Młode wilczki

– Jaki powinien być mężczyzna? – pytam wilczka, czwartoklasistę Dominika Sikorę. – Dzielny i samodzielny – odpowiada. – Dzielność jest wtedy, gdy tak jak ja, zaciąłeś się scyzorykiem, ale nie płaczesz.

Reklama

Kiedy nad obozem Skautów Europy w Kuźni Raciborskiej nad rzeką Rudą przeszła łamiąca drzewa nawałnica, te z 50 wilczków, które nie musiały trzymać linek odlatującego namiotu, z własnej inicjatywy odmawiały Różaniec. Gdy go skończyły, wichura ustała, a chłopcy byli z siebie dumni, że nikt nie spanikował. Różańce mają zawsze gdzieś pod ręką. Według założeń twórcy skautingu Roberta Baden-Powella, ruch, w którym zrzeszają się te 9-,11-latki zwane wilczkami, ma dawać młodemu człowiekowi możliwości osobistego rozwoju w pięciu dziedzinach: zdrowia i sprawności fizycznej, zmysłu praktycznego, kształcenia charakteru i ofiarności w służbie innym. Na ostatnim szczeblu tej drabiny znajduje się doskonalenie życia religijnego.

Dominik Sikora opowiada z zapałem, o wznoszeniu obozu wspólnie z dorosłymi opiekunami. – Zbudowaliśmy krzesło dla księdza i ławkę dla ministrantów, bo codziennie mamy Mszę na łące pod dębem. Używaliśmy wyłącznie sznurka i drewna, bez jednego gwoździa – zaznacza. Woli obóz Skautów Europy niż wakacje zagraniczne, bo, według niego, tutaj najlepiej uczy się bycia dzielnym i samodzielnym. – Dzielność jest też wtedy, kiedy w ocy leżę w łóżku i nie boję się duchów jakichś swoich wymyślonych. Mam z tym problem, bo mi to podpowiada moja bujna wyobraźnia. A samodzielny jest ktoś taki, za którego nie wszystko robi mama – uważa. – Jak zapomniałeś wziąć na obóz jakąś rzecz, to nie mów, że mama ci jej nie spakowała. Ale bierz odpowiedzialność i przyznaj, że sam zapomniałeś.

Kuchnia nad ziemią

Śląskie środowisko skautów działa dopiero od 4 lat i przejęło ideę od krakowskiego i wrocławskiego. – Jeden ojciec – Jarosław Błażejewski, teraz nasz hufcowy – zawoził swoje dziecko z Rybnika na zbiórki do Krakowa i pewnym momencie stwierdził, że przecież może robić takie spotkania na swoim gruncie – opowiada Piotr Gawinek, kierownik obozu. Za śląskie grupy skautów jest odpowiedzialnych niespełna 20 mężczyzn, głównie ojców, którzy wciągnęli do skautingu swoich synów. Jako dorośli skauci noszą nazwę „wędrowników” i w ramach formacji kilka razy do roku wyruszają, modląc się i odbywając rekolekcje w drodze, z adoracją Najświętszego Sakramentu i Mszą św. – Bez skautingu nie nauczyłbym się modlitwy brewiarzowej – przyznaje Stanisław Kogut z Rybnika, organizator obozu. – Imponuje mi taka jak tu męska wspólnota, gdzie widać żywą religijność.

Ludzie są wewnętrznie ułożeni, zorganizowani, nie roztkliwiają się nad sobą. Dbamy o piękną oprawę liturgiczną Mszy św., które porywają mężczyzn powagą i majestatem – mówi. Stanisław Kogut na co dzień w Zabrzu uczy dorosłych i pisze projekty unijne. Do Kuźni Raciborskiej przyjechał z dwójką synów – Ignacym i Antonim. Był tu już 10 dni wcześniej, żeby wspólnie z 10 wędrownikami przygotować obozowisko, zanim przyjadą wilczki. – Palenisko kuchni polowej zbudowaliśmy ponad ziemią, żeby nie niszczyć podłoża, nie zostawiać śladów, taka jest zasada działania skautów – oprowadza po kuchni. – Wodę od hydrantu z drogi przeprowadzaliśmy sami przez trzy dni, po 60 metrów dziennie. To była żmudna robota – wspomina. Wszystko robią za darmo. – To dla tych dzieci, które stają się tu lepsze – opowiada. – Nie budzimy w nich ducha rywalizacji, ale współpracy. Kiedy odbywają się zawody pływackie, doceniani są nie tylko ci, którzy dopłynęli pierwsi, ale ci, którzy uczą pływać kolegów. A poza tym nigdy zawodowo nie byłbym drwalem – uśmiecha się.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama