >żłobki< zostały wymyślone już dawno przez socjalizm aby odrywać dzieci od rodziny. Oczywiście ja nie mam nic przeciwko >żłobkom< ale to pokazuję jak ustrój prężnie działa od leci. I na ostatek śmiem twierdzić i jestem tego pewien, że niszczenie rodziny zaczęło się już od Reformacji Lutra co potem nastąpiło to konsekwencja tej >rewolucji religijnej<. Ponieważ jak Luter uderzył w >Boga Ojca<, że >On jest największym tyranem< a >Jezus największym grzesznikiem< a potem uniwersytety po nim mówiły, że >Jezus jest łajnem< to teraz widać skutek taki, że atakuję się rodzinę ponieważ rodzina jest wzorem Trójcy Świętej.

  • Fryderyk
    25.06.2013 13:40
    Kiedyś w jednym tygodniku wydawanym za komuny przeczytałem wywiad z sowieckim docentem socjologii, w którym ów powiedział cyt."w Związku Radzieckim dzieci wychowują: żłobek, przedszkole, szkoła, organizacje młodzieżowe, partia, a pomagają im w tym rodzice".
  • JAWA25
    05.01.2017 16:21
    i co pozwalają napisać artykuł? i gdzie ten "totalitaryzm"?
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja