Lolkowe przedszkole

Jaś ma prawie trzy latka. Mówi już całkiem dobrze. I dogaduje się z kolegami. Wszystkich jest siedmiu. Same Lolki.

Reklama

Warszawski Mokotów, stara willa. Od progu słychać dziecięce śmiechy i piski. Jakieś wyścigi samochodowe chyba trwają. Albo inne zabawy kilkulatków. Punkt Przedszkolny „Lolek” od września w pełnej kolorowej krasie rozpoczął działalność. Autorski pomysł, wykonanie absolwentów i stypendystów Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia”. Dla kolejnych pokoleń, oby na tysiąclecia, by wychowywać dzieci w myśl nauczania Jana Pawła II.

W punkt

Dlaczego „punkt przedszkolny”, a nie „przedszkole”? Kwestia wymagań formalnych względem budynku. Bo chociaż w środku jest prześlicznie, jest dużo miejsca i dzieci mają dobre warunki do zabawy, na formalne założenie placówki o nazwie „przedszkole”, na wysokim parterze budynku, nie ma możliwości. Nie szkodzi zresztą. Nie w nazwie atmosfera, radość dziecięca i zadowolenie rodziców, gdy widzą zadbanego i szczęśliwego potomka.

Dyrektor „Lolka” Beata Tkaczyk-Ozimek kręci się wokół dzieci. Jednemu trzeba spodenki poprawić, drugi potrzebuje przytulenia, trzeci koniecznie musi opowiedzieć o motorze – czerwonym ścigaczu, który dostał od tatusia. – Tak się złożyło, że obecnie mamy pod opieką samych chłopców – siedmiu. Czekamy na dziewczynki, jest jeszcze kilka miejsc – śmieje się pani dyrektor. – Chłopcy się już poznali, polubili. A ponieważ jest ich niewielu, integracja się udała.

W „Lolku” jest miejsce dla piętnaściorga dzieci. Na więcej nie pozwolą warunki lokalowe. Ale przede wszystkim zdroworozsądkowa zasada: jeśli dzieci jest w przedszkolnej grupie więcej, trudniej o dobrą opiekę. Dlatego zawsze przy dzieciach są aż dwie panie. – Dwie opiekunki to naszym zdaniem podstawa, by potrzeby dziecka były zauważone i żeby traktować każdego malucha indywidualnie. Jeśli na przykład Maurycy uwielbia wulkany i pasjonuje się nimi, staramy się tę pasję w nim poszerzać. Dostaje odpowiednie materiały na temat wulkanów, robi tematyczne prace plastyczne, a w końcu – jeśli chce i potrafi – może opowiedzieć o swoich zainteresowaniach pozostałym dzieciom. W ten właśnie sposób, powolutku i małymi krokami kilkulatków, w przedszkolu realizowany jest autorski pomysł, czyli program „Dziecko z pasją”.

Pasją Jaśka jest motoryzacja. Warczy jak najlepszy, motorowy silnik. I siłą wyobraźni, kierując zabawkowym motorem, pędzi przez kolorową salę. – Sybko, nie?!

Lolek jako patron

A skąd pomysł, by absolwenci Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia”, wieloletni stypendyści, zabrali się za... wychowanie przedszkolne? Z potrzeby. Czyli z prawdziwego życia. Najpierw, jako stypendyści fundacji, otrzymywali dobre wykształcenie i formację. Potem część z nich założyła własne rodziny. I już jako dorośli ludzie doświadczyli, jak ważne jest wychowanie własnych dzieci w wartościach.

– Sam pomysł kiełkował w głowach absolwentów już od dawna. Po prostu gdy zostaje się rodzicem, zmienia się optyka: widać, jak bardzo potrzebne są miejsca bezpieczne, przyjazne, ale przede wszystkim z wartościami. Gdy ma się małe dziecko, teorie o mądrym wychowaniu okazują się konieczną praktyką. Tymczasem wcale nie jest prosto znaleźć takie miejsce dla swojej pociechy – opowiada dyrektorka, kilka lat temu studentka polityki społecznej UW i zarządzania oświatą, laureatka Konkursu Akademickiego o stypendium i indeks im. Biskupa Jana Chrapka. Wśród byłych stypendystów, którzy założyli Stowarzyszenie Absolwentów „Dzieło”, są przedstawiciele przeróżnych zawodów. Ponieważ doskonale się znają, lubią, utrzymują kontakt, gdy trzeba – potrafią działać razem. W przedszkolnym projekcie zjednoczyli siły. – Właściwie wszystkie prace zostały wykonane przez naszych absolwentów oraz wolontariuszy – obecnych stypendystów. Od projektu wystroju wnętrz, przez oświetlenie, aż do prac porządkowych i remontowych. To było naprawdę pospolite, przedszkolne ruszenie. I udało się – chwali się dyrektorka, pokazując piękny ogród, który jeszcze niedawno był porośnięty krzakami i chwastami, czy estetyczne półeczki i zabawki. No właśnie: zabawki. – W zasadzie kupiłam tylko kilka misiów. Wszystkie pozostałe zabawki otrzymaliśmy w prezencie od absolwentów i ich rodzin. Ważne, że są to zabawki estetyczne, często drewniane. Zależy nam na jakości. Powinny stymulować dziecko do prawidłowego rozwoju.

A jak to się stało, że właśnie na Mokotowie powstało pierwsze przedszkole fundacyjne? Przypadek. Choć jak wiadomo, przypadki nie istnieją. Pomysł był. Chęci były. Miejsca nie było. Ale od czego Opatrzność i... święty patron? Ponad rok temu do siedziby Fundacji „Dzieło Trzeciego Tysiąclecia” przyszły siostry służebniczki. Zaproponowały użytkowanie mokotowskiego domu zakonnego. By służył na chwałę Panu i dla dobra ludzi. – Uznaliśmy, że to znak i wielka szansa. Taki dar od Boga: dom z ogródkiem. Dobre siostry pomogły przekuć w konkretny czyn nasze marzenia i plany – wspomina dyrektorka. – Oczywiście naszym patronem jest Jan Paweł II.

Dobre znaki czasu

Tak się również złożyło, że w tym samym czasie, gdy fundację odwiedziły siostry zakonne, w siedzibie fundacji przebywała i pani Beata. – I to też jakiś znak, bo przecież nie bywałam tam codziennie, zazwyczaj raz w miesiącu. Dyrektor fundacji ks. Jan Drob uznał, że sobie poradzę z prowadzeniem przedszkola. Wcześniej prowadziłam różne projekty fundacyjne. Więc od roku działam. Wszystko było nowe i mówiąc szczerze – dość trudne. Ale się udało. Stworzyliśmy to miejsce z przyjaciółmi – współpracownikami od A do Z. Organizacja przestrzeni. Malowanie, projektowanie, układanie. Kto mógł, przychodził i pracował. Nieraz całe weekendy w ogrodzie. Kawał pracy i wolnego czasu ludzi, którzy wierzyli, że można otrzymane dobro przekazać dalej. Również fundacja wspomogła wyposażenie przedszkola finansowo – Mnie najbardziej cieszy, że na obozie maturzystów – stypendystów fundacji – młodzi ludzie zebrali 1000 zł na potrzeby przedszkola. To pokazuje, jak bardzo zależy stypendystom, by zmieniać pozytywnie świat. Dobry znak czasu.

Zaczyna się obiad. Panie przynoszą rosołek w plastikowych miseczkach. Modlitwa przed jedzeniem i można zaczynać. Wszyscy radzą sobie dość dobrze. Najmłodszym czasem trzeba pomóc. Krótka modlitwa po posiłku. Można wrócić do zabawy.

Może i w innych miastach?

Czy przedszkole „Lolek” to pomysł tylko na Warszawę? Nie. Chociaż od Warszawy się zaczęło. – Interesują się tym projektem absolwenci z Krakowa, Rzeszowa. Wszystkie nasze doświadczenia związane z prowadzeniem placówki zapisuję w specjalnej książce. Potem przekażę spostrzeżenia i uwagi osobom, które będą chciały stworzyć podobne przedszkole u siebie. Moim zdaniem warto. Jest wielka potrzeba tworzenia miejsc, w których małe dzieci będą wychowywane w zgodzie z wartościami ważnymi dla całych rodzin.

Od października w przedszkolu działa autorski program „Wzrastamy z Lolkiem”. To oczywiście nawiązanie do wartości chrześcijańskich, które były bliskie Janowi Pawłowi II i w których małego Lolka wychowywali rodzice. Każdego miesiąca dzieci będą poznawać kolejne cnoty: prawdę, uczciwość, odwagę itd. I wraz z paniami przedszkolankami maluchy będą starały się wdrażać je w życie. – Jednak o cnotach nie mówimy w sposób trudny i mało przystępny. Nie „nudzimy”, lecz staramy się nimi zafascynować – opowiada pani dyrektor. Codziennie więc z dziećmi spotyka się mały... Lolek. Czyli kukiełka przypominająca małego Karola Wojtyłę. I to on opowiada dzieciom, co jest dobre, a co złe. Natomiast inna zabawka – postać sympatycznej sówki – niedawno mówiła dzieciom o... św. Franciszku. Bo w przedszkolu dzieci również poznają postaci świętych.

Jasiek właśnie skończył wyścig motorowy. Usiadł pod obrazkiem św. Jana Pawła II i odpoczywa po męczącym zadaniu. Wygrał.

Może z czasem uda się otworzyć sieć podobnych przedszkoli w całym kraju? Małe Lolki w dużych miastach, ale i w małych wioskach czekają.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama