Na koniec świata z wyciągniętym kciukiem

Autostopem przejechali ponad 20 tys. kilometrów. Innymi środkami transportu dołożyli 10 tys. Oficjalny cel: Tokio i góra Fudżi. Prawdziwy cel: wyprawa życia z ukochaną osobą.

Reklama

Wszystko zaczęło się w głowie Pawła Janowskiego, studenta z Salezjańskiego Duszpasterstwa Akademickiego „Most”. A skończyło się na ponaddwumiesięcznej podróży prawie dookoła świata. Zimą, podczas wyjazdu do Taizé, Paweł przedstawił swój szalony pomysł Ani. Wówczas przechodziła ona etap: „Rzuć wszystko i jedź na drugi koniec świata! Po prostu przed siebie!”. Trafił więc w dziesiątkę. Wtedy panowała między nimi relacja koleżeńska. – Paweł zaczął mi z czasem wiercić dziurę w brzuchu. Po drodze staliśmy się już dla siebie kimś bardzo ważnym i… zadecydowaliśmy, że warto – wspomina Anna Żółtaniecka. Tuż przed wyjazdem doszło do zaręczyn, a więc podróż okazała się narzeczeńską.

Spakuj zaufanie

Wyprawa autostopem do Tokio z tobołkiem, drobnymi w kieszeni i uśmiechem na ustach jest niemożliwa. Tuż za polską granicą obejmują nas bowiem niezbędne formalności, jak np. wiza. Nie przeskoczymy także morza, więc niezbędny okazuje się prom, na którym miejsce trzeba sobie zarezerwować, itd. Różne regiony świata rządzą się swoimi prawami i ustrojami, które musimy respektować. Po załatwieniu wszelkich formalności Paweł i Ania ruszyli w trasę, przejeżdżając przez: Litwę, Łotwę, Rosję, Koreę Południową, Japonię, Chiny, Azerbejdżan, Gruzję, Turcję, Bułgarię, Rumunię, Węgry i Słowację. Po drodze zdążyli „zahaczyć” także o Jasną Górę, aby prosić o opiekę Królową Polski.

Co jest najważniejsze w takiej podróży? Co warto zabrać ze sobą? – Zaufanie do drugiej osoby, do partnera. Trzeba się wcześniej poznać, bo w trasie wychodzi szybko, kim naprawdę jesteś. Jak reagujesz na kryzys i na sukces. Wyobraź sobie, że znajdujesz się 10 000 km od domu i musisz jeszcze drugie tyle pokonać z osobą, która cię cały czas denerwuje i zawodzi na każdym kroku – mówi Paweł Janowski. Z rzeczy materialnych wielką rolę odgrywa namiot. – Spaliśmy w nim 75 proc. wszystkich nocy. Poza tym niezbędna okazuje się mapa, bo jeśli nie możesz się dogadać z ludźmi, pokazujesz im na mapie, gdzie chcesz dojechać – dopowiada Ania. Na plecach mieli łącznie prawie 50 kilogramów.

Rosyjskie komary – nigdy więcej!

Podróż trwała dokładnie 82 dni. Nie da się uniknąć w takim czasie momentów kryzysowych. Szczególnie gdy szybko zmieniają się warunki, kultura i ludzie, których spotykasz. Zmęczenie w końcu daje o sobie znać, a wtedy wspólne chwile stają się wyzwaniem i próbą… nerwów. – Znajdowaliśmy się ok. 700 km od Władywostoku, za Chabarowskiem. Panował męczący upał i latało pełno komarów. Wystarczyło stanąć na chwilę, a człowiek był od razu cały pogryziony. Traumatyczne przeżycie – wspomina Paweł. Ania szybko dopowiada: – Jeszcze w dodatku od kilku dni nie udawało nam się dostać pod prysznic. To nas tym bardziej podłamywało. Dodatkowo nie było miejsca na nocleg, więc rozbiliśmy się na trawniku przy wjeździe na stację benzynową pod słupem z cenami. To było chyba najszybsze rozkładanie namiotu w historii. (śmiech)

Nie przeżyli jednak momentu, gdy naprawdę chcieli zawrócić. Każdy kilometr fundował im coraz bardziej różnorodne widoki. – Najpiękniej było w pobliżu Mongolii nad rzeką Selengą. Szerokie stepy, klimatyczne pogórze, mało roślinności i szeroka, wylewna rzeka – opisuje Ania. Paweł dodaje jeszcze jezioro Bajkał, nad którym spędzili 3 dni, Gruzję i Azerbejdżan. – Zaś w drodze powrotnej przeżyliśmy mały szok w Chinach. Popłynęliśmy z Japonii promem do Szanghaju, gdzie przywitała nas gęsta mgła, czyli smog, z którego wynurzały się niczym kolosy ponadstupiętrowe wieżowce. Rzeka była żółta od brudu. Na brzegu pełno śmieci i śpieszących się Chińczyków… – pokazuje kontrast 23-latek.

Drogi różne, ale są

Idea autostopu to poruszanie się dzięki życzliwości ludzi, ale także samo spotkanie z drugim człowiekiem. Paweł i Ania przez całą trasę skorzystali z uprzejmości 127 kierowców. Zmęczenie rekompensował uśmiech tubylców. Nie przydarzyło im się nic złego. Choć oczywiście mieli pewne obawy, wynikające z najprostszych stereotypów, które, Bogu dzięki, się nie sprawdziły. – Podobno Rosjanie nie lubią Polaków, bo panuje jedna wielka antypolska propaganda. To się w ogóle nie potwierdziło. Im dalej na wschód, tym było lepiej – stwierdza Ania. Ludzie okazali się bardzo gościnni, uśmiechnięci i otwarci. Nikt nie robił problemów, że młodzi pochodzą z Polski. – W Chinach, w Korei i Japonii też kojarzą nasz kraj, np. z Chopinem. A raz  hostelu w Pekinie chłopak zapytał, skąd jesteśmy. Gdy usłyszał, że z Polski, od razu rzucił hasła: Mikołaj Kopernik, Słońce. Ale byłem zdziwiony. Okazało się, że interesuje się astronomią – relacjonuje Paweł.

Po przekroczeniu granicy rosyjskiej narzeczeni chcieli dostać się do Moskwy. Kiedy zostało już im ok. 200 km, zabrał ich Siergiej i dowiózł do samej stolicy. – Całą drogę jechaliśmy dosłownie bez słowa. Zauważyłem, że miał złoty ząb. Od razu nasunęło mi się skojarzenie z przymrużeniem oka: rosyjska mafia. Później dojrzałem na telefonie tapetę z dzieckiem, która mnie trochę uspokoiła – mówi 23-latek.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama