Śląskie orły

Katoliccy harcerze na Górnym Śląsku zyskują pełną samodzielność! Zaledwie 3 lata temu utworzyli pierwszy zastęp w archidiecezji katowickiej, a dziś powołują już niezależny 1. Hufiec Śląski Skautów Europy.

Reklama

Przybywa ich na Górnym Śląsku w ogromnym tempie – 50 proc. rocznie. Są już w Rybniku, Gliwicach, Zabrzu i Lublińcu. A szykują ekspansję na Katowice, Mikołów, Pszczynę, Bielsko i Żywiec. Skautów Europy w wieku od lat 9 po 50, w mundurach z dumnymi, złotymi orłami Piastów Śląskich naszytymi na ramionach, z fantazyjnie przekrzywionymi beretami na czołach, spotkasz w niedzielę, 14 września, na odpuście u Matki Bożej Uśmiechniętej w Pszowie. Kto jest ciekaw rozmowy z nimi, może dołączyć do ich pielgrzymki, która rusza do Pszowa wraz z parafianami z Rydułtów-Radoszów pod Rybnikiem 14 września o godz. 8 rano. Będzie można podejść w drodze do szefów katolickiego harcerstwa. Dotąd Górnoślązaków wspierali przyjaciele ze skautingu z Wrocławia. Dzisiaj w męskiej gałęzi Skautów Europy jest u nas już tylu dorosłych, tworzących wspólnotę szefów, że można założyć niezależny hufiec.

Żegnaj, maminsynku

Jeśli ktoś twierdzi, że z Zachodu płynie tylko zepsucie, nie wie, o czym mówi. Jednym z przykładów na to, że bywa inaczej, jest Federacja Skautingu Europejskiego. Zwłaszcza we Francji Skauci Europy to ruch żarliwie katolicki. Jest ich tam ok. 30 tysięcy, a skauting jest zaliczany do ruchów odnowy Kościoła. To właśnie spośród francuskich Skautów Europy pochodzi dziś większość powołań kapłańskich nad Sekwaną. Polscy Skauci Europy to też harcerstwo żarliwie katolickie, z Jezusem na pierwszym miejscu. Młodzi przyjmują tam na całe życie prawdy, których nie przyjęliby od rodziców, bo przekazują im je szczególne autorytety – tylko trochę od nich starsi koledzy i koleżanki. Nastoletni zastępowi codziennie w czasie obozów otwierają z młodszymi kolegami Pismo Święte, uczą ich, jak o przeczytanym fragmencie Biblii rozmawiać. Razem też się modlą. A przy tym wszyscy skauci, od już dorosłych „wędrowników” po dziewięcioletnich wilczków (odpowiednik zuchów z ZHP), przeżywają niesamowitą przygodę.

Rodzice harcerzy i wilczków bywają zdumieni, widząc przemianę swoich dzieci po powrocie z pierwszego w życiu obozu. To wyraźne zwłaszcza u chłopców. Za pierwszym razem wyjeżdżają jako wydelikacone maminsynki, zwłaszcza że często to dzieci z tzw. dobrych domów. Wracają wciąż mali, ale już jakoś męscy, pewniejsi swojej siły, niesamowicie samodzielni. Stachowi i Oli z Rydułtów opadły szczęki, kiedy w 2010 roku ich młodszy syn po powrocie z obozu zaczął piec świetne ciastka i naleśniki z bananami, robić leczo i częstować tym wszystkim całą rodzinę. A starszy syn po obozie zaczął robić aż 100 pompek dziennie.

Miły dyżur w kuchni

Jakim cudem dzieci w skautingu tak pozytywnie dojrzewają? Bo to harcerstwo w przedwojennym stylu. Tu kadra nie wyręcza młodych w pracy. Sami muszą np. zbudować sobie obóz. Harcerze (czyli skauci w wieku 12–16 lat) budują więc przemyślne domki na drzewach, z podłogą wyplecioną ze sznurków. W budowie obozu uczestniczą nawet jeszcze młodsze od nich wilczki (9–11 lat).

– Ci chłopcy nierzadko po raz pierwszy w życiu mają w rękach narzędzia – piłę, siekierę, noże – zauważa Jarosław Głażewski z Mikołowa, który staje na czele 1. Hufca Śląskiego Skautów Europy. Do tej pory prowadził w Rybniku dla najmłodszych chłopaków gromadę wilczków. A wstąpił do skautingu dopiero 4 lata temu, wraz z własnym synem, wtedy wilczkiem, dziś harcerzem. – Żyjemy w czasach, gdy dzieci nie zapoznają się z ostrymi narzędziami w domu rodzinnym. Nie dajemy dziecku noża, żeby sobie niczego nie zrobiło. To jednak wychowanie do bezpieczeństwa w złym sensie – uważa. – Na naszych obozach okazuje się, jaką wielką radością dla małych wilczków potrafi być dyżur w kuchni! Mogą tam samodzielnie porąbać drewno, mogą pokroić jarzyny albo mięso. Czasem pierwszy raz w życiu obierają ziemniaki albo kroją cebulę. I w ciągu tych 4 lat nigdy nie spotkałem się w tym miejscu z jakimś ociąganiem! – dodaje.

Jeszcze większym zaskoczeniem, zwłaszcza dla matek, jest to, że ich mali synowie po powrocie z obozu potrafią samodzielnie coś wyprać. – Ponieważ w domach są pralki automatyczne, chłopcy widzą dzisiaj tylko, że kiedy wrzucą brudne rzeczy do kosza, to potem otrzymują wyprasowane na półce. A na obozie mają okazję np. wyprać sobie mundur na niedzielę. Odkrywają, że nawet zmora wszystkich matek, czyli zielone kolana, da się zmyć, trzeba tylko cierpliwości w tarciu – śmieje się Jarosław. Często, zwłaszcza na początku obozu, wilczki twierdzą, że nie mają nic do prania. Opiekunowie każą im wtedy wyprać przynajmniej skarpetki i majtki. Raz jeden z chłopców przyznał się wtedy, że nie umie prać. „To przynieś, co masz brudnego, spróbujemy się nauczyć” – powiedział mu Jarek. – Zobaczyłem wtedy w tym chłopcu fascynację, że potrafi sam coś zrobić. Następnego dnia sam się już pojawił z rzeczami do prania... Spodobało mu się! Odkrył, że potrafi sam przywrócić rzeczy do stanu używalności – wspomina.

Chłopcy tutaj mężnieją. Nawet wilczki zaczynają się na obozach kąpać w zimnej wodzie, chociaż często mają do dyspozycji także ciepłą, nagrzaną w słońcu. – Wilczki są jednak prawdziwymi chłopcami, no i w deszczowe dni stwierdzają, że już są umyci. W sumie mają trochę racji. W deszczowe dni mycie jest więc ograniczone – tłumaczy wesoło przyszły hufcowy.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama