Obrączka jest bezcenna

Rozstanie z żoną albo mężem wcale nie musi oznaczać rozwodu. Wręcz przeciwnie – może być początkiem nowego, lepszego małżeństwa.


Reklama

Każde sakramentalne małżeństwo jest do uratowania! – takie hasło widnieje na stronie internetowej Wspólnoty Trudnych Małżeństw „Sychar”. Jak się okazuje, to nie tylko pusty slogan. Niedawno jedno małżeństwo spod Zielonej Góry wróciło do siebie po czterech latach nieformalnej separacji.


Bolesne rozstanie


Katarzyna i Dariusz pobrali się 15 lat temu. W sakramentalny związek weszli ze sporym bagażem doświadczeń. Ona – wdowa z dziećmi, on – po nieudanym 2-letnim związku nieskramentalnym. Kochali się i początkowo wszystko szło dobrze. Jednak z czasem zaczęło ich coraz więcej dzielić. – Wyrastały przed nami mury braku porozumienia, nieumiejętności wzajemnego słuchania, oczekiwania na spełnienie własnych pragnień, braku komunikacji i dialogu. Zamiast je likwidować, próbowaliśmy je obchodzić dookoła, a one rosły i rosły. W pewnym momencie już nawet nie kłóciliśmy się, ale coraz bardziej uciekaliśmy od siebie – opowiada żona.


Wszelkie próby porozumienia kończyły się niepowodzeniem. Z tego okresu oboje mają wiele przykrych wspomnień. – Czuliśmy, że nasze małżeństwo umiera, choć tak naprawdę każde z nas wewnętrznie pragnęło żyć pełnią życia. Tymczasem było coraz gorzej. Napięcie było tak duże, że mąż przestał się do mnie odzywać. Prowadziliśmy wspólnie firmę, wszystko szło ku dołowi. Nie potrafiliśmy porozumieć się w sprawie wychowania moich synów, ja uciekłam z firmy, ratując się przed konsekwencjami tego, co się działo – wyjaśnia pani Katarzyna. – Wzajemnie się oskarżaliśmy i spychaliśmy winę na siebie. Narastające konflikty doprowadziły do tego, że cztery i pół roku temu rozstaliśmy się. Konkretnie to ja się wyprowadziłem – kontynuuje pan Dariusz. – Mój świat się zawalił. Wiedziałam, że muszę ratować siebie i dzieci i zacząć życie na nowo w wieku 50 lat. Czułam przerażenie, strach, zawód i krzywdę – dorzuca żona. 


Przejrzeć się w lustrze


Rozstanie było tragedią dla obojga małżonków. Oboje pozostawali sobie wierni i, dzięki Bogu, nie pozamykali drzwi swojego życia, skupiając się tylko na negatywnych emocjach. – Szukałem kontaktu z ludźmi, żeby ożyć, bo faktycznie nasze małżeństwo było umieraniem. Nie myślałem jednak, żeby układać sobie życie z inną kobietą. Co byłoby później, gdybyśmy się nie zeszli, nie wiem – mówi pan Dariusz.

Z pomocą przyszła wiara. Choć wcale nie było to takie oczywiste. – To, co kiedyś myślałem o Kościele, nie nadaje się do publikacji. Uważałem, że to tylko instytucja, która zniewala człowieka. Potrzebowałem odmiany i czegoś nowego. To zmieniło się na rekolekcjach ignacjańskich w Kaliszu, gdzie doświadczyłem, że Bóg naprawdę jest – zwierza się pan Dariusz. Tam zafascynował się ciszą zupełnie inną niż ta w jego małżeństwie. Rekolekcje były dla niego początkiem wyzwolenia od siebie. – Zauważyłem, że ta przemiana jest mi zadana. Musiałem odkryć siebie, którego dotąd idealizowałem. Takie stanięcie przed lustrem to niesamowicie trudne i bolesne doświadczenie, ale też piękne i ubogacające.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama