Bóg pozwalał mi się wyszumieć

O uczniowskich listach do Pana Boga, przebaczeniu tym, którzy krzywdzą, i czystej karcie w dniu ślubu z Tomaszem Piwowarskim rozmawia Monika Augustyniak.

Reklama

Monika Augustyniak: Zakończył się 4. Tydzień Wychowania, w kościołach czytane były listy pasterskie o ogromnej roli, jaką sprawują rodzice i wychowawcy w życiu młodego człowieka. Jak Pan, jako katecheta z kilkuletnim stażem, rozumie swoją rolę?

Tomasz Piwowarski: Przyznam szczerze, że w moim przypadku ten konkretny tydzień niewiele zmienia, bo każdy tydzień, każdy dzień z uczniami jest dla mnie tak samo ważny. Myślę, że jest to dobry czas dla rodziców i opiekunów na postawienie sobie pytania: „Jakie efekty daje moje wychowanie?”. Natomiast ja każdego dnia staram się tak samo. Lekcje religii są w jakimś sensie wyjątkowe, bo wychowanie występuje na kilku poziomach. Po pierwsze jest to treść, która narzuca konkretne wzorce zachowań, i kodeks moralny, po drugie trzeba utrzymać dyscyplinę na lekcjach, a po trzecie ważne jest moje świadectwo życia, czyli to, jak zachowuję się na korytarzu, poza szkołą, w domu.

Jeśli chodzi o ten drugi poziom, wciąż się go uczę. Z jednej strony zależy mi na tym, by uczniowie słuchali, byli zdyscyplinowani, ale wiem też, że nie można przegiąć. Religia to lekcja, kiedy młodzi ludzie powinni mieć czas na dyskusję, gdzie powinni czuć się swobodnie. W innym przypadku nie zachęcę ich do relacji z Bogiem. Sam w szkole średniej miałem wspaniałą katechetkę, która swoją wiedzą i postawą skłoniła mnie do studiowania teologii. Mój kolega z klasy, także pod jej wpływem, wstąpił do seminarium, więc wiem, jak ważna może być rola katechety.

Czy studia teologiczne, wiedza na temat Boga miały wpływ na Pana wiarę i postawę moralną?

Sama wiedza na pewno nie. Studia teologiczne nie są miejscem wzrostu wiary. Owszem, można rozwiać pewne wątpliwości, ale na UKSW zdarzają się studenci, którzy – mimo stypendiów naukowych – przyznają otwarcie, że nie wierzą w Boga. W moim przypadku największy wpływ na moją postawę miała mama. To ona przekazała mi żywą wiarę, nauczyła mnie modlitwy, zachęciła do chodzenia do kościoła. Owszem, gdy byłem dzieckiem, czasem wolałem pospać dłużej albo oglądać bajki, ale dzięki jej zachętom na palcach jednej ręki mogę policzyć niedziele, podczas których nie byłem na Eucharystii.

Kolejnym bardzo ważnym elementem jest wspólnota, do której należę od kilku miesięcy. Samo przeżywanie wiary w gronie innych jest już ważnym doświadczeniem. Poza tym wspólnota mobilizuje mnie do modlitwy, do ciągłego budowania relacji z Bogiem. Nie jest łatwo być katechetą, niemal cały dzień mówić o Bogu, a potem wrócić do domu i usiąść do modlitwy. Przecież Pismo Święte jest moim narzędziem pracy, więc dobrze dzielić się słowem Bożym z ludźmi, którzy traktują je jako słowo życia. Czasem widzę też, że dużo łatwiej jest tłumaczyć coś uczniom, niż wcielać to w życie. Dzieciom często opowiadam o Bogu miłosiernym, a sam przez całe życie miałem obraz Ojca – sprawiedliwego sędziego. Zdarza się, że stosuję na sobie chwyt psychologiczny – kiedy, zadając sobie pytanie, zastanawiam się, co powiedziałbym uczniowi z podobnym dylematem. I kiedy wcielam to w życie, okazuje się, że to była dobra rada. Bo przeżywanie wiary rozumem, a sercem to dwie różne sprawy i właśnie we wspólnocie uczę się, jak je połączyć.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama