Pora spełnić trzecie marzenie

Niektórzy lubią motoryzację, inni biegają, kolekcjonują obrazy lub zajmują się majsterkowaniem. Pasją Stanisława Kozłowskiego jest Wietnam.

Reklama

W 2014 roku ukazała się na runku książka Stanisława Kozłowskiego „Narody Wietnamu”. Pozycja prezentuje 54 oficjalnie uznane narody zamieszkujące w tym azjatyckim państwie. To swego rodzaju przewodnik, kompendium wiedzy o egzotycznym kraju. Przy opisie każdej mniejszości narodowej pojawia się liczba ludności, teren zamieszkiwania, historia, kultura, tradycje i wiele innych praktycznych informacji. To jedyna taka pozycja w Polsce.

– To nie jest książka do poczytania na dobranoc. Ma być pomocna ludziom, którzy wybierają się do Wietnamu, żeby wiedzieli, kogo i czego się spodziewać w różnych prowincjach tego kraju. A pojechać tam warto – to kraj niezwykle zróżnicowany, z wielowiekową bogatą tradycją. Wietnam to nie tylko słynne sajgonki, ale bardzo stara, zróżnicowana i bogata kultura – przekonuje Stanisław Kozłowski.

Rodzinna tradycja

On sam o Wietnamie, jego historii, kulturze, narodach, zwyczajach mógłby opowiadać godzinami. Fascynacja zaczęła się jeszcze na studiach, w 1971 roku. Kozłowski pojechał wówczas do Warszawy na egzaminy wstępne na politechnikę. – W wolnym czasie poszedłem do parku Łazienkowskiego i tam przy pomniku Chopina zobaczyłem cudzoziemca, który miał problem z przeczytaniem jakiegoś napisu. Pomogłem mu, zaczęliśmy rozmawiać. Był Wietnamczykiem, rozpoczynał studia w Warszawie – wspomina pan Stanisław. Po przyjeździe do akademika okazało się, że Wietnamczyków na uczelni jest wielu. Wtedy w Wietnamie trwała wojna z Amerykanami, a Polska jako bratni socjalistyczny naród udzielała Wietnamczykom schronienia i zapewniała możliwość edukacji.

– Podczas studiów na politechnice miałem z nimi cały czas bardzo dobry kontakt, z jednym nawet mieszkałem w pokoju w akademiku. Od samego początku mi imponowali. Młodzi chłopcy wyjechali na drugi koniec świata na studia – mieli pół roku kursu przygotowującego, a potem rzucili ich na głęboką wodę, na studia w obcym, trudnym języku. Ale Wietnamczycy to bardzo pracowity naród. Dali radę – opowiada pan Stanisław. Sam uczył się od kolegów języka wietnamskiego. – To bardzo trudny język, tonalny. Trudny, ale piękny. Na początku przypominał mi trochę śpiew ptaków. Każda głoska wymówiona w innym tonie całkowicie zmienia znaczenie – mówi Stanisław Kozłowski. Sam nie dokończył studiów – zdecydował swoje życie zawodowe poświęcić innej pasji, leśnictwu. Wyjechał z Warszawy i od 39 lat pracuje w Nadleśnictwie Jedwabno. Jak sam przyznaje, to był bardzo dobry wybór – w mazurskich lasach jest szczęśliwy. Leśnikiem został syn pana Stanisława, a córka wyszła za mąż za leśnika. Taka rodzinna tradycja.

Praca to nie wszystko

Stanisław Kozłowski przyznaje, że las nie jest całym jego życiem, nawet nie powinien być. – Człowiek dla równowagi powinien mieć przynajmniej trzy punkty podparcia. To tak jak w fizyce – trzy podpory powodują, że obiekt jest stabilny – tłumaczy Kozłowski i dodaje, że oprócz pracy taką podporą powinny być jeszcze rodzina i hobby. – A nawet w takiej kolejności: rodzina, praca, hobby. Rodzina, która wspiera na każdym kroku, praca, którą się lubi, do której się idzie niezależnie od pogody, i hobby, które jest odskocznią – zaznacza leśnik. Takim hobby dla pana Stanisława stał się właśnie Wietnam. Po rzuceniu studiów kontakt z azjatyckimi kolegami się urwał. W końcu jednak pojawiły się nowe możliwości, choćby internet. – Zacząłem znowu się tym wszystkim interesować, zbierać informacje. Po polsku jest ich bardzo mało, ale znajomość różnych języków, w tym wietnamskiego, okazała się bardzo pomocna. Zbierałem te informacje, tworzyłem różne foldery. W końcu jak na to wszystko spojrzałem, wyszło mi, że mogłaby powstać z tego niezła książka – mówi pan Stanisław. Jak pomyślał, tak zrobił – przygotował plan, próbki i wysłał do dwóch wydawnictw. Ku swojemu zdziwieniu bardzo szybko otrzymał pozytywną odpowiedź, w dodatku wydawnictwo zaoferowało nie tylko wydanie książki, ale także jej współfinansowanie.

Wielką pomocą wykazał się także ambasador Wietnamu w Polsce. – Nie mogłem za nic skontaktować się z wietnamskimi urzędami w sprawie wykorzystania zdjęć. Żeby mieć jakieś poparcie, zwróciłem się więc do ambasadora. Powiedział mi, żebym się nie przejmował, szykował książkę, a wszystkie sprawy formalne związane z urzędami on bierze na siebie. Kamień spadł mi z serca. A przy okazji okazało się, że w tym samym czasie studiowaliśmy w Warszawie – śmieje się pan Stanisław. – Wydawnictwo bardzo chętnie zgodziło się na wspólną pracę przede wszystkim z tego powodu, że takiej pozycji w Polsce zwyczajnie nie ma, jeszcze nikt przede mną tematem narodowości wietnamskich się nie zajmował – opowiada miłośnik azjatyckiej kultury.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama