Jesteśmy optymistami

Adopcja, upośledzenie, choroby, szkoła specjalna – wielu to przeraża. Marii i Andrzejowi dało szansę na kochającą się rodzinę i bogate w doświadczenia życie.

Reklama

Maria, Andrzej, Kasia i Michał mieszkają w Gorzowie Wlkp. i mimo że w ich życiu nie brakuje codziennych trosk i kłopotów, są szczęśliwą i kochającą się rodziną. Maria Kujawa jest położną, Andrzej – architektem. Małżeństwem są od 23 lat.

Od początku wspólnego życia ich marzeniem było stworzenie rodziny. Po kilku latach małżeństwa okazało się jednak, że nie mogą mieć dzieci. Podjęli leczenie, ale nie przyniosło oczekiwanych efektów. Proponowano im nawet metodę in vitro, ale się nie zgodzili. – W 2000 roku wybrałam się na pielgrzymkę do Częstochowy w intencji chorej teściowej, ale prosiłam także Boga o dar macierzyństwa – mówi Maria. W końcu podjęli decyzję o adopcji, zgłosili się do ośrodka adopcyjnego i po roku przygotowań otrzymali informację o dziecku.

– To była dziewczynka z bardzo odległego od Gorzowa Wlkp. miasta, ale zdecydowaliśmy się pojechać ją zobaczyć – wspomina Maria. – Kasia była obciążona genetycznie padaczką i miała niezarośnięty przewód Botalla, tzw. dziurkę w sercu. Oprócz tego miała przepuklinę, skazę białkową i kilka innych schorzeń – dodaje mama. Kiedy ją poznali, miała 16 miesięcy. Nie chodziła i leżała na oddziale niemowlęcym w domu dziecka. Rodzice od razu się w niej zakochali. Jak sami mówią, to jest taka chemia i zauroczenie. – Trudno opisać, co się czuje, kiedy się widzi dziecko po raz pierwszy. To jest uczucie podobne do zakochania. To się po prostu wie i czuje. Wielka miłość przychodzi z czasem, stopniowo – wyjaśnia Andrzej. – Ludzie bardzo boją się dzieci, które mają tzw. nieciekawy wywiad rodzinny, np. chorych umysłowo rodziców czy inne choroby. Ja z racji tego, że pracowałam w szpitalu, wiedziałam, że wady, które ma Kasia, to nie jest nic strasznego. Zresztą my zawsze byliśmy niepoprawnymi optymistami i wierzyliśmy, że wszystko będzie dobrze – dodaje z uśmiechem Maria.

Nie jesteśmy bohaterami

Pomimo chorób Kasia była spełnieniem marzeń Marii i Andrzeja. Jednak kiedy w domu pojawiło się upragnione dziecko, okazało się, że mamie nie przysługuje urlop macierzyński, bo Kasia miała już prawie półtora roku. Maria wykorzystała zaledwie trzy tygodnie zaległego urlopu i musiała wrócić do pracy. – To był przyśpieszony kurs rodzicielstwa, bo inaczej jest, kiedy dziecko jest małe i większą część dnia śpi. Kasia po miesiącu pobytu u nas już chodziła. Opiekę nad nią przejmowaliśmy na zmianę. Ja pracowałam do południa, a mąż po południu i dawaliśmy radę, chociaż nie jest dobrze, jak rodzice nie są razem przy dziecku – mówi Maria.

– W wieku trzech lat Kasia bardzo słabo mówiła. Poszliśmy do neurologa, bo zdarzało jej się tracić kontakt wzrokowy z nami. Po badaniach lekarz zasugerował się wywiadem rodzinnym i orzekł, że są to napady mikropadaczkowe – mówią rodzice. Kasia dostała bardzo silne leki, które jednak nie pomogły. – Zaczęliśmy szukać innej pomocy i dostaliśmy się do konsultanta krajowego od padaczek. Okazało się, że dziecko nie ma padaczki, a przez półtora roku dostawało niepotrzebnie silne środki – mówi Andrzej. Trudny dla rodziny był również czas wizyt u terapeutów. Nie było poprawy ani żadnych metod terapii, które pomogłyby dziecku.

Kiedy Kasia poszła do szkoły specjalnej, wszystko się zmieniło na lepsze. – Kasia jest radosna, dobrze się uczy. Od kilku miesięcy jest też harcerką. Bardzo lubi swoją szkołę – mówi mama. – Dzięki córce poznałam wspaniałe dzieci. W szkole specjalnej są dzieci z chorobami narządu ruchowego i upośledzone umysłowo, ale są one bardzo serdeczne. Tam nie ma gwiazdorstwa, ale jest radość i szczerość – dodaje.

Dwa lata po adoptowaniu Kasi Maria i Andrzej zdecydowali się na drugie dziecko. Wzięli do siebie Michała. – Michał przebywał w pogotowiu rodzinnym. Był uczulony na kurz, brał sterydy i leki wziewne. Miał astmę i kilka razy dziennie się dusił, także w nocy. Kiedy spał, my sprzątaliśmy. Musieliśmy codziennie ścierać wszystko na mokro. Co drugi dzień praliśmy pościel, ale jakoś szło – wspominają małżonkowie.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Agata
    19.02.2014 10:09
    Piękne świadectwo! Ten artykuł dla mnie to taka mała niespodzianka - właśnie wczoraj wieczorem buszowałam po stronkach adopcyjnych. Mam już 2 biologicznych dzieci i pragnienie adoptowania kilkulatka. Niestety wiem, że pozostanie to w sferze marzeń...Z 1 pensji męża nie starcza nam na naszą czwórkę, mieszkanie za ciasne, ech...Dlaczego tak jest, że ci co chcą mieć to nawet zaadoptować nie mogą, a pragnienie w sercu pozostaje.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama