Dobrze, że jest takie miejsce

Pieluchy, mleko i środki pielęgnacyjne. Potrzeb jest dużo. Ale samotnym matkom najbardziej potrzeba jednego – prawdziwego domu.

Reklama

Pierwszy raz widzę, żeby siostra zakonna z oddziału położniczego wychodziła – dziwią się pacjenci, kiedy s. Senta odbiera ze szpitala świeżo upieczoną mamę. – Za „tatusia” robię – dopowiada żartem. Dla młodych mam z Domu Samotnej Matki im. Teresy Strzembosz w  Chyliczkach siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia opiekujące się domem zastępują nie tylko tatusia, ale często i starszą siostrę, i babcię, i dziadka. Tworzą dom, którego w tak ważnym momencie zabrakło mamom. To właśnie tu trafiły dary zbierane w ramach akcji „Pielucha dla malucha” podczas tegorocznego XI Marszu Świętości Życia.

– Jesteśmy wdzięczni za każdą pomoc, bo placówka utrzymuje się całkowicie z ofiar darczyńców – mówi ks. Dominik Koperski, dyrektor Wydziału Duszpasterstwa Rodzin warszawskiej kurii.

Gdy los doświadcza

Brama do posesji jest szeroko otwarta. Zza niej całkiem wyraźnie słychać jeszcze ruchliwą trasę Konstancin-Jeziorna–Piaseczno. W ogrodzie rzeźba patronki placówki Teresy Strzembosz obejmującej gromadkę pociech. Zakupiona w 1958 r. przez archidiecezję warszawską posiadłość miała być odpowiedzią na ustawę legalizującą aborcję. Jej organizacją zajęła się ówczesna działaczka pro life, tworząc ośrodek według własnej, unikatowej koncepcji. Dom ściśle wiązał matkę z dzieckiem i był współprowadzony przez młode mamy. Odkąd w 1989 r. kard. Józef Glemp opiekę nad domem przekazał siostrom z Żytniej, na straży życia stanęły duchowe matki. Obecnie domem należącym do archidiecezji warszawskiej opiekują się trzy siostry: Senta, Lidia i Kazimiera.

– Nasze zgromadzenie na samym początku zajmowało się upadłymi moralnie dziewczętami, które miały wolę zmiany swojego życia. Młode matki trafiające do domu w Chyliczkach są także ciężko doświadczone przez los. Pochodzą z rozbitych rodzin. Wiele z nich nie ma godnych warunków, by urodzić dziecko. Zdarza się, że mieszkają na dworcach, w pustostanach lub ledwo wiążą koniec z końcem. Wieść o dziecku to często dodatkowy koszt – już nie do udźwignięcia, powód do wyrzucenia z pracy i porzucenia przez partnera – mówi s. Senta. Do Chyliczek kierują je pracownicy opieki społecznej i ośrodków interwencji kryzysowej. Wskazują je także księża czy sąsiedzi. W piętrowej kamienicy schronienie może znaleźć 14 kobiet i 10 dzieci.

– Przyjmujemy mamy w ostatnich miesiącach ciąży. Kobiety mogą przebywać u nas do roku. Ale w praktyce czas ten niekiedy się wydłuża do momentu, aż mamy zyskają samodzielność – mówi s. Senta.

Duchowe mamy

Do tej pory życie w Chyliczkach toczy się zgodnie z koncepcją założycielki. Młode mamy mieszkają w pokoju ze swoimi dziećmi i angażują się w prowadzenie placówki. – Każda mama, oprócz opieki nad własnym maluchem, ma także domowe obowiązki. Pomoc przy przygotowaniu wspólnych posiłków, dyżury sprzątania czy prace w ogrodzie – wyjaśnia s. Senta. – Ma to swoje życiowe uzasadnienie. Dzięki temu młode mamy uczą się dobrej organizacji czasu, planowania i odpowiedzialności, czyli umiejętności, których będą potrzebować w samodzielnym życiu – dodaje.

W stawianiu pierwszych kroków ku dojrzałości pomagają duchowe mamy. Nie tylko mobilizują do złożenia wniosku o alimenty, mieszkanie socjalne czy zasiłek na dziecko, ale pomogą skompletować wyprawkę, wykąpać malucha, doradzą, jak układać do snu i – jeśli trzeba – zawiozą do lekarza i na porodówkę.

S. Senta potrafi rozpoznać dzieci po ich płaczu. Zwłaszcza w środku nocy, gdy krzyk niemowlaka niesie się po całym budynku, nie oszczędzając klauzury. Nieraz zrywała się, by pomóc młodej mamie opanować bolesną kolkę lub utulić dziecko, gdy rodzicielka nie miała już sił. Zdarzało się, że mama na skraju cierpliwości przynosiła malucha do… kaplicy. Wyjścia nie było. W jednej ręce siostra trzymała różaniec, w drugiej usypiające dziecko. – Wiele mam potrzebuje kogoś, kto pomoże im odnaleźć się w nowej roli. Zazwyczaj funkcję tę spełnia matka, koleżanka lub starsza siostra. Tutaj jesteśmy my – mówią zakonnice.

Dam radę

W domu mieszka 9 mam i 11 pociech. Na przyjęcie czeka kolejnych pięć. Najmłodszy jest 3-miesięczny Nikodem, najstarsza 5-letnia Ala. Do opuszczenia domu przygotowują się trzy mamy. – Wiele osób mówiło mi, że nie dam rady. A ja – choć może tego nie widać – jestem ambitna. Zależy mi, żeby jak najszybciej się usamodzielnić i pójść na swoje. Chcę udowodnić sobie i innym, że jestem zaradna – przekonuje Zosia, mama kilkumiesięcznego maleństwa. Gdy synek podrośnie, planuje iść do pracy i poszukać taniego lokum. Na razie utrzymuje się z renty na dziecko i zasiłku rodzicielskiego. Złożyła także wniosek o zasiłek 500+.

Agnieszka zainwestowała w maszynę do szycia. Drobne prace będzie mogła wykonywać w domu. Złożyła też wniosek o mieszkanie socjalne. W planach ma także założenie fundacji, która będzie pomagała samotnym mamom stanąć na nogi. I rozpoczęcie psychologicznej terapii, by, jak mówi, „na przyszłość umieć dobrze lokować własne uczucia”. – Będąc tutaj, mogłam trochę ochłonąć, wyciszyć się, przemyśleć swoje życie i ruszyć dalej. Choć przez chwilę nie musiałam martwić się o dach nad głową. Dobrze, że jest takie miejsce – mówi.

Jak studnia

Domowe życie toczy się na kolorowym dywanie w świetlicy, krzesłach w stołówce i między klęcznikami w kaplicy. Kiedy malutka „Meme” podchodzi do wielkiego na dwa metry obrazu Jezusa Miłosiernego, jej wzrok zatrzymuje się na przebitych stopach. – Mogę pociałować Bozię w kuku? – pyta za każdym razem. Za każdym razem s. Senta wzrusza się, gdy mała Amelka całuje stopy Jezusa. – Być może jej dziecięca modlitwa więcej dusz przyprowadza do Boga niż niejednego dorosłego człowieka – zastanawia się.

Sama stara się codziennie powierzać Bogu przebywające pod jej opieką matki. – Czasami czuję się jak studnia, do której ktoś przychodzi i wrzuca kamień – ciężar swojego życia. Niejedna z historii, jaką usłyszałam, nadaje się na kilka scenariuszy filmowych. A słyszałam ich już ponad setkę – mówi. Podobnie tajemnicę Bożego Miłosierdzia rozumiała także św. s. Faustyna, której relikwie stoją przy tabernakulum. Dla s. Senty święta zakonnica, wywodząca się przecież z tego samego zgromadzenia, to nieocenione wsparcie. – Św. Józef „załatwia” bieżące potrzeby – wózki, pieluchy czy ogórki kiszone na festyn, a s. Faustyna wymadla siłę do udźwignięcia najtrudniejszych spraw – mówi.

Moment opuszczenia domu to duże przeżycie. I pytanie: Czy teraz dam radę? Pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze, pierwszy samodzielnie ugotowany rosół – dawne podopieczne swoimi radościami nadal dzielą się z siostrami. – Mamy zawsze mogą liczyć na naszą pomoc i wsparcie. Dzielimy się produktami do pielęgnacji dziecka, suchym prowiantem czy środkami czystości – mówią siostry. Dom Samotnej Matki kobiety chętnie odwiedzają w Boże Narodzenie. W końcu to tu mogły stanąć na nogi i być może to tu po raz pierwszy w życiu mogły poczuć się jak w kochającej się rodzinie.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama