Nie bójmy się być radykalni

O niezwykłej sile mediów w kreowaniu poglądów społeczeństwa na małżeństwo i rodzinę oraz o tym, jak nie dać się zmanipulować, z ks. dr. Rafałem Kowalskim, dyrektorem Wydziału Komunikacji Społecznej i rzecznikiem prasowym wrocławskiej kurii, rozmawia Karol Białkowski.

Reklama

Karol Białkowski: Proszę odpowiedzieć tak lub nie: manipulują nami?

Ks. Rafał Kowalski: Kto?

Media?

Wolę określenie: wywierają wpływ.

Zatem mówią, jak mamy myśleć...

Na pewno wpływają na to, o czym myślimy. Jest to jedno z najsilniejszych narzędzi wpływu. Redaktorzy oszałamiająco skutecznie zwracają uwagę odbiorców na to, co w danym dniu uznali za najważniejsze. Pewne tematy trafiają na pierwsze strony gazet i na początek serwisów informacyjnych, bywają powtarzane w kolejnych dniach, nierzadko podejmowane w różnych programach. Badania wskazują na wysoki stopień korelacji pomiędzy tym, co media uznały za istotne, a tym, co wymieniali odbiorcy zapytani o sprawy dla nich ważne. Poza tym dostrzegam coś, co określiłbym mianem nieformalnych agencji informacyjnych. Wystarczy, żeby duża stacja wrzuciła informację na swój pasek lub podała ją jako najważniejszą, a pomniejsze redakcje natychmiast podejmują temat. W ten sposób ilość programów, audycji, artykułów nagłaśniających daną kwestię rozprzestrzenia się niczym wirus.

Jak to się ma do kształtowaniu obrazu małżeństwa i rodziny?

Jeśli takim tematem będzie np. niechęć młodych ludzi do zawierania małżeństwa albo wzrost liczby rozwodów i media będą z różnych stron ukazywać bezsens zobowiązań na całe życie, wykorzystując przy tym takie metody wywierania wpływu na ludzi jak autorytet czy społeczny dowód słuszności, nie uwierzę, że pozostaje to bez wpływu na podejmowane decyzje. A ten mój brak wiary wynika z obserwacji i rozmów (już nie tylko z młodymi) ludźmi, którzy mówią: „Papierek nie jest mi do niczego potrzebny” czy „Co z tego, że syn czy córka żyją bez ślubu? Dziś wszyscy tak postępują”.

Wspomniał Ksiądz o metodach wywierania wpływu...

Od dziecka jesteśmy wychowywani, żeby wierzyć autorytetom. Najczęściej przynosi nam to korzyści, ponieważ występują one z poziomu wiedzy, który dla przeciętnego człowieka jest niedostępny. Gdy prosimy o radę lekarza czy naukowca, rzadko analizujemy to, co usłyszeliśmy. Opłaca się nam to do momentu, gdy ktoś nie będzie chciał skorzystać z tej naszej „słabości”. Często w programach informacyjnych wypowiada się „ekspert”, który z pozoru jest neutralnym komentatorem. Kiedyś wydawało mi się, że jeśli jest to profesor doktor habilitowany, to jest on największym autorytetem w kraju. Niestety rzeczywistość jest brutalna. Często po prostu dziennikarz ma jego numer telefonu w swoim notesie i to jest jedyne kryterium doboru. Nikt mi nie powie, że kiedy w dyskusji na temat in vitro komentatorem jest wprawdzie profesor, ale ten, który posiada klinikę przeprowadzającą te zabiegi, bezstronnie wypowie się o problemie. Tymczasem w umysłach ludzi pozostaje jedno: „Mówili o tym w telewizji i wypowiedział się naukowiec”.

A społeczny dowód słuszności?

Mówiąc najprościej polega na wpajaniu przekonania o powszechności zachowań i poglądów i wynika z prostej reguły, że ogół nie może się mylić. Specyficzną formą tej metody są sondaże. Jeśli nasz wywiad przeczytają dwie osoby i, powiedzmy, jednej się spodoba, drugiej nie, można wówczas napisać, że to, co mówił ks. Kowalski, przypadło do gustu tylko jednej osobie, natomiast 50 proc. było innego zdania. Badania pokazują, że znaczny odsetek ludzi, odczuwając lęk przed izolacją, wyraża głośno opinie zgodne z tymi, które uznają za opinie większości, to znaczy często ukrywają swoje rzeczywiste poglądy lub wręcz zmieniają je na opinię, którą w ich przekonaniu ma większość. Jak teraz spojrzeć na artykuły, które mówią, że zdecydowana większość katolików nie popiera nauczania Kościoła w kwestii antykoncepcji czy współżycia seksualnego przed ślubem?

Można się przed tym jakoś bronić?

Jasne, i w naszej diecezji mamy wiele potwierdzających to przykładów. Przywołam akcję „Stop seksualizacji naszych dzieci”, którą pochwalił papież Franciszek. Zaczęło się od małej grupy, która powiedziała, że nie zgadza się z opinią większości. Poza radą krytycznego odbierania mediów chciałbym, by wybrzmiało jedno: „Nie bójmy się być radykalni i wspierajmy tych, o których mówi się: radykalni”. Często bowiem, uderzając w dane wartości czy przekonania, robi się to stopniowo. Wmawia się opinii publicznej, że dane poglądy są radykalne i skrajne. Wówczas łatwiej znaleźć zwolenników w ich zwalczaniu nawet wśród współwyznawców. Zapominamy jednak, że jeśli owi radykalni zostaną zniszczeni, wówczas to, co było wczoraj centrum, dziś staje się skrajnością.

Tak się rozgadaliśmy o zagrożeniach, że zapomniałem zapytać o to, czy media mogą promować pozytywne obrazy małżeństwa i rodziny...

Akurat dla czytelników „Gościa” odpowiedź na to pytanie jest oczywista, prawda?

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • rst
    10.09.2014 08:55
    Nie potrzeba mediów świeckich, bo sam Kościół przestaje być jednoznaczny w głoszeniu prawdy o małżeństwie.
    Przykład: Papież Franciszek chrzci ceremonialnie w Watykanie dziecko pary żyjącej bez ślubu - to przekaz, idący ze strony Kościoła, że ślub nie jest potrzeby do życia jak małżeństwo i posiadania dzieci.
    Kolejny przykład: media katolickie podają, że Synod Rodzin będzie się zastanawiał nad możliwością dopuszczenia cudzołożników do Komunii świętej. Czyli kolejny negatywny przekaz budzący obawy, czy nierozerwalność małżeństwa sakramentalnego jest prawdą bezwzględną, czy nie?
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama