Czy jedzenie to grzech?

Z Martą Pawłowską, pierwszym akredytowanym chrześcijańskim diet coachem w Polsce, specjalistką rozwoju osobistego, trenerem zdrowia rodziny i mentorem żywieniowym rozmawia Tomasz Gołąb.

Reklama

Tomasz Gołąb: Dlaczego jemy za dużo?

Marta Pawłowska: Bo jemy z powodu samotności, nudy, czasem strachu, braku świadomości czy zwykłego lenistwa. Bywa, że jedzeniem karzemy się za niepowodzenie, uciekamy przed decyzją albo jemy z nadmiaru szczęścia. Często towarzyszy temu niskie poczucie własnej wartości: po przejedzeniu pojawia się poczucie winy i wstydu. Jedzenie to pocieszyciel-pułapka, bo jest zawsze pod ręką. Metoda 12 kroków mówi, że trzeba odstawić to, co uzależnia. I kontrolować, by do tego nie wrócić. Ale tu ta metoda nie zadziała, bo jak odstawić jedzenie? W dodatku tłumaczy się nam od małego, że jedzenie słodkiego poprawi humor, płaczącym dzieciom daje się lizaka, a kobietom wmawia, że realizowanie takich zachcianek jest bardzo… kobiece. Tylko nikt nie mówi, że to prosta droga do zaburzeń. Jedzenie bywa spychane do czynności fizjologicznej, nad którą głupio się zastanawiać, ale to jedna ze sfer naszej wolności lub zależności. Bywa, że ludzie z wyższym wykształceniem potrafią zjeść dziennie siedem czekolad – jako uzupełnienie posiłków. Czasem to efekt błędów z dzieciństwa, czasem poważniejszy problem.

Czym zajmuje się chrześcijański diet coach, nauczyciel świadomego odżywiania?

W skrócie: zaprowadzaniem ładu w jedzeniu, zaopatrzeniem w techniki, które pomogą zerwać z zajadaniem swoich głodów, duchowych, emocjonalnych, społecznych. Pomagam przejść zmianę w życiu i wyrobić nawyki służące dobremu życiu.

Nie wystarczy zmienić to, co na talerzu? Świat pełen jest dzisiaj rozmaitych diet.

Talerz pokazuje to, co jemy, ale ręką i widelcem kieruje mózg i serce. W internecie jest ponad 600 różnych diet, gubimy się w nich, nie odróżniamy głodu emocjonalnego od fizycznego. Głód fizyczny pojawia się 2–3 godziny po jedzeniu. Głód emocjonalny pojawia się nagle i po jedzeniu nie znika. Rodzi chwilową ulgę, ale zaraz potem poczucie winy i wstydu. O tym mówią moi klienci. Przecież to schemat rodem z raju: znajdujemy tysiąc argumentów na to, że mamy prawo do szczęścia w postaci jedzenia, ale po chwili najcudowniejszy adwokat, szatan, zamienia się w największego oskarżyciela i smaga nas poczuciem winy i wstydem. Odchudzanie, zmiana jedzenia to nie tylko talerz, lecz przede wszystkim głowa: nasze przekonania, nawyki i schematy, mity jedzeniowe, brak motywacji i nieumiejętność osiągania celu, notoryczne samousprawiedliwianie i racjonalizacja, brak umiejętności stawiania sobie granic i ograniczeń, brak wiary w siebie, poczucia własnej wartości, nawyku silnej woli czy konsekwencji, brak poczucia sensu. Optymalizacja diety to w wielu przypadkach praca z głową i emocjami człowieka, a nie tylko z tym, co ma na talerzu. Stres i poczucie winy tuczą tak samo jak cukier i tłuszcz.

Jak zatem pomaga chrześcijański coach? Rozgrzeszyć nie może…

Kocham takie sytuacje, gdy klient „spowiada” mi się, że skusiło go tiramisu. Żartuję, że idę po stułę. Dwie trzecie białej populacji w sytuacjach trudnych emocjonalnie ma zaburzenia apetytu: je zbyt dużo albo byle co. Zwykle zaczynamy zmianę od prowadzenia dziennika. Nie ma zmiłuj: ciasteczko to także jedzenie, kilka kaw z mlekiem to w sumie litr tłustego mleka dziennie. To bezcenne doświadczenie – zobaczyć, ile jemy i dlaczego. Czy to posiłek, czy nałogowe podjadanie z łakomstwa? Dziennie podejmujemy około 250 decyzji żywieniowych, decydują za nas nawyki i reklama. Ale bałagan w tej dziedzinie niekoniecznie musi objawiać się otyłością. Nawyku nie można się oduczyć, ale zastąpić jeden drugim – tak. Czasem sugeruję, by zrobić listę 10 drobnych przyjemności, które nie mają nic wspólnego z jedzeniem. Większość z nas nie potrafi. Osoby, które się przejadają, często są jak miłosierni Samarytanie: dużo z siebie dają. Ale trudno im przyjąć prawdę, że nie kochają samych siebie. Praca ze sobą musi być pełna miłości i łagodności, a nie walki. Moja praca polega często na uświadomieniu, że osoby zajadające różne głody mają deficyt miłości samego siebie. Często związane jest to z fałszywym obrazem Boga.

Prowadzi Pani warsztaty „Ja i jedzenie: karmię ciało, czy zatykam duszę?” oraz przyjmuje klientów w Centrum Pomocy Psychologicznej Stowarzyszenia Psychologów Chrześcijańskich Integra i w Poradni Dewajtis. Łatwiej pracuje się z ludźmi wierzącymi?

Chrześcijanom łatwiej wychodzić z problemów żywieniowych, gdy zrozumieją, że są świątynią Ducha Świętego. Jeśli tak, to przed Bogiem odpowiadają, jak dbają o swoje zdrowie. Pracuję z moimi klientami nad ich ciałem, razem z ich emocjami, relacjami i duchowością, co wielu „otwiera” na uporządkowanie swojego stosunku do innych obszarów w życiu. To łatwiejsze w przypadku, gdy się uzna, że jest Ktoś, do kogo się należy. Coaching chrześcijański mówi o odkrywaniu prawdy o sobie: mocnych i słabych stron, naszego słodko-gorzkiego piękna. Takie stanięcie w prawdzie powinno być bliskie katolikowi. A Wielki Post to szansa na spotkanie z naszymi głodami. Stwarza okazję, by je usłyszeć i zrozumieć. A potem zmienić swoje życie, ku wolności i radości.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama